niedziela, 19 września 2010

Tree-Athlon

W ramach walki ze swoją naturalną leniwcowością oraz z chęci zrobienia coś dobrego dla środowiska (jednak to sozologiczne wykształcenie jeszcze we mnie nie umarło tak do końca) postanowiłam wziąć udział w Tree-Athlonie, który miał miejsce wczoraj w Battersea Park w Londynie.

Akcja już po raz kolejny została zorganizowana przez Trees for Cities – organizację, której głównym celem jest zalesianie miast, a przy okazji edukacja na temat tworzenia zielonych miejsc oraz ich ważnej roli w społecznościach miejskich. Cel szczytny, a przy okazji dobra zabawa, ponieważ 5km biegowi towarzyszyła również próba pobicia rekordu Guinnessa w bieganiu na boso.
Ja tam byłam, wzięłam udział i dzisiaj jestem dumną posiadaczką sadzonki dębu oraz zakwasów w mięśniach. Było warto.

sobota, 11 września 2010

9/11

Dziewięć lat temu świat, który dobrze znaliśmy został zburzony. Zabrzmi banalnie, ale właśnie tego jednego dnia nasza rzeczywistość zmieniła się w sposób diametralny i nigdy więcej nie wróciła do swojego poprzedniego stanu. Stanu bez permanentnego poczucia zagrożenia.

Zamach na wieże World Trade Centre poruszył wyobraźnię milionów ludzi na całym świecie. I chyba to jest powodem, dla którego wiele reklam, przede wszystkim społecznych, odwołuje się właśnie do ataku z 11 września 2001r., w którym zginęło niemal 3000 osób. Problem w tym, że na świecie coraz częściej zdarzają się katastrofy naturalne bądź nie, w których ginie więcej ludzi, a jakoś wydarzenia te przechodzą bez większego echa. Czyżbyśmy potrzebowali rozbitych samolotów i spektakularnych wybuchów, żeby zastanowić się na tym, dokąd zmierza nasz świat, a raczej dokąd my sami go prowadzimy?

World Wildlife Fund w zeszłym roku wypuściła na rynek plakat, który miał za zadanie skłonić ludzi do zastanowienia się nad siłą sprawczą natury i jednocześnie zachęcić do dbania o środowisko, poprzez prosty przekaz, że jeśli my nie zadbamy o naturę, ona zacznie działać przeciwko nam i to z mocą, której się nie spodziewamy.

The tsunami killed 100 times more people than 9/11. The planet is brutally powerful. Respect it. Preserve it.


W odpowiedzi na ten poster, Truth Machine TM wydało swój własny.

Hypocrisy killed 1000 times more than 9/11. It was just advertising. Don't make war about it.


To fakt, mamy zdolność zabijania naszej plany i siebie nawzajem na najróżniejsze sposoby. Nie brzmi to dumnie. Brzmi raczej żałośnie. Może dzisiaj jest dobry dzień na zmianę?

środa, 8 września 2010

Sos z karaluchem

W poniedziałek po raz pierwszy w życiu miałam okazję uczyć się tańczyć salsę. Brzmi dumnie, ale biorąc pod uwagę tłumaczenie hiszpańskiego słowa salsa, czyli sos, można się zniechęcić. Nazwa nazwą, niemniej ja postanowiłam spróbować.

Po krótkiej rozgrzewce urocza okrągłobiodra, czekoladowoskóra nauczycielka postanowiła rozruszać moje (i nie tylko moje) opływowe skądinąd, niemniej w tym przypadku dość sztywne ciało i kiedy z głośnika popłynęła gorąca muzyka, wszyscy zaczęli tańczyć wcześniej poznany układ. Zgubiłam się po trzech krokach. Zagubienie nie trwało długo, gdyż po krótkiej chwili zostałam zaproszona na koniec sali, gdzie w przystępny sposób została mi przedstawiona króciutka historia salsy oraz oczywiście pokazane zostały podstawowe ruchy taneczne (jak się okazało praca nóg jest równie ważna co praca rąk). Nauczyłam się pięciu podstawowych kroków, z których jeden o nazwie open break wzbudził wesołość ogółu, kiedy nie usłyszawszy poprawnej nazwy zapytałam konspiracyjnym szeptem swoją sąsiadkę: open grave?

Drugi z podstawowych kroków i chyba najłatwiejszy z nich to cucaracha, co w tłumaczeniu z hiszpańskiego to nic innego jak tylko karaluch. Ruch ten wykonuje się odstawiając nogę w bok, a następnie z powrotem ją dostawiając. Trzeba pamiętać, że salsa jest jednym z wielu tańców wywodzącym się z niewolniczej grupy społecznej. Ludzie, których ręce i nogi były skute łańcuchami, mieli dość ograniczone możliwości wykonywania ruchów, toteż jedyne co mogli zrobić, kiedy zauważali zbliżającego się do nich karalucha, to drobny krok w bok w celu jego zdeptania. Rozkoszne.

W kolejny poniedziałek pewnie wybiorę się na kolejną lekcję, z nadzieją, że kiedyś będę tańczyć, jak ta pani z filmiku poniżej. Mam nadzieję, że uda mi się to zanim dorównam jej wiekiem.

niedziela, 5 września 2010

Chopin // Polska / The Course

Rok 2010 jest w Polsce obchodzony jako rok Fryderyka Chopina ze względu na 200 jubileusz jego urodzin. Z tej okazji nie tylko w naszym kraju, ale również na całym świecie mają miejsce rozmaite wydarzenia kulturalne poświęcone życiu i twórczości kompozytora, a przy okazji również historii i kulturze Polski.

Jedna z akcji promujących rok Chopina zawitała również do Londynu. Wczoraj w St. Katherine’s Dock w pobliżu Tower Bridge zacumował STS Fryderyk Chopin – drugi co do wielkości statek pływający pod polską banderą. Zaprojektowany przez Zygmunta Chojera, został oddany do użytku w 1992r, kiedy to zadebiutował w regatach przez Atlantyk zdobywając zaszczytne trzecie miejsce. Obecnie żaglowiec wykorzystywany jest do rejsów komercyjnych oraz edukacyjnych w czasie szkoły pod żaglami.

STS Chopin rozpoczął swój Course w Szczecinie 16. czerwca tego roku i zanim przypłynął do Londynu, cumował m.in. w Kopenhadze, Sztokholmie, Hamburgu, Amsterdamie, Bruggi, Dunkierkice i Nantes. Załoga kursu złożona z zawodowych żeglarzy, studentów oraz „ambasadorów turystyki polskiej” przez ponad dwa miesiące gości w portach europejskich, gdzie przy klasycznej muzyce Fryderyka Chopina zachęca wszystkich do odwiedzenia Polski. Celem wyprawy jest pokazanie naszym europejskim sąsiadom, że Polacy to ciekawy i otwarty naród, że cenimy sobie wolność, wierzymy w romantyczną miłość, jesteśmy kreatywni i tworzymy z pasją, czyli w zasadzie jest w każdym z nas wszystko to, co również dla Fryderyka Chopina było ważne. Dlatego też to właśnie jego muzyka towarzyszy prezentowaniu Polski przez załogę. Przy dźwiękach sonat i preludiów nad brzegiem morza zamiast w dusznych salach konferencyjnych w ramach Uniwersytetu Polowego zainteresowani mogą zapoznać się z polską historią i kulturą. W ramach akcji będzie można zwiedzić żaglowiec wraz z przewodnikiem (co oczywiste) będącym członkiem załogi, jak również przewidziane są wszelakie występy artystyczne np. koncerty chopinowskie, balet na rejach żaglowca, malowanie fortepianów oraz budowanie pomnika Fryderyka Chopina z parasoli, jak również nauka tańca, która zakończy się próbą pobicia rekordu Guinnessa w najdłuższym korowodzie poloneza poza granicami Polski.

Żaglowiec będzie gościł w Londynie aż do 12. września, a następnie wyruszy w rejs powrotny do Polski, gdzie 18. września w Gdyni weźmie udział w Światowych Dniach Turystyki.

środa, 1 września 2010

The Passenger

Natrafiłam przedwczoraj w sieci na animację komputerową będącą w całości dziełem jednego człowieka (w zasadzie nic dziwnego dla nas Polaków, mających w pamięci Katedrę Tomka Bagińskiego).
Australijczyk Chris Jones poświęcił 8 lat swojego życia projektowi, którego efektem jest 7-minutowy film The Passenger. Począwszy od scenariusza historyjki, której zalążkiem był pomysł dający zamknąć się w jednym zdaniu some weird stuff happens on a bus, poprzez wykreowanie głównej postaci najpierw na papierze, później w postaci trójwymiarowego modelu, a na końcu zrenderowanej trójwymiarowej siatki w komputerze. Następnie przyszło kompletowanie muzyki i dopracowywanie szczegółów – od techniczno-graficznych, poprzez tytuł filmu, aż do głównego logo. Na stronie internetowej autor krok po kroku opisuje swoje zmagania z tworzeniem filmiku.

Dlaczego piszę akurat o nim? Bo animacja jest nie tylko ciekawa pod względem fabuły, dopracowana w najmniejszym szczególe, ale co chyba najbardziej urzekło mnie w tym wszystkim – zrobiona z prawdziwą pasją i oddaniem. Po pierwszym roku dłubania nad filmem w weekendy, Chris rzucił pracę i żyjąc z oszczędności w całości poświęcił się tworzeniu tejże animacji. Ostatecznie w listopadzie 2005 roku film po raz pierwszy został wyświetlony na dużym ekranie podczas prywatnego festiwalu filmowego. Po kilku następnych poprawkach oraz mnóstwem problemów z dostosowaniem filmu do standardów Academy Award – w 2006r. animacja zwyciężyła w kategorii Best Animation na LA International Shorts Film Festival.



W sieci za darmo dostępna jest obecnie wersja kiepskiej jakości, natomiast na stronie autora można kupić DVD z nie tylko wersją idealnej jakości, ale również mnóstwem dodatków.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Schodami w niemożliwe

W zeszłym tygodniu miałam okazję obejrzeć film Christophera Nolana Incepcja z Leonardo DiCaprio w roli doskonałego złodzieja, który działa w najwrażliwszym z możliwych światów, czyli w podświadomości ludzkiej. Wkradając się do umysłu ofiary podczas snu, ma możliwość wydobycia wszelkich, nawet najbardziej tajnych informacji. Fabuła filmu w zasadzie mało zaskakująca, ale efekty specjalne pierwsza klasa.

W przedstawionym w filmie świecie snów czas staje się lepki i rozciągliwy, a prawa fizyki działają tylko w takim zakresie, w jakim chcemy. Architekci mogą projektować budowle, które w rzeczywistości nie miałyby możliwości powstać, ponieważ przeczą zasadom logiki. Jednym z używanych przez nich trików jest paradoks Penrose’a. W latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia brytyjski naukowiec Lionel Penrose wraz ze swoim synem Rogerem stworzył serię figur niemożliwych, zaprzeczających logice przestrzennej, wśród których chyba najbardziej rozpoznawalny jest trójkąt Penrose’a.

Próba przeniesienia figur niemożliwych do świata trójwymiarowego powoduje powstania złudzenia optycznego, którego świetnym przykładem są schody Penrose’a. Motyw ten został wykorzystany w litografii holenderskiego artysty Mauritsa Cornelisa Eschera z 1960r.
Dzieło Wchodzący i schodzący przedstawiający budowlę z niekończącymi się schodami, po których w koło wchodzą i schodzą mnichowie. Nie ma tu przypadku, ponieważ holenderskie powiedzenie „praca mnicha” oznacza bezcelowe marnowanie czasu. Czyli również chodzenie schodami bez końca.

Wykorzystanie figur niemożliwych w świecie snów nie dziwi mnie zbytnio. Tym bardziej, że dopóki śnimy, wszystko co widzimy i przeżywamy jest jak najbardziej logiczne, aż do momentu obudzenia.

poniedziałek, 17 maja 2010

Saudakova služka jde spát

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam fotografie Jana Saudaka, poczułam się jak Alicja w czeskiej krainie czarów. Słodko-gorzkiej krainie mocnego piwa chmielowego, gdzie gorycz nagiej prawdy o nas samych zostaje osłodzona cukierkowymi kolorami, być może po to, żeby była łatwiejsza do przełknięcia.

Prace Saudaka, choć pokazujące wątpliwą nieraz urodę ludzkiego ciała ujętego w naturalistycznym obiektywie, mają jednak w sobie coś przyciągającego, co nie pozwala przejść obok nich obojętnie. Spokojne, a jednak czułe podejście do fotografowanych osób i miejsc, jest chyba tym, co poruszyło jakąś małą część mojej słowiańskiej duszy. Dokładnie to miejsce, gdzie znajduje się świadomość, że życie w zasadzie jest nudne, a rzeczywistość paskudna, co i tak nie przeszkadza nam żyć z całej siły i odnajdywać w szarej rzeczywistości wszystkie kolory pasji, miłości i pożądania.

Służąca idzie spać to cykl zdjęć z 1980 roku, które nie wiedzieć czemu szczególnie mi się spodobały. Panna służąca jakby wyjęta z książek Hrabala o magicznej, cudownej Pradze. Jest w tej osobie coś, co sprawia, że łatwo mogę wyobrazić sobie samą siebie w tej roli. Dobrou noc kochani, pięknych snów Wam życzę.