piątek, 23 września 2011

Ja, Diablica

Tytuł: Ja, Diablica
Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk
Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: październik 2010

Z zakupionych niedawno stosików, na pierwszy strzał wybrałam książkę Katarzyny Bereniki Miszczuk "Ja, Diablica". Potrzebowałam do czytania czegoś lekkiego i przyjemnego i pod ty względem książka mnie nie zawiodła. Ale od początku.

Autorka to zaledwie 23-letnia studentka wydziału medycznego, która ma na swoim koncie już cztery wydane powieści. Przyznaję to z nieukrywaną zazdrością. Nie znam innych książek jej autorstwa, ale jeśli napisane są w podobnym stylu, to mają szansę stać się bestsellerami. O ile nastolatkom będzie chciało się wydać kieszonkowe na książki. Dlaczego nastolatkom? Bo to właśnie nastolatkowie są grupą docelową powieści, chociaż nie powiem – przed dwa dni, bo tyle właśnie zajęło mi przeczytanie Diablicy, miałam niemały ubaw i całkiem przyjemnie spędziłam czas czytając o perypetiach głównej bohaterki, chociaż nastolatką nie jestem już od dziesięciu lat.

Bohaterka, dwudziestoletnia Wiktoria, to całkiem zwyczajna (może tylko ładniejsza niż przeciętnie) studentka z Warszawy, która trochę niespodziewanie i na pewno przedwcześnie umiera zadźgana nożem w parku, przez podejrzanego typka, który wypatrzył ją wcześniej w barze. Po śmierci trafia do piekielnego Urzędu, gdzie otrzymuje niezwykłą propozycję objęcia stanowiska diablicy, której zadaniem jest zachęcenie jak największej liczby świeżych duszyczek do wybrania Piekła, a nie Nieba na Targu. Tak, tak – to my osobiście decydujemy, w którą stronę się udajemy po śmierci. Wiktoria jako początkująca diablica radzi sobie całkiem nieźle, choć nie potrafi zupełnie odciąć się od swojego ziemskiego życia, w którym obok nadopiekuńczego brata Marka i lekko szurniętej przyjaciółki Zuzy jest jej wielka, skrywana miłość – Piotruś. Przez całą książkę Wiktoria biega za Piotrkiem, a za Wiktorią z kolei ugania się zabójczo przystojny upadły anioł Beleth. W tym wszystkim nie brakuje irytującej postaci z manią wielkości i przerośniętymi ambicjami – w tej roli diabeł Azazel, pięknej i władczej kobiety – Kleopatry, no i oczywiście kota –Behemota (a jakże!). Wszyscy przeżywają przygody rodem z Jamesa Bonda, tylko zamiast strzelać do siebie z pistoletów, okładają się płonącymi mieczami.

Po przeczytaniu książki mam mieszane uczucia. Z jednej strony, czytając ją naprawdę świetnie się bawiłam. Lekki i pełen humoru język oraz wartka akcja niezwykłe wciągają czytelnika. Nie jest to literatura wysokiego lotu, więc jeśli ktoś ma ochotę na odprężającą rozrywkę, w stu procentach mogę mu polecić Diablicę. Z drugiej jednak strony… Dawno temu, chyba jakieś 12 lat wstecz, miałam okazję rozmawiać z panią Natalią Usenko o tym, co najczęściej staje się tematem opowiadań pisanych przez dorastające panienki (jaką sama wtedy byłam). Pamiętam, że skarżyła się wręcz na zalew opowiadań o pięknych aniołach i innych postaciach nadprzyrodzonych, które zakochują się w śmiertelniczce, zstępują na ziemię i dalej niemal jak w harlequinie. Czytając „Ja, Diablica”, nie mogłam odgonić się od tego wspomnienia. Już od kilku lat dzięki Stephenie Meyer i jej "Twlight Saga" przeżywamy istny potop książek o miłości zwykłej dziewczyny i wampira. Zwykłej dziewczyny i wilkołaka. Zwykłej dziewczyny i anioła. Dziewczyny, która wydaję się być zwykła, ale jednak jest niezwykła, bo posiada moce, o których wcześniej nie miała pojęcia i wampira. I tak bez końca. Są to książki, po które sięgamy z przyjemnością, a przynajmniej ja sięgam z przyjemnością, czytam z wypiekami na twarzy, ale… po skończeniu wiem na pewno, że do niej już nigdy nie wrócę. Owszem, kiedy pokaże się kolejna część, na pewną po nią sięgnę i z chęcią przeczytam o dalszych losach głównej bohaterki, ale zrobię to tylko raz. I nie dlatego, że książka jest zła – wręcz przeciwnie, jest świetna jako chwilowa rozrywka, ale tylko jako taka. Nie wnosi niczego nowego do spojrzenia na świat, nie działa na moją wrażliwość i nie pozostaje w pamięci dłużej niż kilka tygodni. Ot przyjemne czytadełko.

środa, 21 września 2011

Stosik no.2

Wczoraj dotarła do mnie długo (no, może nie aż tak bardzo długo) oczekiwana paczka z Empiku. Dla wszystkich, którzy mieszkają w tam, gdzie Empik jest jednym z wielu sklepów to może nic ekscytującego, ale dla mnie – rezydentki londyńskiego Streatham, to nie lada gratka. Najpierw długie przeglądanie strony internetowej sklepu, czytanie recenzji, a później wybieranie książek i dodatkowo dzwonienie do polskich przyjaciół, czy przypadkiem nie chcą również czegoś zamówić, bo Empik w swojej hojności pobiera jedną opłatę za przesyłkę bez względu na liczbę zakupionych książek. Nie robię tu żadnej pseudo-reklamy, ale po przeanalizowaniu cen oraz wyboru tytułów w wielu polskich księgarniach działających na terenie Wielkiej Brytanii, Empik okazał się dla mnie najlepszym wyborem.

I oto są:

1. Kroniki Jakuba Wędrowycza – Andrzej Pilipiuk. Pierwsze z sześciu oblicz Jakuba Wędrowycza, wiejskiego bimbrownika, kłusownika i egzorcysty amatora. Przyznam, że to moja pierwsza książka Pilipiuka. Wstyd i hańba.


2. Bóg nosi dres – Piotr Sender. Spodobała mi się wizja Pana Boga ubranego w kreszowy dresik, napakowanego sterydami łysola. A przecież książka nie o tym. Fragment książki na stronie wydawnictwa mnie wessał, postanowiłam przeczytać całość.


3. Ja, Diablica – Katarzyna Berenika Miszczuk. Opowieść o dwudziestoletniej Wiktorii, która jako następstwo swej przedwczesnej śmierci trafia do piekła, gdzie podpisuje kontrakt na 66 lat i rozpoczyna swoją pracę nad pozyskiwaniem dusz na stanowisku diablicy. Powieść ponoć lekka i przyjemna, a na pewno napisana z dużą dozą humoru.


4. Ziemia Nod – Radosław Kobierski. O ile wcześniejsze pozycje należą raczej do kategorii typowo rozrywkowej, o tyle ta książka stanowi wyzwanie nie tylko intelektualne, ale i emocjonalne. Ziemia Nod to powieść o odrzuceniu i o Zagładzie pewnego świata, którego figurą jest międzywojenny Tarnów. Mój Tarnów.

poniedziałek, 19 września 2011

Stosik no.1

Nie było mnie tu całe wieki. Byłam gdzie indziej. Postanowiłam wrócić – na krótko, na jakiś czas, na dłużej, nie wiem. Wiem jednak, że dzisiejszy post będzie różny od tych, które pisałam dotychczas. Zmieniłam się przez te kilka miesięcy, a może zwyczajnie wyszłam z wprawy i używam banalnego wyrażenia „zmieniłam się” do zamaskowania totalnego rozgotowania mózgu, który nastąpił u mnie w przeciągu tego czasu. Ale powroty są dobre, jeśli bezbolesne i w takim więc tylko nastroju „lekkim, łatwym i przyjemnym” mam ochotę wrócić do blogowania. Ot mała wprawka.

Książki ukochałam będąc małą dziewczynką. Nie pamiętam siebie z ery przed książkami. Zawsze były obok, bardzo blisko nawet – w domu oboje rodzice kupowali książki i czytali pasjami, z mniejszą pasją moja starsza siostra czytała mi wieczorami w łóżku, a później już sama sobie czytałam – właśnie dzięki starszej siostrze i dość pokaźnej biblioteczce domowej nie jakieś szmiry, tylko ciekawe, dobre książki, które wiem to na pewno, ukształtowały mnie na wrażliwego homo sapiens w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Dzisiaj kupowanie książek urosło dla mnie do rangi fetyszu – myszkowanie w księgarniach przesiąkniętych zapachem tuszu i papieru, dotykanie kartek, których nikt przede mną wcześniej nie dotykał (przynajmniej w moim mniemaniu) i późniejsze delektowanie się ich widokiem na półce, kiedy czekają na swoją kolej. Przeczytane strzegę jak zazdrosna kochanka i pożyczam tylko zaufanym osobom, o których wiem, że będą traktowały moje książki z właściwą im czcią i nabożeństwem.
Najlepszy prezent dla mnie na dowolną okazję to książka, sama jestem w stanie odmówić sobie nowego swetra, pięknie pachnącego płynu do kąpieli na rzecz taniego mydła, oraz wybrać wieczór przed TV zamiast w kinie na najświeższej premierze, ale kupowania książek sobie nie umiem odmówić. Zawsze tak było. Dlatego postanowiłam wprowadzić na blogu nową kategorię stosiki, czyli te małe-wielkie wieże z książek, które udało mi się upolować. Mało tego, postanowiłam, że w ramach rozrywki umysłowej będę recenzować KAŻDĄ przeczytaną książkę. Nawet jeśli tylko w trzech zdaniach i bardzo subiektywnie.


Dzisiejszy stosik zawiera cztery pozycje:

1. One Day by David Nicholls – książka do której przymierzałam się od kilku miesięcy. Książka opowiada historię Emmy i Dexa, historię 20 lat ich znajomości/przyjaźni/miłości, historię opisaną każdego roku tylko przez jeden dzień - 15 lipca, dzień w którym poznali się zaraz po zakończeniu studiów na uniwersytecie w Edinburghu.

2. I Don’t Know How She Does It by Allison Pearson – w zasadzie wybrana tylko dlatego, że obecnie w kinach można oglądać film nakręcony na podstawie tej książki. Zaciekawił mnie opis „manipulative nanny”, z którą główna bohaterka musi się zmagać (między innymi wrednymi typami) i zachęta mojej byłej pracodawczyni, której przecież dziećmi również się opiekowałam.

3. The Winter of Our Disconnect by Susan Maushart – jest to pozycja, na którą miałam chrapkę już zeszłej zimy i szczerze mówiąc, chyba właśnie poczekam do późnego listopada z jej przeczytaniem. Co ciekawe książkę znalazłam w dziale self-development, a nie fiction (lub non-ficiton). Już sam tytuł oraz podtytuł How one family pulled the plug on their technology and live to tell/text/tweet the tale daje jasno do zrozumienia, o czym jest ta książka. Rodzina zesłana na pustynię technologiczną na 6 miesięcy. Zesłana z własnej woli. Dla mnie przerażające, bo nie wyobrażam sobie z własnej inicjatywy pozbyć się telefonu i internetu. Być może po tej lekturze zmienię zdanie?

4. A Visit from The Goon Squad by Jennifer Egan – książka polecona przez TV Book Club Channel 4. W zasadzie nie wiem o niej nic, poza tym, co wyczytałam na okładce. Czasem tak mam, kupuję książkę bo ma ładną okładkę. No i niech mi ktoś powie, że nie jestem zboczona.

niedziela, 16 stycznia 2011

Lesiaqous robi listę

Nadejście nowego roku jest momentem, w którym większość ludzi robi postanowienia mające poprawić ich życie. W moim przypadku nie było żadnych postanowień, poza rzuceniem palenia na bliżej nieokreślony czas. Zamiast tego zrobiłam listę rzeczy, które chciałabym zrobić w swoim życiu. Wszystkich zainteresowanych odsyłam na nowego bloga, który będę prowadziła jednocześnie z zieloną walizką.

WALIZKA VS WIADERKO

Czas się jakby kurczy i każdego dnia bardziej wydaje mi się, że muszę się spieszyć coraz bardziej ze wszystkim. Albo może po prostu powinnam przestać grać w FarmVille na facebooku…

środa, 29 grudnia 2010

2.


No proszę – blog obchodzi dzisiaj DRUGIE URODZINY. Rośnie i rozwija się - jak na dwulatka przystało umie już mówić o sobie w trzeciej osobie, nazywać części ciała i próbuje podskakiwać. W przyszłym roku będzie próbował być bardziej niezależny i dociekliwy.

Podsumowując – miniony rok jak róg obfitości pełen był niespodziewanych zwrotów akcji, wzniosłych i całkiem przyziemnych wzruszeń i emocji, ale też słodkiego lenistwa oraz dni błogostanu pt. dolce far niente. Jak na mój gust trochę za mało tego dolce, niemniej jednak z optymizmem patrzę na nadchodzący rok. Szykują się zmiany, wierzę, że pozytywne. Zatem trzymajcie kciuki.

niedziela, 28 listopada 2010

Światło w fazie rozkładu

Listopad nie jest najprzyjemniejszym miesiącem w roku. Szczerze mówiąc jest chyba jednym z najbardziej ponurych - według mojej opinii idzie łeb w łeb z lutym, choć na korzyść tego ostatniego działa to, że ma zaledwie 28 [+1] dni, a dodatkowo każdej mijającej doby przybywa nam słonecznych minut.

Wczoraj w ramach walki z listopadową aurą nic-niechcenia ubrałam swoje najbardziej kolorowe tenisówki i wyszłam na spacer, który wyglądał jak marsz z przeszkodami, bo musiałam przebijać się przez zaspy rudych liści. Wróciłam do domu lekko zmarznięta marząc o herbacie z sokiem malinowym w samą porę, bo kilka minut później spadł deszcz. A to niespodzianka! Deszcz w Londynie, zwłaszcza w listopadzie. Ale był to tylko przelotny deszczyk, który zostawił na niebie przepiękną tęczę. Wczorajszy deszczyk zamienił się dzisiaj w ulewę.


Tęcza zawsze była dla mnie czymś niezwykłym. Wierzyłam, że jest mostem łączącym niebo z ziemią i zawsze zwiastuje jakieś dobre wydarzenie. I nie byłam w tym wierzeniu odosobniona. W mitologii nordyckiej można znaleźć opowieść o Bifröst – płonącym tęczowym moście, który łączył ziemię, inaczej Midgard, będący światem śmiertelnych ludzi ze światem bogów Åsgard. Most pilnowany dzień i noc przez Heimdalla służył bogom do przemieszczania się pomiędzy ludzką a boską krainą. Wierzono, że na końcu świata tęczowy most runie pod ciężarem gigantów próbujących dostać się do Åsgard.


Również starożytni Grecy przypisywali tęczy nadziemską moc. Utożsamiana była z boginią o imieniu Iris, która będąc pokojówką bogini Hery, czuwała nad swoją panią i nigdy nie zasypiała gotowa na każde wezwanie. Często też powoziła złotym rydwanem Hery zaprzężonym w stado pawi. Iris posiadała parę rozłożystych tęczobarwnych skrzydeł, dzięki czemu poruszała się szybciej nawet od boskiego posłańca Hermesa, dlatego niekiedy proszona była o zejście na ziemię z wiadomością od bogów i przekazanie ludziom woli bogów i to właśnie wtedy na niebie ukazywała się tęcza, będąca pomostem pomiędzy światem ludzi i bogów. Grecy wierzyli, że podobnie jak słońce jednoczy niebo i ziemię, tak Iris łączy wyniosłych bogów z prostymi ludźmi.

W religiach dalekiego wschodu również występują bóstwa, których atrybutem jest tęcza. W starożytnych mitach chińskich można znaleźć opisy bogini Nüwa 女媧 - z głową kobiety i ciałem węża była uważana za stwórczynię rodzaju ludzkiego. Z gliny tworzyła figurki ludzi, które później wypalała w piecu, aby nie były kruche – te palone w zbyt wysokiej temperaturze stawały się czarnoskóre, a te w zbyt niskiej – rasą białą. Figurki wypalane w idealnej temperaturze nabierały żółtej barwy skóry. Wierzono również, że Nüwa naprawiła nieboskłon, który został zniszczony podczas wojny bogów. Używając kamieni w pięciu kolorach załatała szczelinę, która powstała w czasie walki – tym sposobem na niebie pojawiła się tęcza.

Hinduizm również posiada swojego boga tęczy – jest nim Indra – bóg deszczu, grzmotów i błyskawicy (w jakimś sensie można go porównać do nordyckiego Thora bądź greckiego Zeusa). W sanskrycie tęcza nazywana jest indradhanus इन्द्रधनुस्, co znaczy łuk Indry.

Co ciekawe również w chrześcijaństwie i judaizmie znajdziemy odniesienia do tęczy jako boskiego znaku. To przecież właśnie tęcza pojawiła się na niebie, kiedy wielka powódź po 40 dniach dobiegła końca, jako znak nowego przymierza pomiędzy Bogiem a ludźmi. Bóg obiecał wtedy Noemu, że nigdy więcej nie ześle na ziemię potopu, by ukarać ludzi za grzechy.

Z kolei w wierzeniach australijskich Aborygenów pojawia się tęczowy wąż Yingarna, który mieszkał głęboko pod ziemią w pobliżu studni artezyjskich. Wychodząc spod ziemi wypchał nad powierzchnię ogromne jej masy, tworząc przy tym łańcuchy wysokich gór. Tęczowy wąż uważany za wroga Słońca, dzięki swoim licznym wędrówkom napełniał również źródła i tworzył strumienie. Tym samym wierzono, że stanowi dobrodzieja i obrońcę ludzi, który jednocześnie może ukarać ich, za nieprzestrzeganie prawa zsyłając suszę.

Oczywiście chyba najlepszym z poznanych do tej pory przeze mnie wierzeń związanych z tęczą, jest ten, o garncu złota ukrytym na jej końcu przez irlandzkiego leprikona. Ktokolwiek dotrze na koniec tęczy może liczyć na sowitą nagrodę.

Z kolei starobułgarskie podania mówią, że ktokolwiek przejdzie pod tęczą zostanie odmieniony w swojej płci – mężczyzna zacznie myśleć jak kobieta, a kobieta jak mężczyzna. Może właśnie z lej legendy wywodzi się tęczowa flaga - symbol ruchu LGBT?

A na koniec jedna z moich ulubionych piosenek „Somwhere over the rainbow” w Czarnoksiężnika z Krainy Oz w wykonaniu duetu (niemożliwego) Evy Cassidy i Katie Melua. Film troszkę przydługawy, bo na początku można obejrzeć materiał o życiu i twórczości Evy, ale gorąco polecam w całości.

czwartek, 11 listopada 2010

Maczek, czyli pamiętaj

W Polsce 11. listopada jest dniem Narodowego Święta Niepodległości, które ustanowione zostało po zakończeniu I Wojny Światowej. 11.XI.1918 r. Niemcy podpisały kapitulację na froncie zachodnim a w Polsce gen. Józef Piłsudski został dowódcą wojskowym i głową państwa. Właśnie te dwa ważne wydarzenia historyczne zaważyły na wyborze dnia 11. listopada jako naszego święta narodowego.

Ale dzień ten również w innych krajach jest obchodzony w szczególny sposób. I tak na Wyspach Brytyjskich (podobnie w Kanadzie i w Belgii) jedenastego listopada przypada Remebrance Day, czyli Dzień Pamięci.