niedziela, 25 marca 2012

Książkowa niedziela XII: "Puppy love" F. Scheunemann


Tytuł: Puppy Love
Autor: Frauke Scheunemann
Wydawnictwo: Atlantic Books
Data wydania: luty 2012

Kolejna pozycja z serii chick-lit, książek lekkich, łatwych i przyjemnych, które czyta się równie szybko, jak szybko się o nich zapomina. Niemniej książka kupiona po to, żeby umilić mi dwa do trzech popołudni, spełniła swoją rolę. Przewidywalna do granic, niekiedy bardzo infantylna, najprawdopodowniej poprzez zastosowanie pierwszoosobowego narratora który jest jamnikiem. Dość niecodzienne.
Pies Herkules, który poprzez przygodę swojej mamy nie może pochwalić się pełnym rodowodem, zostaje oddany do schroniska, gdzie znajduje miłą panią – Caroline. Caroline początkowo wydaje się mieć szczęśliwe, uporządkowane życie, ale zarówno młody jamnik, jak i jego świeżo poznany przyjaciel kot Mr Beck, doprowadzają do nieoczekiwanego zwrotu w jej życiu. Cała książka jest dość zabawnym opisem komplikacji miłosnych ludzi widzianych z perspektywy psa. 6/10

niedziela, 18 marca 2012

Książkowa niedziela XI: "Tysiąc wspaniałych słońc" K. Hosseini

Tytuł: Tysiąc wspaniałych słońc
Autor: Khaled Hosseini
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 26 września 2008

Tysiąc wspaniałych słońc to drugą po Chłopcu z latawcem powieść Hosseiniego, którą miałam przyjemność przeczytać. Prawdziwą przyjemność, bo obie książki są niezwykłe. Smutne, poruszające niewygodne, ale ważne tematy. Tysiąc wspaniałych słońc to książka, opisująca blisko 30 lat życia dwóch Afganek, żyjących we współczesnym, targanym wojnami państwie islamskim. Jednak przemiany polityczne są w tym przypadku jedynie tłem dla opowieści o codziennym życiu – oczywiście naznaczonym biedą i lękiem, które zawsze towarzyszą człowiekowi w czasie wojen, ale nie to stanowi tutaj istotę prawdziwego cierpienia tych dwóch kobiet.

Pierwsza z nich Mariam, to córka bogatego i poważanego Dżalila i jego służącej – jest dzieckiem niechcianym, które okryło hańbą jej matkę, w związku z czym obie musiały zamieszkać w małej chatce w lesie, daleko od oczu innych ludzi. Mariam dorasta w poczuciu winy, ale i miłości do ojca, który jednak ją odrzuca jako bękarta w najbardziej krytycznym momencie jej życia. Wydaje ją za mąż, za dużo starszego od niej mężczyznę, byle tylko pozbyć się problemu, jaki nieślubna córka stanowi dla całej jego rodziny. Rasheed nie rozumie dramatu swojej młodej żony, uważa wręcz, że przytrafiło się jej największe z możliwych szczęście, że ktoś zechciał ją poślubić. Początkowo między małżonkami układa się, głównie dzięki uległości Mariam, ale kiedy okazuje się, że kobieta nie może mieć dzieci, Rasheed zamienia się w podłego tyrana. Potęgując cierpienia Mariam, pewnego dnia przyprowadza do domu młodą Lailę, która w wybuchu bomby straciła całą swoją rodzinę. Laila zgadza się go poślubić, tylko dlatego, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nosi w swym łonie dziecko innego - miłości jej życia, który wraz z rodziną ze względu na wojnę opuścił Afganistan i udał się do Pakistanu. W taki oto sposób pod jednym dachem zamieszkują dwie zupełnie odmienne kobiety, które łączy jedynie obrzydzenie do mężczyzny, którego poślubiły. Z biegiem czasu kobiety się zaprzyjaźniają, chociaż nie jest to łatwa przyjaźń. Na początku raczej solidarność uciśnionych, dopiero później przychodzi lojalność i oddanie. Tak wielkie, że prowadzi do niewyobrażalnego poświęcenia jednej, aby druga miała choć trochę lepsze życie.

Tysiąc wspaniałych słońc jest dla mnie kolejną książką, po którą sięgnęłam, aby choć trochę lepiej zrozumieć kulturę arabską. Dla mnie – Europejki z katolickiego kraju, trudno pojąć mentalność, w której kobieta jest uważana z człowieka drugiej kategorii. Niezdolną do samodzielnego decydowania o sobie i swoim życiu, której wszystkie działania w zasadzie od samego początku są warunkowane przez mężczyzn – najpierw ojca i braci, a później męża. W tym wszystkim nawet prawo jest po stronie mężczyzn, nawet jeśli ten jest oprawcą i katem kobiety, ona nie może zwyczajnie odejść. Również dlatego, że zwyczajnie nie ma ani dokąd, ani za co.

Powieść, choć czysta fikcja, jest zdecydowanie jedną z pozycji, nad którą nie można przejść obojętnie. Zwłaszcza w świetle ostatnich wydarzeń: 16-latka z Maroka popełniła samobójstwo, ponieważ została zmuszona do poślubienia mężczyzny, który ją wcześniej zgwałcił. W krajach muzułmańskich mężczyzna może uniknąć kary więzienia za ten czyn, właśnie jeśli poślubi swoją ofiarę. W tym przypadku ślub „oczyszcza” kobietę z hańby, jaką ją spotkała. Dla mnie jest to totalnie niezrozumiałe i myślę, że nigdy nie będzie. O ile umiem zrozumieć wielożeństwo, jak również swego rodzaju protekcjonizm mężczyzn w pewnych kulturach wynikający z czystej troski o kobiety, o tyle, tego rodzaju zachowanie, a zwłaszcza prawo je aprobujące, nigdy nie zyska w moich oczach aprobaty. Uważam, że książkę warto przeczytać z wielu powodów. Na pewno nie jest lekturą ani łatwą, ani przyjemną, ale na pewno bardzo wartościową. 7/10

niedziela, 11 marca 2012

Książkowa niedziela X: "Call The Midwife: A True Story Of The East End In The 1950s" J. Worth

Tytuł: Call The Midwife: A True Story Of The East End In The 1950s
Autor: Jennifer Worth
Wydawnictwo: Phoenix
Data wydania: 06 marca 2008

Call the Midwife autorstwa Jennifer Worth robi obecnie furorę w Wielkiej Brytanii za sprawą mini serialu BBC nakręconego na podstawie książki. Ja sama również sięgnęłam po nią właśnie po obejrzeniu pierwszego odcinka i zarówno książka, jak i serial zawładnęły mną totalnie na kilkanaście dni. Zaledwie kilkanaście, bo książka była rewelacyjna i czytało się ją z prawdziwą przyjemnością, a jaka wiadomo, wszystko co dobre szybko się kończy.

Nie przypuszczałam, że literatura z pogranicza faktu tak bardzo przypadnie mi do gustu. Nie jest to typowe czytadło, z romansem w tle i zdecydowanym happy endem. Jest to bardziej kronika z lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia, opisująca codzienne życie biednych ludzi mieszkających w jednej z najpodlejszych w tamtych czasach dzielnicy Londynu. Kronika pisana trochę stronniczo, bo wydarzenia w książce opisywane są przez młodą położną, która wychowywała się w zupełnie innych warunkach. Jak autorka sama przyznaje, nie spodziewała się, że ludzie mogą żyć w takich warunkach, gdzie brud, bieda, ciasnota są na porządku dziennym. Ludzie z londyńskich doków, nie tylko przywykli do takiego życia, oni zwyczajnie nie znają innego. Mężczyźni ciężko pracują fizycznie, kobiety na ogół zajmują się domem i dziećmi. A dzieci zazwyczaj cała gromadka, ściśnięta w maleńkich domach i mieszkaniach, raczej nie może cieszyć się spokojnym, beztroskim dzieciństwem. Od najmłodszych lat, każdy ma swoje obowiązki – a to pomaganie w domu, a to opieka nad młodszym rodzeństwem, a nawet praca na pełną zmianę w przypadku nastolatków. Wydawać by się mogło, że ci ludzie musieli być bardzo nieszczęśliwi. Ale to nie prawda. Żyło się im ciężko, ale dawali sobie radę. Poza tym poczucie przynależności do pewnej społeczności było niesamowicie silne, dodatkowo potęgowane przez odmianę slangową języka angielskiego - cockney, zrozumiałą tylko dla ludzi, którzy wychowali się w na londyńskim East Endzie.

W tym wszystkim grupa sióstr i pielęgniarek położnych, które swoją codzienną pracą służyły tej społeczności. Bezwzględny szacunek i posłuch, nawet od największych zakapiorów w dzielnicy. Cud narodzin, a jednak zwykła codzienność – bo nie można zapominać, ze zarówno prezerwatywy, jak i pigułki antykoncepcyjne nie były wtedy w powszechnym użyciu. Wszystko to składa się na niesamowitą książkę, jedną z tych, które pamięta się bardzo długo – dla mnie tym ważniejszą, że opisującą tę część Londynu, w której zamieszkałam zaraz po przyjeździe do UK. Oczywiście Docklands lat 50. ubiegłego wieku i Docklands teraz to zupełnie dwa różne miejsca, ale czytanie o tych okolicach, które dobrze znam, o ulicach, którymi spacerowałam niemal każdego dnia wywołało dodatkowe wzruszenie. Polecam gorąco – i książkę i serial. 9/10

niedziela, 4 marca 2012

Książkowa niedziela IX: "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" M.V. Llosa

Tytuł: Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki
Autor: Mario Vargas Llosa
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: wrzesień 2007

„Z kim tak ci będzie źle jak ze mną,
Przez kogo stracisz tyle szans każdego dnia,
Kto blady świt, noce bezsenne
Tak ci zatruje, jak ja?!”


Książka pisarza iberoamerykańskiego, a jak ulał pasuje do jej opisu tekst polskiej piosenki sprzed 20 lat śpiewanej przez Kalinę Jędrusik. Widać miłość nie zmienia się ani z czasem, ani z miejscem.
Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki to moje pierwsze spotkanie z prozą Llosy i musze stwierdzić, że bardzo udane. Książką wciągnęła mnie niesamowicie i nie wiem, czy bardziej dlatego, że zafascynowała mnie postać niegrzecznej dziewczynki, czy dlatego, że postać grzecznego chłopczyka wzbudziła we mnie dziwną mieszankę współczucia, zazdrości i dumy.

Szelmostwa
... to przede wszystkim książka o miłości. Miłości trudnej, niespełnionej i trwającej całe życie. Współczesne wydarzenia polityczne w Ameryce Łacińskiej i Europie oraz miasta, w których spotykają się główni bohaterowie są tylko tłem dla opowieści o uczucia Ricarda do niegrzecznej dziewczynki. Lima, Paryż, Londyn, Tokio – każde z tych wielkich miast stanowi nowy rozdział w historii miłości Ricarda do kobiety, która zawładnęła jego życiem całkowicie, ale nie stało by się to, gdyby jej na to nie pozwolił. Ricardo poznaje Chilijeczkę jako kilkunastoletni chłopak, zakochuje się w niej i darzy czystym, wiernym uczuciem przez kolejne 50 lat, choć ta wykorzystuje jego przywiązanie i dobroć na wszystkie możliwe sposoby. Typowa femme fatale, która dla swoich kaprysów zrobi wszystko, nie zważając na uczucie jedynego mężczyzny, który kiedykolwiek naprawdę ją kochał.

Książka bez wątpienia jest dobrym przykładem tego, że nie wystarczy kochać i dawać z siebie wszystko, by dostać to samo w zamian. Taki lajf. Ciekawe jest to, że według mnie Ricardito doskonale zdawał sobie sprawę, z jaką okropną osoba ma do czynienia i że ona nigdy nie odwzajemni jego uczuć, ale przez całe życie miał nadzieję, że Chilijeczka po prostu uszczęśliwi go zwyczajnie dając się adorować i nie ucieknie od niego do kolejnego mężczyzny, który będzie miał jej jedynie do zaoferowania pieniądze i nic ponad to. Nadzieja matką głupich. Ale jest to rodzaj głupoty, której chyba nie warto się pozbywać. Nawet jeśli boli, jak cholera. 7/10

niedziela, 26 lutego 2012

Książkowa niedziela VIII: "Anioły muszą odejść" K.T. Lewandowski

Tytuł: Anioły muszą odejść
Autor: Konrad T. Lewandowski
Wydawnictwo: Gruner&Jahr
Data wydania: 20 kwietnia 2011

Książkę kupiłam trochę przez przypadek. Po pierwsze zachęcił mnie jej opis jako warszawskiej odpowiedzi na Mistrza i Małgorzatę. Po drugie promocja w Empiku, w momencie, kiedy chciałam sprawdzić kompatybilność ebooka zakupionego w tymże sklepie z moim kindlem. Test został zakończony sukcesem i tak oto stałam się szczęśliwą posiadaczką swojej pierwszej polskiej książki w formacie mobi, która prawdę mówiąc z Mistrzem i Małgorzatą Bułhakowa ma niewiele wspólnego. Nie jest to bynajmniej żaden minus, bo Mistrz jest tylko jeden i wystarczy.

Głównymi bohaterami książki Anioły muszą odejść jest jak sam tytuł wskazuje grupa aniołów rezydujących na cmentarzu na warszawskiej Woli: była ladacznica-ciągle-dziewca, która zmarła broniąc świętej Eucharystii, husarz Jan Seweryn poległy w drugiej bitwie o Warszawę w 1705 r., ateista-marksista towarzysz Zaleszczuk i bardziej nam współczesny bezimienny anioł dobrej rady zwany leniwcem, który również za życia nie wierzył w Boga. Ale jak mawiają aniołowie Naczelny nie jest małostkowy.

Jak wieść niesie, Lewandowski napisał te książkę ze złości i niedowierzania: "Są takie chwile w życiu pisarza, że coś go tak wkurzy, że musi z tego powstać książka. W przypadku "Anioły muszą odejść" takim zdarzeniem był opublikowany w sierpniu 2008 roku w "Naszym Dzienniku" wywiad z księdzem doktorem Józefem Bartnikiem, który oznajmił, że klęska Powstania Warszawskiego była osobistą zemstą Matki Boskiej za niedostatek czci. Doszedłem do wniosku, że coś takiego mógł powiedzieć tylko człowiek opętany przez demona."

Autor w fantastyczny sposób połączył w swojej powieści rzeczywiste dzieje Warszawy z wymyślonymi przez perypetiami fantastycznych postaci. Twarde rządy księżnej Anny Mazowieckiej i skazanie na śmierć przez spalenie na stosie dwóch niewinnych kobiet – Klimaszewskiej i Piekarki, które umierając w wielkim cierpieniu oddają swoje dusze diabłu i poprzysięgają zemstę, dają początek klątwie, która ma zniszczyć znienawidzoną już teraz Warszawę. A prób zniszczenia miasta było wiele, najbardziej jednak znaczącą okazała się klęska Powstania Warszawskiego. Dlatego też w XXI demonice wybierają właśnie Muzeum Powstania Warszawskiego na swój kolejny atak. Klątwie mogą przeciwstawić się jedynie aniołowie wraz z parą wybrańców – byłym zakonnikiem redemptorystą Andrzejem i typową dresiarą Jesiką aspirującą do roli wróżki, którzy swoją miłością mogą uratować miasto.

Książka jest znakomita. Napisana w świetnym stylu, z humorem i bez zbytniego nadęcia, chociaż odwołuje się do tematów, które my Polacy wręcz uwielbiamy mielić na okrągło: religii i Polski jako wybranego narodu katolickiego – jedynego prawdziwego obrońcy wiary oraz z drugiej strony martyrologii i Polski walczącej i uciśnionej przez wszystkich. Wszystko to jednak stanowi tylko tło do opowieści o tym co najważniejsze: miłości. Boga do ludzi i ludzi do siebie nawzajem. 9/10

niedziela, 19 lutego 2012

Książkowa niedziela VII: "Jonathan Strange i Pan Norrell" S. Clarke

Tytuł: Jonathan Strange i Pan Norrell
Autor: Susanna Clarke
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 2004 - 2005

Przyznam się, że ta opasła powieść (ponad 1000 stron!) była dla mnie nie lada wyzwaniem. Wyzwaniem, które zakończyło się klęską. Rzadko odkładam książkę - nawet jeśli męczy mnie niemiłosiernie, to próbuję dobrnąć do końca oczekując, że może już za chwilę akcja się rozkręci. Niestety. Jonathana Strange i Pana Norrella odłożyłam po przeczytaniu ok jednej trzeciej tomu trzeciego i stwierdzam to z dużą przykrością , ponieważ po niemal pożarciu tomu pierwszego miałam nadzieję na równie smakowite zakończenie. Drugi tom jednak okazał się mdły i skończyłam go zdecydowanie wolniej, natomiast trzeciego zwyczajnie nie zdzierżyłam. Ale od początku…

Na powieść Jonathan Strange i Pan Norrell Susanny Clarke miałam ochotę od dawna. Przymierzałam się do niej ostrożnie, zdając sobie sprawę z tego, że książka o takiej objętości musi doskonale wstrzelić się w mój nastrój oraz w aurę panującą na zewnątrz. Nie ma nic bardziej męczącego niż czytanie o wyprawie przedzierającej się przez śniegi Arktyki w czasie plażowania, lub na odwrót – czytanie o soczystych romansach rozgrywających się w słońcu pod włoskim niebem, kiedy za oknem deszcz, a ja wtulona w ciepły koc, grzeję stopy termoforkiem. Dal mnie taka kombinacja to murowana depresja. Zdawać by się więc mogło, że w przypadku Jonathana Strange… i czas i nastrój był odpowiedni. Mimo wszystko, coś nie zaskoczyło, czegoś wyraźnie zabrakło. Pomimo całej mojej dobrej woli oraz czystego uwielbienia dla tego rodzaju literatury, pomimo rekomendacji innego cenionego przeze mnie pisarza Neila Gaimana, który określił książkę "Unquestionably the finest English novel of the fantastic written in the last seventy years" oraz pomimo nagrody, jaką ta powieść zdobyła (Hugo Award for Best Novel 2005) – ja nie dałam rady doczytać jej do końca.

A zaczęło się całkiem przyjemnie. Akcja powieści rozpoczyna się w 1806 roku w Anglii, która zaangażowana jest w wojnę z Francją. Magią zajmują się gentelmani, wśród których sztuka ta jest równie cenioną dziedziną nauki jak filozofia czy matematyka. Niestety żaden z tych znakomitych panów nigdy nie rzucił żadnego zaklęcia, a samą magią zajmują się jedynie teoretycznie. Aż do pewnego dnia, kiedy ich spokojne rozważania zakłóca pan Gilbert Norrell, który w swej śmiałości twierdzi, że magia nie jest wymarłą dziedziną nauki, na dowód czego na oczach wszystkich niedowiarków ożywia kościelne posągi. To wydarzenie staje się końcem Towrzystwa Magów, a miano maga jako jedyny w kraju może legalnie używać Pan Norrell. Z czasem okazuje się, że magia może być bardzo pożyteczna, zwłaszcza jeżeli mag jest prawdziwym gentelmanem i nie używa jej do niecnych celów wynikających z niskich pobudek. Pan Norrell zostaje zatrudniony przez rząd angielski i pomaga prowadzić wojnę z Napoleonem, a to przez zsyłanie nań koszmarów sennych, a to przez stworzenie magicznej floty wojennej. W drugim tomie powieści pojawia się postać Jonathana Strange – młodego człowieka, który jakby przypadkiem odkrywa, że posiada w sobie moce magiczne. Pan Strange zostaje uczniem Pana Norrella, a w późniejszym czasie wyrusza do Hiszpani, aby magią wspomóc generała Wellingtona. Po powrocie powoli drogi Jonathana Strange i Pana Norrella się rozchodzą, każdy z nich staje się samodzielnym magiem mającym swoich popleczników i przeciwników, zarówno wśród elity rządzącej, jak i wśród zwykłych ludzi.

Susanna Clarke podzieliła powieść na trzy części – pierwszy tom jest poświęcony głównie Panu Norrellowi, drugi – Jonathanowi Strange, a trzeci – Johnowi Uskglassowi, zwanym też Królem Kruków. Wszystkie tomy w wybitny sposób opisują życie bogatszych klas społecznych w XIXw. Anglii, a co ciekawe w całej powieści autorka niemal wprost się wyśmiewa z typowych przywar socjety tamtego okresu. Książka jest jakby połączeniem powieści fantastycznej z kronika historyczną tamtych czasów. Świat znany nam z książek Dickensa i Austen, autorka wzbogaciła o sztukę magiczną i swoją narracją sprawiła, że wydaje nam się to najnaturalniejszym zabiegiem pod słońcem.

Nie chcę krytykować tej książki, pomimo, że nie udało mi się jej skończyć. Być może to akurat ja byłam zbyt rozproszona własnymi sprawami, aby w pełni docenić to, o czym czytam. Nie wykluczam, że kiedyś jeszcze zrobię do niej drugie podejście. Na razie jednak oceniam ją dość nisko 4/10.


------------
*zdjęcie książek pochodzi z bloga Zaczytanej