niedziela, 29 lipca 2012

Książkowa niedziela XXX: "Pod niemieckimi łóżkami. Zapiski polskiej sprzątaczki" J. Polańska

Tytuł: Pod niemieckimi łóżkami. Zapiski polskiej sprzątaczki.
Autor: Justyna Polańska
Wydawnictwo: Świat Książki
Data wydania: 30 maja 2012

Książka Justyny Polańskiej została po raz pierwszy wydana ponad rok temu w Niemczech. Oryginalnie w języku niemieckim, pomimo tego, że autorka jest Polką. Justyna to prawdziwe imię, natomiast Polańska – nazwisko jednoznacznie kojarzące się z krajem pochodzenia – to już pseudonim przybrany na potrzeby książki. Dlaczego autorka potrzebowała ukryć się pod fałszywym nazwiskiem? Odpowiedź jest jasna – Justyna napisała książkę o swoich własnych, nierzadko dość przykrych doświadczeniach zawodowych jako sprzątaczka w Niemczech. Zatrudniona od kilkunastu lat na czarno, jak większość kobiet pracujących w tej branży. I nie tylko w Niemczech.

Dla mnie osobiście ta książka była ciekawa z tej prostej przyczyny, że sama pracuję za granicą jako „siła domowa” i stykam się z przeróżnymi sytuacjami, które gdyby nie zdarzyły się naprawdę, były by dla mnie abstrakcją przekraczającą granice mojej wyobraźni. Przypuszczam, że podobne odczucia miała Justyna i dlatego postanowiła napisać tę książkę. Sama zresztą przyznała, że chwyciła za pióro, kiedy jeden z jej pracodawców zaczął się przed nią rozbierać. Podobnie dziwacznych, niesmacznych lub wręcz obrzydliwych sytuacji można by mnożyć. A to starsza pani, która umyślnie rozsmarowuje swoją kupę po desce klozetowej, aby później sprawdzić, czy ta ostatnia została dokładnie wyszorowana. A to zmumifikowany chomik albo zużyta prezerwatywa pod łóżkiem, a nawet banknoty o przeróżnych nominałach specjalnie tam podłożone, aby sprawdzić uczciwość die Putzfrau.

12-letnie doświadczenie zawodowe Justyny pozwoliło jej na napisanie niekiedy zabawnej, a na pewno prawdziwej opowieści o Polce, która jak sama autorka przyznaje, znajduje się na najniższym szczeblu niemieckiej drabiny społecznej. Ale nie jest tak, że Justyna tylko narzeka, wręcz przeciwnie. Przyznaje, że w Niemczech żyje się jej dobrze, a na pewno lepiej niż żyłoby się jej w Polsce. Wielu jej klientów to mili ludzie, a on sama ma mnóstwo znajomych i przyjaciół wśród Niemców. Opisywane przypadki, to dość częste, ale jednak „przypadki”, które znajdziemy w każdym społeczeństwie, czy to niemieckim, czy polskim, czy jakimkolwiek innym. Podejrzewam, że tak jak opisani Niemcy traktują swoje polskie sprzątaczki, tak samo pewnie niektórzy Polacy traktują swoje ukraińskie pomoce domowe. I choć książka napisana słabo pod względem formy, to mogę ją polecić każdemu, kto ma ochotę na garść anegdot o Niemcach brudasach. Niemcy ponoć przeczytali i się zawstydzili. Zaraz po tym, jak się oburzyli. 5/10

niedziela, 15 lipca 2012

Książkowa niedziela XXVIII: "Fifty Shades Freed" E.L. James

Tytuł: Fifty Shades Freed
Autor: E L James
Wydawnictwo: Arrow Books
Data wydania: 2012

Trzecia i ostania część serii o pikantnym związku Christiana i Any. Choć słowo pikantny jest tu zdecydowanie na wyrost, bo książka to mdłe flaki z olejem. Poziomem literackim dorównuje swoim poprzedniczkom, czyli nie można spodziewać się dobrego, wciągającego czytadła. O ile jeszcze pierwsza część miała w sobie urok nowości, tak trzecia, jest odgrzewaniem dwudniowych kotletów. Hmm, bardzo kulinarnie mi a recenzja wychodzi...

Ana i Christian już na wieki wieków złączeni węzłem małżeńskim mają wszystko, o czym młoda para może zamarzyć. a nawet jeszcze więcej. Ana z wielkim trudem stara się przyzwyczaić do pieniędzy, jakimi teraz dysponuje, do ochrony obserwującej jej każdy krok (och nie, nie mogę opalać się topless na łódce) i domowej gosposi (ojej, tak się wstydzę, że gosposia umyła mój butt plug). Hitem tejże części, jest wściekający się Christian na wiadomość, że jego żona jest w ciąży (za krótko się znamy idiotko!).

Rozumiem, dlaczego książka jest bestsellerem - bo literatura, nawet najgorsza zawsze jest postrzegana jako wyższy rodzaj sztuki niż film. Kobiety wstydzą się oglądać filmy pornograficzne lub wstydzą się przyznawać, że to robią. Czytanie książki już wstydem nie jest. Zwłaszcza takiej, która można anonimowo kupić na amazonie i mieć dostarczona na kindla w 3 sekundy. Nikt nie zobaczy w sklepie co wybieram, a w metrze, czy w autobusie nie zobaczy charakterystycznej okładki. Bez względu jednak, czy czytana otwarcie, czy w ukryciu - na pewno sprawia, że kobiety stają się bardziej świadome swoich potrzeb i odważniejsze w ich komunikowaniu. I to jest fajne. Jeśli dotyczy kobiety i jej partnera. Natomiast bicie po oczach czystym zachwytem dla książki która poza scenami seksu (a szczerze mówiąc czytywałam lepsze opisy aktów miłosnych i to nie w książkach erotycznych) nie ma żadnej wartości, jest żenujące. Ale niektóre czytelniczki mają to w nosie, a co najgorsze ośmieszają nie tylko siebie, ale i swoje biedne, nieświadomego niczego dzieci. I za to shame on you. 3/10






Bardzo dobra recenzja książki by użytkowniczka portalu lubimyczytac.pl Natalia-Lena

niedziela, 8 lipca 2012

Książkowa niedziela XXVII: "Fifty Shades Darker" E.L. James

Tytuł: Fifty Shades Darker
Autor: E L James
Wydawnictwo: Arrow Books
Data wydania: 2012

Druga część trylogii pornograficznej autorstwa E L James. Anastasia, która pomimo zakochania po uszy w pięknym Christianie Greyu postanowiła nie podpisywać kontraktu na bycie jego submissive, zrywa znajomość i cierpi przez całe pięć dni, aż Christian znowu staje na jej drodze.

Grey wykupuje wydawnictwo, w którym Anastasia zaczyna pracę jako swieżynka i tym samym staje się szefem szefa jej szefa. Czyli jednak w jakiś sposób zaczyna panować nad panna Steele. Kiepska rekompensata, ale jednak. Romans Anastasii i Christiana rozkwita, inner goddess Any coraz częściej ma powody do zadowolenia, a sam Christian pod wpływem urody i osobowości swojej nowej partnerki postanawia walczyć ze swoimi wewnętrznymi demonami.

W książce jest wszystko, co sfrustrowana pani domu uwielbiająca Harlequiny mogłaby wymyślić. Psychopatyczny szef, który usiłuje w dość nieudolny sposób nawiązać romans że swoja nowa asystentka, była kochanka pięknego adonisa walcząca z depresja, była kochanka tegoż samego z wybujałymi potrzebami łóżkowymi i silną potrzebą dominacji, matka prostytutka i znęcający się nad chłopcem ojczym. Wszystko to jednak zakończone happy endem, kiedy to Ana i Christian po 3 miesiącach znajomości stają na ślubnym kobiercu. Wszystko w imię miłości i rozkoszy w Red Room of Pain.

Książka podobnie jak poprzednia część jest kiepściutka pod względem literackim. Podobnie jednak jak 50 Shades of Grey połyka się ją w jeden dzień. Z niewielkim tylko gag reflex. 3/10

niedziela, 1 lipca 2012

Książkowa niedziela XXVI: "Fifty Shades of Grey" E.L. James

Tytuł: Fifty Shades of Grey
Autor: E L James
Wydawnictwo: Arrow
Data wydania: 2012

Mam mieszane uczucia co do tej książki. Nie będę udawała, że nie przeczytałam jej jednym tchem. Bo przeczytałam, choć nie jestem z tego dumna. Okrzyknięta mianem mummy porn jest dokładnie tym, czym można się spodziewać. Balansując na granicy mocno rozerotyzowanego romansu i sado-maso porno opisuje historię młodziutkiej studentki literatury Anastasi Steele, która poznaje młodego biznesmena Christiana Grey dosłownie nurkując na twarz przez drzwi do jego gabinetu. Onieśmielona boskim wyglądem Christiana zakochuje się w nim natychmiast i od tego momentu zaczyna się najmniej prawdopodobna historia miłosna, jaka w życiu słyszałam.
Nie bez znaczenia jest tu oczywiście fakt, że Grey jest młody, przystojny i bajecznie bogaty. Zabiera Anę na randki prywatnym helikopterem, zaprasza na kolacje do przepięknego apartamentu na szczycie wieżowca (którego oczywiście jest właścicielem), obdarowuje nowiutkim sportowym samochodem oraz ostatnimi cudami techniki w postaci super-druper telefonu i laptopa. Wszystko, po to żeby uwieść niewinną Anastasię (dziewicę) i wciągnąć ją w podniecającą relację dominacji i posłuszeństwa.

Bez skrupułów mogę napisać, że pod względem literackim książka jest zła. Ubogi język (a czytałam w oryginale), powtarzające się na okrągło te same frazy; wyssana z palca fabuła i płaskie charaktery, a wszystko tylko jako miałkie tło dla opisów scen wyuzdanego niekiedy seksu. Fajna lektura do robienia sobie dobrze w domowym zaciszu. I nic więcej. 4/10

niedziela, 3 czerwca 2012

Książkowa niedziela XXII: "Nie dla mięczaków. Historia krótkiej wolności Piotra V." M. Szwaja

Tytuł: Nie dla mięczaków. Historia krótkiej wolności Piotra V.
Autor: Monika Szwaja
Wydawnictwo: Empik Sp z o. o.
Data wydania: 13 kwietnia 2011

Kolejna pozycja Moniki Szwai przeznaczona przede wszystkim dla kobiet. Pozycja chick-lit z aspiracjami do wyższej polki. A może bez aspiracji, choć autorkę lubię i cenię, bo zdecydowanie nie traktuje swoich czytelniczek (czytelników) jak mało rozgarnięte lalki Barbie.

O ile jednak poprzednie książki Szwai czytałam z niekłamaną przyjemnością, tak co do Nie dla mięczaków mam z lekka mieszane uczucia. Powieść (a raczej powiastka, ze względu na jej objętość) jest do bólu przewidywalna. Książka, typowo dla tej autorki, porusza rożne problemy społeczne – demencja starca, homoseksualizm, etc. bez wielkiego nadymania się i próby przekonania czytelnika do jedynie słusznej opinii, ale mam wrażenie, że Monika Szwaja wzięła sobie za cel pisanie powieści na trudne tematy.

Najpierw było o domach dziecka i rodzinach zastępczych w Domu na Klifie, później o zapłodnieniu in-vitro i kobietach-surogatkach w Zupie z ryby fugu, a teraz to. Coś jakby traciła z uroku i lekkości trylogii Klubu mało używanych dziewic. Sama autorka przyznaje, że musiała napisać Mięczaki dość niespodziewanie na zlecenie Empiku. Niestety to widać…

Nie to, że książka mi się nie podobała, wręcz przeciwnie, ale po jej przeczytaniu pozostał mega niedosyt wynikający z porzuconych lub zamkniętych jednym zdaniem wątków. Niemniej z czystym sumieniem mogę polecić tę książkę na leniwe popołudnie lub dwa, jeśli akurat ktoś ma ochotę na miłą, niezbyt wymagającą, ale też nie ogłupiającą lekturę. 6/10

niedziela, 27 maja 2012

Książkowa niedziela XXI: "Zmorojewo" J. Żulczyk

Tytuł: Zmorojewo
Autor: Jakub Żulczyk
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: 26 stycznia 2011


Moje przywiązanie do bajek i fantastyki ma bezdyskusyjne przełożenie na dobór lektur. Tym razem sięgnęłam po rodzimego autora młodego pokolenia (ha! kolega Żulczyk jest zaledwie rok młodszy ode mnie i ma już na swoim koncie 5 powieści! zazdrość!). Moim wyborem była książka dla młodzieży (jak sądzę, gdyż głównym bohaterem jest 15-letni Tytus Grójecki) pt. Zmorojewo

Zmorojewo to zbudowane dawno temu przez Jana Twardowskiego czarodziejskie miasto, stworzone po to, aby bronić mieszkańców Głuszyc i nie tylko przed działaniem złych mocy. W Głuszycach m.in. mieszkają dziadkowie Tytusa, do których ten ostatni zostaje wysłany na całe lato przez swoich rodziców. Początkowo wyjazd, który jawi się Tytusowi wygnaniem na zadupie, po kilku dniach przekształca się w wakacje życia ze względu na pojawienie się na scenie 16-letniej Anki, w której Tytus zakochuje się niemal natychmiast. Trochę z ciekawości, a trochę, żeby zaimponować dziewczynie, Tytus zabiera Ankę na wycieczkę do Kolonii Głuszyce, miejsca gdzie według lokalnych legend mieści się nawiedzony dom. Na miejscu okazuje się, że nie jest to tylko legenda, a sam dom stanowi bramę łącząca Zmorojewo z realnym światem. Tytus, Anka i mieszkańcy Głuszyc zostają świadkami walki rozgrywającej się pomiędzy siłami dobra i zła. Tytus niespodziewanie dla samego siebie staje się centrum tej walki. Na jaw wychodzi prawda o jego pochodzeniu i uaktywniają się jego zdolności, o których nie miał wcześniej zielonego pojęcia.

Książka nie należy może do literatury najwyższych lotów, ale na pewno jest ciekawą pozycją, zwłaszcza dla nastoletniego czytelnika. Dla mnie, której w ostatnich miesiącach istota szara mózgu zamienia się w mash potatoes – również. Bez obrazy dla książki oczywiście, bo ta napisana jest z pomysłem, wykorzystująca motywy kilku dobrze znanych nam baśni i legend, wciągająca. Z ciekawością sięgnę po jej kontynuację Świątynia. 6/10

niedziela, 20 maja 2012

Książkowa niedziela XX: "Na fejsie z moim synem" J.L. Wiśniewski

Tytuł: Na fejsie z moim synem
Autor: Janusz L. Wiśniewski
Wydawnictwo: Wielka Litera
Data wydania: 08 lutego 2012

Ponoć z twórczością Janusza L. Wiśniewskiego jest jak z Marimte - albo się ją kocha, albo nienawidzi. O ile Marmite nie znoszę  tak do Wiśniewskiego mam stosunek ambiwalentny. Czytałam kilka jego książek, które uważam za naprawdę dobre i ważne, które zrobiły na mnie pozytywne wrażenie i wniosły dużo do mojej wiedzy i postrzegania pewnych spraw, ale również i takie, które uważam za bardzo słabiutkie  żeby nie powiedzieć, wręcz grafomańskie. W przypadku Na fejsie z moim synem mam również mieszane uczucia...

Książka nie jest zła. Napisana lekkim językiem, pełna anegdotek i opowiadań o historii słowami osoby, która nie tylko o nich słyszała, ale prawie na pewno była ich świadkiem. Zdecydowanie zabawna i bez większego zadęcia, pomimo, iż porusza różne, czasami nawet najcięższe tematy z dziedziny filozofii, religii czy etyki. W zasadzie nie miałabym tej książce nic do zarzucenia, gdyby nie współautorka i jednocześnie narratorka powieści - Irena Wiśniewska, nieżyjąca (i pisząca z piekła) matka JL Wiśniewskiego.

Nie podszedł mi ten format kompletnie. Pisanie wiadomości na fejsbuku do własnego syna i to prosto z zaświatów. Nie wiem, czy Wiśniewski, chciał być nowoczesny i up-to-date, bo przecież fb jest teraz wszędzie, wystarczy lodówkę otworzyć..., ale mam wrażenie, że wykorzystywanie Matki autora jest dalece nie na miejscu. Z przykrością stwierdzam, że w przypadku tej książki format zaważył na ocenie treści dosyć mocno. 5/10

5/10