Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 kwietnia 2014

Rzymskie wakacje Dzień #1


Moje rzymskie wakacje zaczęły się dość niefortunnie – opóźnionym wylotem z lotniska London-Luton. Gęsta mgła nie pozwalała nam na odlot i zamiast planowanego startu o 6.25 rano, mój samolot wzbił się w powietrze dopiero dwie godziny później. Przyjęłam tę zmianę ze stoickim spokojem i postanowiłam wykorzystać te dwie godziny na drzemkę, bo w nocy spałam jedynie 2h (byłam tak podekscytowana wyjazdem, że udało mi się zasnąć dopiero około 23.30, a budzik miałam nastawiony już na 1.30, aby bez problemu zdążyć na lotnisko…) Lot trwał niewiele ponad dwie godziny i tuż przed południem wylądowaliśmy na Fiumicino airport. Przywitała nas cudowna, słoneczna pogoda – bardzo miła odmiana po chłodnym, zamglonym Londynie.

Odprawa paszportowa, odbiór bagażu, a później kolejka do punku informacyjnego, gdzie odbierałam swoją kartę Roma Pass – wszystko to sprawiło, że 45 minut później nadal tkwiłam na lotnisku, mocno już zmęczona i lekko zagubiona. Dodatkowo mój rzymski host Sergio wysłał mi kilka smsów where are you? i zestresował mnie lekko stwierdzeniem, że o godzinie 14 musi wyjść i wróci dopiero wieczorem. Wzięłam się zatem w garść i w podskokach udałam się na dworzec kolejowy. Po ekspresowym zakupie biletu i naganie wzrokowej, której udzieliłam parze turystów, którzy usiłowali wcisnąć się w kolejkę przede mną, wskoczyłam do pociągu (nie wiedziałam, że bilet należy skasować po przejściu przez bramkę, więc całe szczęście, że akurat konduktor zrezygnował ze sprawdzania biletów) i odjechałam w stronę centrum Rzymu.

Na stacji Trastevere przesiadłam się do innej linii i już po kilku minutach jazdy byłam na mojej docelowej stacji Roma San Pietro. Oczywiście nie było to wszystko takie łatwe, bo nie do końca było dla mnie jasne, na który peron mam się udać i czy bilet, który mam uprawnia mnie do dalszej jazdy. Dodatkowo, już na mojej stacji docelowej okazało się, że Google maps w telefonie nie działa nawet po włączeniu lokalizacji GPS, a moja papierowa mapa akurat w tym rejonie ma legendę. Z pomocą przyszedł mój przyjaciel Sebastian, który po krótkiej rozmowie telefonicznej, litościwie wysłał mi smsem directions ze stacji na adres, gdzie mieścił się mój hotel. Dotarłam tam po ok. 15 minutach, spocona i mocno zestresowana, jednak Sergio czekał na mnie w oknie i kiedy zdezorientowana stałam na środku ulicy zastanawiając się, w którą stronę mam iść, krzyknął przyjaźnie moje imię i zaczął machać. Wydaje mi się, że oboje odczuliśmy podobną ulgę, że w końcu dotarłam na miejsce!

Sergio okazał się bardzo miłym, zrelaksowanym człowiekiem, który dal mi klucze do pokoju, pokazałam kuchnię i łazienkę i życząc miłego dnia, szybko wyszedł na zaplanowane spotkanie, zostawiając mnie samą w swoim mieszkaniu. Mieszkaniu – bo moje zarezerwowane Bed&Breakfast okazało się zwykłym trzypokojowym mieszaniem, gdzie jeden pokój zajmował właściciel, a dwa pozostałe były wynajmowane turystom. Takim jak ja. Mój pokój był sporą jedynką, natomiast drugi (double), akurat był pusty i to nie zmieniło się aż do końca mojego pobytu, wiec przez 6 dni byliśmy tylko ja i Sergio.

Po szybkim odświeżeniu się i krótkim odpoczynku postanowiłam poznać okolicę i wykorzystać moją Roma Pass na udanie się do centrum. Wsiadłam w pierwszy autobus, który nadjechał (zapamiętałam jak nazywa się mój „domowy” przystanek) i dałam się porwać w siną dal. Dal wcale nie była sina, tylko cudownie błękito-biało-pomarańczowa i znajdowała się 25 minut jazdy autobusem na Piazza Venezia.


Zostałam uderzona w głowę feerią kolorów i całą skalą dźwięków, jakie może wydawać z siebie tętniące życiem, zatłoczone miasto. Dodatkowo pierwszym budynkiem, jaki zobaczyłam po wyjściu z autobusu było monumentalne Il Vittoriano, czyli Ołtarz Ojczyzny (Altare della Patria) muzeum/pomnik, który powstał na początku XX wieku dla uczczenia zjednoczenia Włoch. Niesamowita, zapierająca dech w piersiach marmurowa budowla, choć nieszczególnie lubiana przez Włochów, ponieważ pochłonęła mnóstwo państwowych pieniędzy, a przede wszystkim w czasie prac konstrukcyjnych, została zniszczona część wzgórza kapitolińskiego. O czym osobiście mogłam przekonać się niemal natychmiast po skierowaniu się na prawo, gdzie ni tego ni z owego miałam okazję zobaczyć ruiny starego muru z półkolistą wnęką ozdobioną freskiem przedstawiającym pochówek Jezusa. Mur z wnęką stanowi pozostałość kościoła pochodzącego z II w.
 

W lekkim oszołomieniu spowodowanym tak bliskim zderzeniem z żywą historią, wspięłam się schodami na szczyt Kapitolu (jednym z siedmiu wzgórz, na których zbudowane jest Wieczne Miasto), gdzie znajduje się Piazza del Campidoglio z centralnie ustawionym pomnikiem Marka Aureliusza, który wita odwiedzających Palazzo Senaorio. Ciekawostką jest to, że obecny wygląd placu zawdzięczamy Michałowi Aniołowi, który m.in. zmienił orientację budynków, tak aby ich front ustawiony był w stronę Watykanu, a nie starego Forum jak to miało miejsce jeszcze w czasach Renesansu.

 
Przecięłam plac uśmiechając się zalotnie do Marka Aureliusza i ruszyłam za wycieczką kierującą się gęsiego na lewo, gdzie na stanęłam oko w oko z wilczycą karmiącą dwóch chłopców (no dobrze, oko w oko to za dużo powiedziane, bo rzeźba stała na wysokim cokole). Wilczyca Kapitolińska to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Rzymu. Według legendy, to ona wykarmiła i wychowała Remusa i jego brata bliźniaka Romulusa, który był założycielem i pierwszym władcą Rzymu. 

 
Wyminęłam wilczycę i stanęłam przed oszałamiającym widokiem – Foro Romano i Palatyn w ciepłym świetle zachodzącego już lekko słońca. Szczerze mówiąc to była jedna z tych chwil w życiu, kiedy poczułam totalne wzruszenie spowodowane tym, że było mi dane znaleźć się w miejscu, o którym czytałam, uczyłam się i pragnęłam zobaczyć na własne oczy i w końcu się udało. O wycieczce do Rzymu naprawdę marzyłam już od wielu lat. Trzy lata temu byłam bardzo blisko zrealizowania tego marzenia – miałam już kupione bilety na samolot, zarezerwowany hotel i przewodnik z zaznaczonymi miejscami, które musze koniecznie odwiedzić będąc w Rzymie. Niestety w ostatniej chwil musiałam odwołać wyjazd i mój przewodnik przeleżał na półce trzy lata. Więc w to konkretnie popołudnie, kiedy stałam na tarasie widokowym oglądając ruiny najstarszego placu we Włoszech, czułam jak wzruszenie formuje się w niewielką gulkę w gardle. Stałam w miejscu, gdzie narodziła się zachodnia cywilizacja. Gdzie być może dwa tysiące lat wcześniej przechadzał się Juliusz Cezar? Gdzie być może Kaligula wpadł na pomysł powierzenia stanowiska senatora swojemu koniowi? Gdzie Marek Antoniusz rozmyślał o ponętnym ciele Kleopatry?...

 
 
 
 

poniedziałek, 20 stycznia 2014

3/52 "Podróż do miasta świateł, tom II. Rose de Vallenord" Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Tytuł: Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord.
Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: październik
2013

Drugi tom opowieści o losach polskiej malarki Róży Wolskiej oraz o Ninie - współczesnej studentce historii sztukii, która odkrywa, kto stoi za kradzieżami obrazów tej pierwszej.

Małgorzata Gutowowska-Adamczyk napisała cudowną książkę. Kolejną po trylogii Cukiernia pod Amorem, choć bardzo podobną - nie tylko w formie, gdzie rozdziały poświęcone przeszłości splatają się z rozdziałami, w których akcja rozgrywa się współcześnie; ale również pod względem występujących postaci, których mieliśmy okazję poznać właśnie w cukierni. Niemniej obie książki można czytać osobno, bo akcja Podróży do miasta świateł tylko luźno nawiązuje do Cukeirni pod Amorem.
W pierwszym tomie Cukierni poznajemy Tomasza Zajezierskiego, pana na Zajezierzycach, gdzie w pewnym momencie pojawia się również malarka Róża Wolska. Róża maluje przepiękny portret Tomasza i podarowuje go swojemu modelowi w prezencie. Portret Tomasza Zajezierskiego pozostaje w nietkniętym stanie przez wiele lat, również przez okres obu wojen, aż w końcu trafia na swoje właściwe miejsce - do głównego halu dworku w Zajezierzycach, aktualnie przekształconego w hotel przez praprapra-wnuka Tomasza - Xaviera Toroszyna. Xavier i jego żona Iga dowiadując się, że obrazy Róży Wolskiej znikają w dziwnych okolicznościach z muzeów rozsianych po całym świecie, postanawiąją zatrudnić Ninę - studentkę historii sztuki, aby ta dowiedziała się kto i dlaczego kradnie obrazy.

Historia raczej nieszczęsliwych losów Róży przeplata się z opowieściami o losach współczesnych bohaterów. Genialne opisy XIX i XX-wiecznego  Paryża. Ciekawi bohaterowie, którzy jak najbardziej wydają się realni, bo ich problemy nie są wydumane. Lekki styl, wciągająca intryga, dość nieoczekiwane zakończenie. Wszystko to sprawia, że książkę naprawdę warto przeczytać. 9/10.

środa, 15 stycznia 2014

2/52 "Blondynka na tropie tajemnic" Beata Pawlikowska

Tytuł: Blondynka na tropie tajemnic
Autor: Beata Pawlikowska
Wydawnictwo: Wydawnictwo G+J RBA
Data wydania: 18 maja 2011

Gdybyśmy z Beatą Pawilkowską stanowiły parę na fejsbuku, to status naszego związku zdecydowanie byłby it’s complicated. Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy się z nią zetknęłam. Jako dziennikarką – chyba gdzieś w połowie liceum, kiedy prowadziła niedzielną poranną audycję w Radiu Zet. Byłam wierną czytelniczką jej bloga i ogólnie wielką fanką jej samej, jako osoby. Później doszły dwie książki – Blondynka w dżungli i Blondynka wśród łowców tęczy. Znajomi w zasadzie co roku nie mieli problemu z kupowaniem mi prezentu na urodziny, bo zawsze była to kolejna książka Beaty Pawlikowskiej. Do czasu, kiedy zrobiła się z niej swego rodzaju celebrytka – średnio ciekawy program w TV, książki-poradniki jak znaleźć szczęście, miłość i równowagę wewnętrzną, książki do nauki języków obcych etc. – wszystko niemal w tym samym czasie i nagle ze średnio znanej dziennikarki, również przez kolejne wywiady w prasie, w których nie obeszło się bez wywnętrzniania na granicy dobrego smaku, zrobiła się Beata Pawlikowską kolejną polską celebrity (choć przynajmniej za coś więcej niż tylko bycia znaną z bycia znaną).

Zniesmaczyło mnie to mocno i trochę się obraziłam na jej książki. Pomógł wyjazd do UK i zaprzestanie śledzenia polskiego rynku wydawniczego. Aż któregoś dnia w zeszłym roku, trafiłam do Empiku w rodzinnym mieście i skorzystałam z promocji 3 za 2 i kupiłam kolejne trzy podróżnicze książki Beaty Pawlikowskiej, których brakowało w mojej kolekcji. Długo stały na półce, aż do teraz. Sięgnęłam po pierwszą z brzegu Blondynkę na tropie tajemnic i szczerze mogę przyznać, że autorka nie straciła lekkości pisania i w ciekawy, zabawny sposób dzieli się z czytelnikami swoimi przygodami w egzotycznych miejscach. Tym razem na Zanzibarze, w Tanzanii, Brazylii i Amazonii. Nie obyło się od życiowo-filozoficznych wstawek i stosunek objętościowy fotografii do tekstu również pozostawia wiele do życzenia, ale mimo wszystko warto sięgnąć po tą książę. Mnóstwo ciekawostek, mnóstwo opisów scenek z codziennego życia ludzi, którzy żyją w odległych, niemal nieosiągalnych dla zwykłego polskiego zjadacza chleba (mnie) miejsc. 7/10

Siódmego dnia na Zanzibarze wsiadłam na łódź i popłynęłam przez ocean. Ciepły wiatr głaskał mnie po włosach, szumiały palmy kokosowe, świeciło tropikalne słońce, a ja pomyślałam, że w takich chwilach czas staje i przestaje mieć znaczenie. Liczy się tylko to, co jest tu i teraz. To jedna z tajemnic szczęścia.

W czasie podróży ciągle odkrywam coś nowego. Afrykański rytm życia w kraterze Ngorongoro, bigos z fasoli i księżycowa pustynia w Brazylii, zwariowane podwieczorki, Wydma Zachodzącego Słońca, zapach jaguara, zabójcze gąsienice, pieczone mrówki, wanilia, pieprz i goździki..

Niezwykłe miejsca i przygody, w poszukiwaniu prawdy o świecie i o sobie.

 

poniedziałek, 6 stycznia 2014

1/52 "Anioł w kapeluszu" Monika Szwaja

Tytuł: Anioł w kapeluszu
Autor: Monika Szwaja
Wydawnictwo: Wydawnictwo Sol
Data wydania: 06 listopada 2013

Wierzę, że anioły istnieją naprawdę. Nie tylko jako bezcielesne istoty zesłane na ziemię przez Boga, aby nas pilnować, ale także w postaci osób z naszego otoczenia -  czasem bliskiego i dobrze znanego, czasem zupełnie przypadkowego. Tacy ludzie-anioły sprawiają, że nasze życie jest lepsze, że w momentach, kiedy wątpimy w siebie i własne możliwości, oni stają przy nas, wyciągają pomocną dłoń albo tylko szepczą do ucha przyjazne słowo.

W najnowszej książce Moniki Szwaji aniołów w ludzkim ciele jest wielu. I pomagają sobie nawzajem, bo okazuje się, że nie liczy się to, czy jesteśmy genialnym dzieckiem zapracowanych rodziców, których wymagania względem małoletniej pociechy są mocno wygórowane; czy może doświadczoną i uznawaną w świecie nauki panią psycholog, której nagle wali się rzeczywistość, bo traci męża, a synowi opuszczają rodzinne gniazdo, by żyć własnym życiem. Czy może dwudziestokilkuletnią studentką "po przejsćiach", która stoi na rozdrożu, bo nie do końca wie, czy kończyć studia, które lekko jej obrzydły ostatnio, czy może przyjąć propozycję biznesową od ojca, który okazuje się jednak lepszym człowiekiem, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.

W Aniele w kapeluszu przewijają się postaci znane nam z poprzednich książek autorki - energiczna pani Lila i przygarnięta przez nią studentka polonistyki Miranda. Muzyk i poeta Sasza Winogradow, Irlandczyk Noel Hart - odnaleziony ojciec Michaliny, oraz Grześ - mąż tejże, z zawodu lekarz psychiatra. Wszyscy oni zostają wciągnięci w pomoc 12-letniemu chłopcu Jonaszowi, który czując, że nie daje rady z narzuconymi mu przez rodziców obowiązkami, ucieka z domu i szczęśliwie trafia pod skrzydła Jaśminy i Mirona - dość nietypowej dwójki ludzi, między którymi dopiero co zawiązała się nić przyjaźni.

Lubię Szwaję za prostotę jej książek, za brak wydumanych romansów i praktyczne, a jednak bardzo ciepłe i wzruszające podejście do sytuacji, które przytrafiają się ludziom w życiu. Autorka nie boi się podejmować trudnych tematów - samotności, starości, rozpaczy i opuszczenia, ale pisze o nich bez zbędnej tkliwości. Daje swoim czytelnikom poczucie, że kiedy w nas samych kotłują się emocje podobne, do tych, które spotykają jej bohaterów, to nie jesteśmy z nimi sami i z każdej sytuacji jest dobre wyjście. Chyba za ten optymizm właśnie najbardziej lubię jej książki. 7/10.

wtorek, 19 lutego 2013

9/52 "Martwe jezioro" O. Rudnicka


Tytuł: Martwe jezioro
Autor: Olga Rudnicka
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 30 października 2008

Debiut literacki z 2008 roku młodej pisarki Olgi Rudnickiej, która w swoim dorobku ma już 8 książek zaliczających się do kategorii kryminałków romansowych. Wybór tejże autorki był spowodowany lutowym wyzwaniem literackim obejmującym pisarzy na literę R, a także moim wyjazdem urlopowym, który wykluczał literaturę wyższych lotów (na Ericha Marię Remarque przyjdzie jeszcze odpowiednia pora, choć kiedy piszę tę recenzję w samolocie, w drodze powrotnej z przepięknej Madery, mam w głowie jedynie hasło raj utracony...)

Martwe jezioro opowiada historię Beaty Rostowskiej, która pomimo sukcesów odnoszonych na polu zawodowym, nie bardzo radzi sobie ze związkami, głównie z powodu trudnego dzieciństwa, nacechowanego nie tyle biedą czy patologią, ale brakiem emocjonalnej obecności rodziców. Dziewczyna przez całe swoje życie czuła się niechcianym, niekochanym dzieckiem, które choćby nie wiem jak bardzo się starało, nie potrafiło sprostać oczekiwaniom rodziców. Wyprowadzka z domu i rozpoczęcie życia na własny rachunek w wieku osiemnastu lat mogłoby załamać niejedną osobę. Ale nie Beatę, która nie tylko ukończyła studia ze świetnym wynikiem, ale również zdobyła pozycję szanowanego fachowca w swoim zawodzie. Brak rodzinnego ciepła rekompensuje jej w znacznym stopniu rodzina i rodzeństwo jej najlepszej przyjaciółki i zarazem współlokatorki Uli. Ulka - roztrzepana, ale urocza dziewczyna trochę nieudolnie usiłuje zeswatać Beatę ze swoim bratem Jackiem, a dość niespodziewane zaproszenie na ślub siostry Beaty okazuje się być idealną wręcz okazją do tego.

Beata, która kilka tygodni wcześniej wynajęła prywatnego detektywa, aby ustalić prawdę o swoim pochodzeniu, dość niechętnie decyduje się na wyjazd w towarzystwie Jacka. Dochodzi jednak do wniosku, ze konfrontacja, jaka ją czeka, do przyjemnych należeć nie będzie i miło będzie mieć przy sobie przyjazną osobę. I jak się okazuje, obecność Jacka na weselu ratuje jej życie...

Książka jak na debiut literacki jest całkiem przyjemna. Jak już wspomniałam - trudną ją zaliczyć do literatury wysokich lotów, ale też nikt się niczego takiego po niej nie spodziewa. Krótka (jedyne 125 stron) jest wciągającą, przyjemną rozrywką na leniwe popołudnie. 6/10

wtorek, 22 stycznia 2013

6/52 "Sekretne życie pszczół" S. M. Kidd

Tytuł: Sekretne życie pszczół
Autor: Sue Monk Kidd
Wydawnictwo: Albatros A. Kuryłowicz
Data wydania: 01 stycznia 2008

Cudna książka, na którą miałam ochotę od momentu, kiedy obejrzałam Secret life of bees z Dakotą Fanning w głównej roli. Zazwyczaj staram się najpierw czytać powieść, a dopiero później oglądać nakręcony na jej podstawie film, ale w tym przypadku myślę, że gdyby nie piękne zdjęcia i wspaniała gra aktorów, nie sięgnęłabym po książkę. 

Sekretne życie pszczół to opowieść o nastoletniej Lily Owens, która zmaga się z przedwczesną utratą matki i brakiem miłości ze strony ojca. Jedyną osobą, która wydaje się być jej naprawdę bliska, jest czarnoskóra niania Rosalene. Wszystko to na południu Stanów Zjednoczonych w latach 60. ubiegłego wieku. Trudno uwierzyć, ale zaledwie 40 lat temu czarnoskórzy obywatele USA otrzymali prawo do głosowania. Nie obeszło się oczywiście bez aktów przemocy i łamania praw prze białych, o czym również traktuje książka - bo to własnie niewłaściwe zachowanie wobec białych zmusza Rosalene i Lily do ucieczki z brzoskwiniowej farmy ojca tej ostatniej. Dziewczynka i jej niania trafiają na miodową farmę sióstr Boatwright, gdzie obie odnajdują nie tylko nową rodzinę, ale przede wszystkim spokój na przekór męczących ich demonów przeszłości.

Książka jest naprawdę piękna. Idealna w połączeniu z kubkiem aromatycznej herbaty słodzonej miodem. Sugestywna, z łatwością przenosi czytelnika do gorącej Karoliny Południowej. Historia opowiedziana z punku widzenia nastolatki, na dodatek białej, która znajduje swoje miejsce w domu czarnoskórych sióstr jest nie tylko ciekawa ze względu na pokazanie sposobu myślenia ludzi w tamtych czasach (ot choćby jej głębokie zdziwienie faktem, ze czarnoskóry chłopiec, w którym notabene się podkochuje, decyduje się na pójście do szkoły, w której uczą się biali), ale przede wszystkim dlatego, że Lily pomimo swojego młodego wieku zdaje się zauważać i rozumieć o wiele więcej, niż można by przypuszczać. 7/10



niedziela, 13 stycznia 2013

4/52 "Zwyczajny facet" M. Kalicińska

Tytuł: Zwyczajny Facet
Autor: Małgorzata Kalicińska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 11 października 2011

Moja czwarta książka w tym roku. Nadal pozostaję w kręgu polskiej literatury. Może nie tej najwyższych lotów, ale na pewno przyjemnej do czytania. Chociaż pomimo tego, że Zwyczajnego faceta czytało mi się lekko, to muszę przyznać, że w ogólnym rozrachunku mocno mnie ta książka przygnębiła. 

Autorka tym razem postawiła na męskiego narratora - Wieśka, którego opowieść dotyczy głównie jego rozwalającego się małżeństwa. Tak w dużym skrócie i nie wdając się w wątki poboczne. A tych jest wiele, przede wszystkim oddalenie wynikające z wyjazdu za pracą do Finlandii, mało idealne kontakty z dziećmi, romansy z kobietami, męskie przyjaźnie. Główny bohater jest jak najbardziej realny, mam wrażenie, że takich mężczyzn jak on może być wielu w moim otoczeniu. Przeżywających rozstanie z rodziną i nie do końca radzących sobie z uczuciami, jakie temu towarzyszą. Tylko, czy mężczyźni naprawdę tak mocno analizują swoje uczucia w kontekście związków z innymi ludźmi? Niektórzy na pewno, choć moim zdaniem Kalicińskiej nie do końca udało się uchwycić męskość bohatera. Opisy scen miłośnych, bardzo zmysłowe, zwracające uwagę na szczegóły - zapach, fakturę skóry, niedoskonałości niemłodych już ciał etc. Bardziej mi to wszystko pasuje do miękkiej kobiety niż faceta. Ale chyba nie powinnam generalizować, tym bardziej, że poprzednią książka przeczytaną przeze mnie było Łóżko Wiśniewskiego, a ten nie ma sobie równych wśród polskich pisarzy w szczegółowym opisywaniu scen erotycznych i towarzyszącym im emocjom.

Bywały w powieści również momenty, kiedy miałam ochotę trzasnąć Wieśka w ucho i krzyknąć "weź się w garść cipko". Bardzo mnie denerwował miejscami, choć muszę przyznać, że polubiłam go na swój sposób. Co mnie jednak mocno zasmuciło, to postać jego żony Joanny. Koszmarna baba, a najgorsze, że znalazłam w niej swoje własne cechy. I pewnie nie ja jedna. Kalicińska pokazała kobiety w bardzo niekorzystnym świetle(choć nie wszystkie) i z ciężkim sercem przyznaje, że naprawdę my kobiety bywamy takie w rzeczywistym życiu. Dla mnie samej książka była powodem do zastanowienia się, czy może czasem faktycznie nie rozpętuję wielkiej burzy bez ważnego powodu, ranię bliskie mi osoby zostawiając za sobą głęboką rysę,której nie będę nigdy w stanie wymazać, choćbym nie wiem jak się starała. 6/10

poniedziałek, 7 stycznia 2013

3/52 "Łóżko" J. L. Wiśniewski

Tytuł: Łóżko
Autor: Janusz L. Wiśniewski
Wydawnictwo: Świat Książki
Data wydania: 2011

Zbiór siedmiu opowiadań, w których autor opisuje emocje, z jakimi przychodzi nam sobie radzić w najróżniejszych sytuacjach życiowych. Zazdrość, strata i tęsknota, przyjaźń, zdrada, miłość, oddanie. Typowo dla Wiśniewskiego bardzo zmysłowo i ... nudnie.

Pierwszą książką tego autora, którą przeczytałam już dawno temu, była S@motność w sieci. Powieść zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, zakochałam się w niej natychmiast i przez kilka tygodni czytałam na okrągło. Historia miłości Jakuba i Ewy zawładnęła mną całkowicie oraz sprawiła, że uznałam Janusza L. Wiśniewskiego za świetnego pisarza, który nie tylko rozumie naturę ludzką, ale na dodatek potrafi o niej pięknie pisać. Kolejne jego książki były rozczarowująco wtórne. Zwłaszcza Los powtórzony, który w mojej opinii był niczym więcej, jak tylko odcinaniem kuponów od S@motności właśnie. Zawiodłam się na autorze i przestałam mieć o nim tak dobre zdanie jak wcześniej, aż do Bikini, które uważam za rewelacyjną pozycję. Mądrą i ważną, do tego świetnie napisaną. Nie wiem z czego wynika taka chwiejność w poziomie pisania autora. Bezsprzecznie ma talent i umie pisać na delikatne tematy w sposób, o jakim inni mogą tylko pomarzyć. A jednak jest jakiś dysonans.

Również w zbiorze Łóżko Wiśniewski naprawdę pięknie pisze o uczuciach. Problem w tym, że mam wrażenie, że już gdzieś to czytałam. Autor nie zaskakuje niczym nowym. Dodatkowo według mnie ponownie próbuje wykorzystać to, co przyniosło mu rozgłos. 6/10

niedziela, 6 stycznia 2013

2/52 "Spowiedź heretyka. Sacrum profanum" A. N. Darski, P. Weltrowski, K. Azarewicz

Tytuł: Spowiedź heretyka. Sacrum profanum.
Autor: Adam Nergal Darski, Piotr Weltrowski, Krzysztof Azarewicz
Wydawnictwo: G+J Gruner&Jahr
Data wydania: 21 listopada 2012

Kolejny wywiad-rzeka, tym razem z kontrowersyjnym muzykiem Adamem Nergalem Darskim, który szerszej publiczności kojarzy się głównie z romansu z Dodą. Za książkę wzięłam się głównie dzięki pozytywnym recenzjom znajomych i muszę przyznać, że była to naprawdę ciekawa lektura.

Nie jestem fanką muzyki uprawianej przez Nergala i jego zespół Behemot, co przekładało się również na moją nieznajomość owej osoby. Migał mi oczywiście na portalach plotkarskich w kontekście ognistego romansu z Dodą, później choroby nowotworowej, a na koniec udziału w programie Voice of Poland jako juror, ale nic poza tym. Aż do książki.

Napisana naprawdę przystępnie, nie kreuje Nergala ani na dziecko szatana, ani na rozwydrzonego celebrytę, a już najmniej na męczennika, który wyszedł z ciężkiej choroby li i jedynie dzięki swej bohaterskiej postawie. Adam Darski to normalny facet z krwi i kości (i to określenie jest jak najbardziej trafne i właściwe, chociaż i krew i kości w jego przypadku zostały poddane remontowi, czego wynikiem była choćby zmiana grupy krwi). Przeżywa wzloty i upadki, jak każdy inny: zakochuje się, wkurwia, odprawia balety i ciężko pracuje. Wszystko zbilansowane jeśli wierzyć książce, a w zasadzie nie wierzyć jej nie mam powodu, gdyż napisana została nie tylko przez samego Darskiego, ale również przy współudziale jego dwóch dobrych kumpli - Piotra Weltrowskiego (dziennikarza i muzyka, który również gra z Behemotem) oraz Krzysztofa Azarewicza (dziennikarz, poeta, filozof, którego współpraca z Behemotem polega przede wszystkim na współtworzeniu tekstów). No tak, żadna to gwarancja szczerego wywiadu, ale wydaje mi się, że Nergal zwyczajnie nie ma potrzeby kreowania się na kogoś kim nie jest. Osiągnął naprawdę wiele - jego zespół jest rozpoznawalny na świecie i koncertuje na każdej półkuli. A trzeba zaznaczyć, że chłopaki zaczynali od zera w dużym pokoju gdańskiego mieszkania rodziców Adama. Dodatkowo wygrał z chorobą i  nadal żyje tak jak lubi, choć jak sam mówi, z każdym upływającym rokiem jest coraz bardziej wybredny.

Nergal jest postrzegany w Polsce jako osoba mocno kontrowersyjna, ponieważ jawnie przyznaje się do tego, że nie wierzy w Boga (ani Ojca, ani żadnego innego). Jak sam tłumaczy akt darcia Biblii na koncertach nie był przejawem nienawiści do katolicyzmu jako takiego, ale zwykłym elementem performance towarzyszącym graniu określonego rodzaju muzyki. Adam Darski uważa religie (nie tylko katolicyzm, ale odnosi się przede wszystkim do niego) za próby prania mózgu ludziom, którzy poddawani indoktrynacji niemal od zarodka stają się bezwolnymi owieczkami prowadzonymi na rzeź. A dla niego osobiście, który tak bardzo umiłował wolność, jest to nie do przyjęcia. I chyba to umiłowanie wolności najbardziej mi się w nim podoba. Ma bezsprzecznie hedonistyczny stosunek do życia, ale nie łapie wszystkiego, jak leci, a wybiera to, co uważa za najlepsze dla siebie. Koledzy mogą się śmiać z ćwiczonek i jogurcików, ale według mnie, świadomość siły fizycznej jest tak samo ważna jak psychicznej. A to, że Nergal to całkiem łebski facet, nie ulega wątpliwości. I choć niekoniecznie zgadzam się ze wszystkimi jego poglądami, to forma, w jakiej je przekazał swoim czytelnikom, wzbudza we mnie szacunek do niego jako człowieka. Warto przeczytać  choćby tylko po to, żeby wyrobić sobie własne zdanie. 8/10

#1

#2

#3

#4

#5

#6

wtorek, 1 stycznia 2013

1/52 "Każdy szczyt ma swój Czubaszek" A. Andrus, M.Czubaszek

Tytuł: Każdy szczyt ma swój Czubaczek
Autor: Artur Andrus, Maria Czubaszek
Wydawnictwo: Prószyński Media
Data wydania: 04 listopada 2012

Każdy szczyt ma swój Czubaszek otrzymało zaszczytny tytuł mojego pierwszego czytadła 2013 roku. Książka napisana w stylu wywiadu-rzeki, który z Marią Czubaszek prowadzi Artur Andrus. Duet tworzą przezabawny. Andrusa znam głównie z kabaretonów, których jest świetnym konferansjerem, a w towarzystwie Czubaszek występuje w Spadkobierach - tasiemcowej telenoweli live, w której aktorzy do samego końca nie mają zielonego pojęcia o scenariuszu. Wydaje mi się, że wybór osoby prowadzącej rozmowy z Marią Czubaszek, które ostatecznie nabrały kształtu książki, w tym przypadku był raczej oczywisty.

Chociaż nie jest to powieść sensacyjna, ani porywający romans - przyznam, że książkę niemal połknęłam. Naprawdę dobrze mi się ją czytało i nie wiem, jak bardzo wpływ na to miała leniwa atmosfera urlopu świątecznego, a jak lekkość stylu, w jakim została  napisana. Jedno, co z książki wypływa już po kilku stronach, to pewność, że autorzy bardzo się lubią i szanują. Drugie, że oboje są bardzo inteligentni i przekłada się to na wyjątkowe poczucie humoru. A trzecie, że pani Czubaszek, jako główna bohaterka książki to wielkie indywiduum. I nie tylko dlatego, że nie przejmuje się konwenansami, że pali na potęgę i jawnie przyznaje się do tego, że nigdy nie chciała mieć dzieci, bo od dzieci woli psy. Myślę, iż głównie dlatego, że zdaje sobie sprawę ze swoich słabości i wcale nie uważa ich za coś, czego należy się wstydzić, a na dodatek również doskonale zna swoje mocne strony, co jednak nie jest powodem do snobowania. A przecież mogłaby - bo jako młoda dziennikarka  współtworzyła bardzo popularne audycje radiowe, bo ciągle coś pisała, bo obracała się w światku artystycznym Warszawy, bo wyszła za mąż za światowej sławy muzyka i od kilkudziesięciu już lat tworzy z nim udany związek, bo ciągle, pomimo upływu czasu jej twórczość jest nie tylko rozpoznawana, ale przede wszystkim lubiana przez szerokie grono odbiorców. 7/10



niedziela, 9 grudnia 2012

Książkowa niedziela XLIX: "Trafny wybór" J K.Rowling

Tytuł: Trafny wybór
Autor: J K Rowling
Wydawnictwo: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Data wydania: 12 listopada 2012

Kiedy Joanne Rowling postanowiła napisać książkę dla dorosłych, jasne było, że stanie się ona bestsellerem w bardzo krótkim czasie. No bo kto nie przeczyta powieści autorki Harrego Pottera? Ja sama również sięgnęłam po Trafny wybór z czystej ciekawości, jak Rowling odnalazła się w roli autorki dla dorosłych i to jeszcze w książce  która nie tylko nie ma nic wspólnego z magią ani fantastyka, a wręcz jest tak do bólu prawdziwa.

Pomimo krytyki polskich czytelników, że książka jest wulgarna, przesycona seksem, narkotykami, przemocą - to nie można powiedzieć, że nie opisuje społeczeństwa takiego, jakim jest naprawdę. Nie tylko angielskiego, ale myślę, że polskiego w jakimś sensie również. Rowling przedstawia obraz małego miasteczka Pagford, które wydawałby się wręcz idyllicznym miejscem do spokojnego życia, a zamiast tego okazuje się być gniazdem agresywnych nieudaczników, oszustów, postaci mających problemy psychiczne, a wszystko to podlane sosem powszechnej, choć skrzętnie ukrywanej homofobii i jak najbardziej jawnego snobizmu. Powieść rozpoczyna się od śmierci Barrego Faithbrothera, który był nie tylko wspaniałym ojcem i mężem  ale także oddanym przyjacielem, nauczycielem z pasją, a do tego społecznikiem działającym w radzie gminy. Jego śmierć powoduje pustkę w sercach wielu ludzi, ale co ważniejsze dla powieści - tymczasowy wakat w radzie, o który zaczyna się walka pomiędzy mieszkańcami miasteczka.

J K Rowling zastosowała ciekawy wybieg w książce - pomimo, że opisuje świat dorosłych, to jednak w dużej mierze jest on widziany oczami nastolatków. I to nie nastolatków pokroju Harrego Pottera, tylko współczesnych młodych ludzi, których pełno na ulicach, czy blokowiskach. Takich, którzy palą papierosy  czasem skręta, uprawiają seks w piwnicach, nazywają swoich rodziców starymi, a szkoła to dla nich głównie miejsce spotkań ze znajomymi. I wcale ich świat nie jest tak bardzo odmienny od świata dorosłych. Tyle samo nielubianych osób, nieporozumień, problemów i rozczarowań.

Książka jest na pewno interesująca, chociaż ktoś kto spodziewał się słodkiego świata bajkowego, będzie rozczarowany. Mnie osobiście zabrakło lekkości pióra, znanego z książek o małym czarodzieju. Nie wiem, czy to kwestia tłumaczenia, czy po prostu autorce zdecydowanie lepiej wychodzi pisanie książek dla dzieci. Jednak z ciekawością czekam na adaptacje telewizyjną powieści,  która jak zapowiedziało BBC One będzie można oglądać już w 2014 roku. 6/10

niedziela, 25 listopada 2012

Książkowa niedziela XLVII: "Irena" M.Kalicińska, B.Grabowska


Tytuł: Irena
Autor: Małgorzata Kalicińska, Barbara Grabowska
Wydawnictwo: Biblioteka Akustyczna
Data wydania: 17 października 2012

Kolejna książka Małgorzaty Kalicińskiej - autorki świetnej serii Rozlewisko, tym razem napisana wspólnie z córką Barbarą Grabowską.

Jest coś takiego w książkach Kalicińskiej, co mnie dotyka bardzo głęboko i myślę, że chodzi tu przede wszystkim o związki miedzy kobietami. Rodzinne: matka-córka, babka-wnuczka, ale i takie bardziej codzienne: przyjaciółki, współpracownice, sąsiadki. W zasadzie fabuła powieści Irena (podobnie zresztą jak Rozlewiska) oparta jest właśnie na tych trudnych relacjach, które każda z nas przecież doświadczyła, bo będąc kobietami, nie możemy uniknąć innych kobiet, choćbyśmy się nie wiem jak starały. A przecież nie o unikanie tu chodzi, a wręcz przeciwnie - o zawiązywanie tej ważnej nici żeńskiego porozumienia, którym każda z nas marzy i do którego tęskni, choć może się do tego nie przyznawać.

Irena to historia trzech kobiet. Doroty, kobiety po pięćdziesiątce, żyjącej w szczęśliwym małżeństwie z Jankiem, ich córki Jagi, dobiegającej trzydziestki singielki, która pnie się po korporacyjnych szczeblach kariery oraz tytułowej Ireny - świeżo owdowiałej cioci-babci tuż po osiemdziesiątce. Niby wszystko przewidywalne - Dorota martwi się o swoją niezamężną córkę i chciałaby, aby ta ułożyła sobie w końcu życie u boku jakiegoś porządnego mężczyzny. Drugim zmartwieniem jest Irena, która nagle po wielu latach bycia z Felusiem, zostaje samotną wdową, a przecież i wiek już nie ten, i zdrowie nie to... Jagoda z kolei w pełni zadowolona ze swojego życia zawodowego, trochę kuleje w sferze życia prywatnego, ale nie aż tak, żeby spędzało jej to sen z powiek. Prawdziwym problem jest dla niej wiecznie niezadowolona matka i poczucie, że choćby nie wiem jak Jagoda się starała, to zawsze będzie dla swojej matki wielkim rozczarowaniem. Doprowadza to w końcu do sytuacji, w której Jagoda postanawia całkowicie zerwać kontakty z Dorotą i usiłuje przekonać sama siebie, że tak będzie najlepiej dla wszystkich. Na sam koniec pozostaje Irena - przyszywana ciocia/babcia, która pomimo braku jakichkolwiek więzów krwi, jest dla Doroty i Jagi równie ważna, o ile nie ważniejsza, jak rodzina.

Są takie książki, które zmieniają czytelnika. Nie jego życie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale postrzeganie pewnych rzeczy, wiec może jednak życie w pewien sposób też. Dla mnie Irena to powieść ważna i potrzebna przede wszystkim dlatego, że pomogła popatrzeć na pewne relacje w moim własnym życiu trochę inaczej niż jednowymiarowo – z li i jedynie mojego punktu widzenia: trzydziestoletniej singielki, która uciekła do wielkiego miasta przed trudnymi relacjami z mamą i siostrą. 8/10

niedziela, 11 listopada 2012

Książkowa niedziela XLV: "Rivers Of London" B.Aaronovitch


Tytuł: Rivers Of London
Autor: 
Wydawnictwo: The Orion Publishing Group
Data wydania: 25 sierpnia 2011

Rivers Of London to książka, na którą ostrzyłam sobie zęby już od dłuższego czasu, ale zawsze było coś innego do przeczytania. Nie pomagało wcale to, że w moim cyklu czytelniczym mam zazwyczaj 2-3 książki, więc ich przemiał jest dość powolny. Niemniej jednak, kiedy już się za nią zabrałam, poszło wyjątkowo gładko, pomimo iż czytałam w języku angielskim, a to zawsze trwa trochę dłużej, niż przy książce polskojęzycznej.

Rivers Of London to nie przewodnik po rzekach Londynu i jego okolicach, jak można by się było spodziewać po tytule, ale pasjonująca powieść sensacyjno-fantastyczna. Jest niej wszystko to, co lubię najbardziej. Niecodzienne morderstwo i młody policjant pracujący nad sprawą jego wyjaśnienia. Wszystko to dzieje się w Londynie, w miejscach znanych mi lepiej lub gorzej. Uwielbiam czytać powieści, których akcja rozgrywa się w miastach, które choć trochę znam. Może dlatego tak mi przypadł do gustu Kacer Ryx i jego XVI-wieczny Kraków, Eberhard Mock i jego przedwojenny Wrocław, a teraz Peter Grant i jego współczesny Londyn - miasto, które stało się moim domem.

Peter to młody funkcjonariusz policji,który po odbyciu obowiązkowego szkolenia i terminu w jednostce "krawężnikowej", zostaje przydzielony do mało ekscytującego wydziału Case Progression Unit, gdzie głównym zajęciem jest wypełnianie papierkowej roboty. Zanim jednak rozpoczyna swój przydział, wraz ze swoją partnerką Lesley zostaje wezwany do obstawienia miejsca dość niecodziennej zbrodni - zabójstwa przez obcięcie głowy mieczem. Krótko po tym, na jednym z nocnych patroli spotyka ducha, który zdaje się mieć informacje na temat popełnionego morderstwa. Spotkanie z duchem - Nicholasem Wallpenny, który początkowo wydaje się Peterowi jedynie przewidzeniem, jest początkiem jego kariery policyjnej w wydziale, o którego istnieniu nie miał wcześniej pojęcia. Tym samym staje pierwszym od pięćdziesięciu lat uczniem detektywa/inspektora/czarodzieja Thomasa Nightingale.

Peter nie tylko zaczyna uczyć się używać magii, ale dowiaduje się o istnieniu istot, które żyją tuż obok ludzi, a którzy zdecydowanie ludźmi nie są. Ot choćby bogowie i boginie rzek i strumieni - Mamma Thames wraz z córkami oraz Father Thames i jego synowie, którzy toczą walkę o wpływy na Tamizie. Pogodzenie ich to jedno z zadań, jakich podejmuje się młody policjant-czarodziej, oczywiście oprócz rozwiązania sprawy bezgłowych zwłok znalezionych przy katedrze St. Paul.

Książkę czytało się lekko, łatwo i przyjemnie, choć z pewnym takim niedosytem. Miałam wrażenie, jakby autor miał jeszcze wiele pomysłów w zanadrzu, ale postanowił ich nie wykorzystywać z jakiegoś powodu. Może Rivers Of London to tylko przystawka w czterodaniowym posiłku? Do tej pory wydane zostały trzy powieści, a czwarta w przygotowaniu... Zacieram ręce i ostrzę pazurki. 7/10



Już zupełnie abstrahując do treści książki, zwracam uwagę na okładki powieści - jak dla mnie majstersztyk.



niedziela, 4 listopada 2012

Książkowa niedziela XLIV - "Kochanie, zabiłam nasze koty" D. Masłowska


Tytuł: Kochanie, zabiłam nasze koty
Autor: D
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Data wydania: 17 października 2012

Kochanie, zabiłam nasze koty to wypadkowa, jak to zwykle bywa z powieściami, przejęcia losem ludzkości i różnych osobistych udręk. W ingrediencjach znajdą więc Państwo moje zmęczenie radioaktywnymi miastami i moje zmęczenie radioaktywną sobą. I moje urzeczenie morzem jako tworem w sposób doskonały i beztroski łączącym w sobie bezkres i ściek.
Wreszcie - bezustanne zadziwienie kondycją duchową nowego człowieka. Człowieka wolnego, żyjącego poza takimi anachronicznymi, zaśmiardującymi molami kategoriami jak duchowość, religia, polityka, historia. Człowieka w związku z tym bezjęzykowego, człowieka którego mową ojczystą jest Google Translator.
Aktualnie mam więc nadzieję, że będą lubili Państwo moją nową książkę.
I że zrobi ona Państwa dzień.

Tak autorka reklamuje swoją najnowszą powieść. Powieścidełko raczej, bo objętościową niewielka to książeczka. Ale niech was to nie zwiedzie - w tym przypadku jakość rekompensuje ilość, a książka stanowi kwintesencję prześmiewczości współczesnego świata pięknych trzydziestoletnich. Kobiet w szczególności. Ważne, żeby zabierając się za czytanie tak do tego podejść. Kochanie, zabiłam nasze koty nie można traktować z poważną dosłownością, bo wtedy wyjdzie z tego bełkot o niczym. Choć w zasadzie książka jest właśnie o niczym. Opisuje urywek z życia trzech kobiet Joanne, Farah i Go, ich małe dramaty i wielkie końce świata.

Piękne trzydziestoletnie, mieszkające w juesowej metropolii, zajmują się tym wszystkim, czym zajmują się ich rówieśnice żyjące w wielkich miastach - związkami, dietami, zakupami, fitnessem oraz szeroko pojętym rozwojem intelektualno-duchowym. Wszystko to w świecie reklam, gazetek z supermarketów, papki telewizyjnej i gazetowych psychotestów. Masłowska nie omieszkała również obok fikcyjnych bohaterek, umieścić w powieści postać pisarki - siebie samej - która nie tylko jest świadkiem wydarzeń w życiu Joanne, Farah i Go, ale jak na pisarkę przystało, sama je kreuje i o nich pisze. Taka niewinna incepcja made in poland.

Książka jest ciekawa i na pewno inna niż te, które czytałam w tym roku. Jak na wstępie napisałam, nie można jej traktować poważnie, raczej jak satyrę na współczesne społeczeństwo, a raczej jego niewielki, bo żeński wycinek i to w określonym przedziale wiekowym. Może czytaniu tej książki w moim przypadku dodawało  smaczku właśnie to, że sama jestem w tejże grupie. I dużo błahych problemów, z którymi borykają się bohaterki, jest również moimi wielkimi dramatami (niekiedy mocno wyolbrzymionymi...). Polecam komuś, kto ma dużo dystansu i do prozy Masłowskiej i do samego siebie. 6/10



-------------------------------------
wywiad z Dorotą Masłowską na temat książki (Wysokie Obcasy 30.10.2012)

niedziela, 21 października 2012

Książkowa niedziela XLII: "McDusia" M. Musierowicz


Tytuł: McDusia
Autor: Małgorzata Musierowicz
Wydawnictwo: Akapit Press
Data wydania: 03 października 2012

Trudno jest recenzować książkę, kiedy nie ma się za grosz obiektywizmu względem autora. Małgorzata Musierowicz jako autorka książek dla dorastających panienek (wiem, że pisze również bajki dla dzieci, ale tę cześć jej dorobku literackiego omijam) towarzyszy mi odkąd skończyłam 11 lat. Oczywiście nasza znajomość była bardziej intensywna, kiedy byłam młodsza, ale i teraz z niekłamaną przyjemnością sięgam po jej książki. Już nawet nie pamiętam ile razy czytałam Szóstą klepkę czy Kwiat kalafiora - moje najulubieńsze tomy Jeżycjady (bo tak nazywa się seria, od poznańskiej dzielnicy Jeżyce, gdzie mieszkają bohaterowie książek). Przywilej posiadania starszej o 5 lat siostry wiązał się z tym, że nie musiałam chodzić do biblioteki po książki pani Musierowicz, wystarczyło tylko sięgnąć na regał po jeden z zaczytanych woluminów. A miałyśmy ich wtedy dziewięć, aż do Dziecka piątku włącznie. Wszystkie dziewięć (plus Małomówny i rodzina) zostały przeczytane od deski do deski po kilkakroć, co fajniejsze akapity podkreślone kolorową kredka, a same strony starannie wypaćkane a to czekoladą, a to tłustym sosem w zależności, co aktualnie spożywałyśmy przy czytaniu. Dlatego też pierwsze dziewięć tomów cyklu to dla mnie "stare" części, a cała reszta, to już "nowe", na których wydanie musiałam czekać.

Wszystkie książki w serii napisane są według podobnego schematu. Koncentrują się na życiu jednej nastoletniej bohaterki, która typowo dla tego wieku przeżywa pierwsze rozterki miłosne i egzystencjalne w ogóle. Tłem są aktualne wydarzenia polityczne kraju oraz życie codzienne Poznania.

Rdzeń Jeżycjady stanowi rodzina Borejków i to wokół nich toczy się większość historii przedstawionych w książkach. Tak jest też w przypadku McDusi. Tytułowa Magdusia Ogorzałkówna to jedna z córek bliźniaczek Kreski (głównej bohaterki Opium w rosole). Przyjeżdża do Poznania z dość smutną misją uporządkowania mieszkania swoje zmarłego pradziadka - profesora Dmuchawca. Magdusia trafia na kilka tygodni pod skrzydła Borejków i niespodziewanie dla siebie samej, zakochuje się. Nie wiadomo, czy działa ciepło i urok samych Borejków, czy magia zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia, czy może romantyczna aura ślubu Laury i Adama. A może wszystko naraz?

Książkę czytało mi się naprawdę dobrze. Musierowicz miewała słabsze pozycje, ale McDusia, jak i poprzedzająca ją Sprężyna należą do lepszych części cyklu. Oczywiście nie jest to literatura wysokich lotów i nie uniknęła typowego dla autorki dydaktyzmu (choć w tym przypadku niezbyt nachalnego), ale w świecie sagi Twilight i cyklu Hunger Games to miła odmiana. Balsam dla serca osoby tęskniącej za ciepłą, kochająca się rodziną. 7/10





niedziela, 26 sierpnia 2012

Książkowa niedziela XXXIV: "Kobieta, która wyszła za chmurę" J. Carroll

Tytuł: Kobieta, która wyszła za chmurę
Autor: Jonathan Carroll
Wydawnictwo: Rebis Dom Wydawniczy
Data wydania: 08 maja 2012

Jonathan Carroll to dla mnie pisarz, którego książki będę czytać bez względu na wszystko. To od jego Krainy chichów zaczęła się moja podróż w świat fantastyki - świat, który oczarował  pochłonął i nie wypuszcza że swoich macek już od kilkunastu lat. Nie żebym się szczególnie, chciała uwolnić spod jego wpływu. Wręcz przeciwnie, czytając kolejne pozycje wpadam w ten świat coraz głębiej i bardzo mi się to podoba.

Carroll ma zdolność stwarzania w swoich powieściach rzeczywistości, która tylko na pozór jest zwyczajna. Na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od tego, co znamy z własnej codzienności. A jednak bohaterowie, miejsca wydarzenia nabierają delikatnej magii, to co niewyobrażalne, staje się rzeczywiste. Podobnie jest w najnowszej książce Carrolla Kobieta, które wyszła za chmurę. Tym razem nie jest to jednak powieść tylko zbiór dwunastu opowiadań.

Carroll w którymś z wywiadów powiedział, że opisuje historie ludzi, których sam chciałby spotkać. No cóż, ludzi, których historie opisał w tych opowiadaniach ja sama niekoniecznie chciałabym spotkać po raz kolejny...

Z dużą przykrością stwierdzam, że Kobieta, która wyszła za chmurę  to jedna ze słabszych pozycji w dorobku pisarskim autora. Odnoszę wrażenie, że tym razem Carroll postanowił troszeczkę poodcinać kupony od sławy. Wiem na pewno, że żadne z opowiadań (może z wyjątkiem pierwszego, od którego cała seria otrzymała tytuł i tylko dlatego) nie zostanie mi w pamięci dłużej niż kilka tygodni. Nie ma w tych opowiadaniach nic, co by mnie szczególnie zaciekawiło, zdziwiło, oczarowało. Pomimo całego uwielbienia dla pisarza, jest spore rozczarowanie. 4/10

niedziela, 29 lipca 2012

Książkowa niedziela XXX: "Pod niemieckimi łóżkami. Zapiski polskiej sprzątaczki" J. Polańska

Tytuł: Pod niemieckimi łóżkami. Zapiski polskiej sprzątaczki.
Autor: Justyna Polańska
Wydawnictwo: Świat Książki
Data wydania: 30 maja 2012

Książka Justyny Polańskiej została po raz pierwszy wydana ponad rok temu w Niemczech. Oryginalnie w języku niemieckim, pomimo tego, że autorka jest Polką. Justyna to prawdziwe imię, natomiast Polańska – nazwisko jednoznacznie kojarzące się z krajem pochodzenia – to już pseudonim przybrany na potrzeby książki. Dlaczego autorka potrzebowała ukryć się pod fałszywym nazwiskiem? Odpowiedź jest jasna – Justyna napisała książkę o swoich własnych, nierzadko dość przykrych doświadczeniach zawodowych jako sprzątaczka w Niemczech. Zatrudniona od kilkunastu lat na czarno, jak większość kobiet pracujących w tej branży. I nie tylko w Niemczech.

Dla mnie osobiście ta książka była ciekawa z tej prostej przyczyny, że sama pracuję za granicą jako „siła domowa” i stykam się z przeróżnymi sytuacjami, które gdyby nie zdarzyły się naprawdę, były by dla mnie abstrakcją przekraczającą granice mojej wyobraźni. Przypuszczam, że podobne odczucia miała Justyna i dlatego postanowiła napisać tę książkę. Sama zresztą przyznała, że chwyciła za pióro, kiedy jeden z jej pracodawców zaczął się przed nią rozbierać. Podobnie dziwacznych, niesmacznych lub wręcz obrzydliwych sytuacji można by mnożyć. A to starsza pani, która umyślnie rozsmarowuje swoją kupę po desce klozetowej, aby później sprawdzić, czy ta ostatnia została dokładnie wyszorowana. A to zmumifikowany chomik albo zużyta prezerwatywa pod łóżkiem, a nawet banknoty o przeróżnych nominałach specjalnie tam podłożone, aby sprawdzić uczciwość die Putzfrau.

12-letnie doświadczenie zawodowe Justyny pozwoliło jej na napisanie niekiedy zabawnej, a na pewno prawdziwej opowieści o Polce, która jak sama autorka przyznaje, znajduje się na najniższym szczeblu niemieckiej drabiny społecznej. Ale nie jest tak, że Justyna tylko narzeka, wręcz przeciwnie. Przyznaje, że w Niemczech żyje się jej dobrze, a na pewno lepiej niż żyłoby się jej w Polsce. Wielu jej klientów to mili ludzie, a on sama ma mnóstwo znajomych i przyjaciół wśród Niemców. Opisywane przypadki, to dość częste, ale jednak „przypadki”, które znajdziemy w każdym społeczeństwie, czy to niemieckim, czy polskim, czy jakimkolwiek innym. Podejrzewam, że tak jak opisani Niemcy traktują swoje polskie sprzątaczki, tak samo pewnie niektórzy Polacy traktują swoje ukraińskie pomoce domowe. I choć książka napisana słabo pod względem formy, to mogę ją polecić każdemu, kto ma ochotę na garść anegdot o Niemcach brudasach. Niemcy ponoć przeczytali i się zawstydzili. Zaraz po tym, jak się oburzyli. 5/10

niedziela, 15 lipca 2012

Książkowa niedziela XXVIII: "Fifty Shades Freed" E.L. James

Tytuł: Fifty Shades Freed
Autor: E L James
Wydawnictwo: Arrow Books
Data wydania: 2012

Trzecia i ostania część serii o pikantnym związku Christiana i Any. Choć słowo pikantny jest tu zdecydowanie na wyrost, bo książka to mdłe flaki z olejem. Poziomem literackim dorównuje swoim poprzedniczkom, czyli nie można spodziewać się dobrego, wciągającego czytadła. O ile jeszcze pierwsza część miała w sobie urok nowości, tak trzecia, jest odgrzewaniem dwudniowych kotletów. Hmm, bardzo kulinarnie mi a recenzja wychodzi...

Ana i Christian już na wieki wieków złączeni węzłem małżeńskim mają wszystko, o czym młoda para może zamarzyć. a nawet jeszcze więcej. Ana z wielkim trudem stara się przyzwyczaić do pieniędzy, jakimi teraz dysponuje, do ochrony obserwującej jej każdy krok (och nie, nie mogę opalać się topless na łódce) i domowej gosposi (ojej, tak się wstydzę, że gosposia umyła mój butt plug). Hitem tejże części, jest wściekający się Christian na wiadomość, że jego żona jest w ciąży (za krótko się znamy idiotko!).

Rozumiem, dlaczego książka jest bestsellerem - bo literatura, nawet najgorsza zawsze jest postrzegana jako wyższy rodzaj sztuki niż film. Kobiety wstydzą się oglądać filmy pornograficzne lub wstydzą się przyznawać, że to robią. Czytanie książki już wstydem nie jest. Zwłaszcza takiej, która można anonimowo kupić na amazonie i mieć dostarczona na kindla w 3 sekundy. Nikt nie zobaczy w sklepie co wybieram, a w metrze, czy w autobusie nie zobaczy charakterystycznej okładki. Bez względu jednak, czy czytana otwarcie, czy w ukryciu - na pewno sprawia, że kobiety stają się bardziej świadome swoich potrzeb i odważniejsze w ich komunikowaniu. I to jest fajne. Jeśli dotyczy kobiety i jej partnera. Natomiast bicie po oczach czystym zachwytem dla książki która poza scenami seksu (a szczerze mówiąc czytywałam lepsze opisy aktów miłosnych i to nie w książkach erotycznych) nie ma żadnej wartości, jest żenujące. Ale niektóre czytelniczki mają to w nosie, a co najgorsze ośmieszają nie tylko siebie, ale i swoje biedne, nieświadomego niczego dzieci. I za to shame on you. 3/10






Bardzo dobra recenzja książki by użytkowniczka portalu lubimyczytac.pl Natalia-Lena

niedziela, 8 lipca 2012

Książkowa niedziela XXVII: "Fifty Shades Darker" E.L. James

Tytuł: Fifty Shades Darker
Autor: E L James
Wydawnictwo: Arrow Books
Data wydania: 2012

Druga część trylogii pornograficznej autorstwa E L James. Anastasia, która pomimo zakochania po uszy w pięknym Christianie Greyu postanowiła nie podpisywać kontraktu na bycie jego submissive, zrywa znajomość i cierpi przez całe pięć dni, aż Christian znowu staje na jej drodze.

Grey wykupuje wydawnictwo, w którym Anastasia zaczyna pracę jako swieżynka i tym samym staje się szefem szefa jej szefa. Czyli jednak w jakiś sposób zaczyna panować nad panna Steele. Kiepska rekompensata, ale jednak. Romans Anastasii i Christiana rozkwita, inner goddess Any coraz częściej ma powody do zadowolenia, a sam Christian pod wpływem urody i osobowości swojej nowej partnerki postanawia walczyć ze swoimi wewnętrznymi demonami.

W książce jest wszystko, co sfrustrowana pani domu uwielbiająca Harlequiny mogłaby wymyślić. Psychopatyczny szef, który usiłuje w dość nieudolny sposób nawiązać romans że swoja nowa asystentka, była kochanka pięknego adonisa walcząca z depresja, była kochanka tegoż samego z wybujałymi potrzebami łóżkowymi i silną potrzebą dominacji, matka prostytutka i znęcający się nad chłopcem ojczym. Wszystko to jednak zakończone happy endem, kiedy to Ana i Christian po 3 miesiącach znajomości stają na ślubnym kobiercu. Wszystko w imię miłości i rozkoszy w Red Room of Pain.

Książka podobnie jak poprzednia część jest kiepściutka pod względem literackim. Podobnie jednak jak 50 Shades of Grey połyka się ją w jeden dzień. Z niewielkim tylko gag reflex. 3/10

niedziela, 1 lipca 2012

Książkowa niedziela XXVI: "Fifty Shades of Grey" E.L. James

Tytuł: Fifty Shades of Grey
Autor: E L James
Wydawnictwo: Arrow
Data wydania: 2012

Mam mieszane uczucia co do tej książki. Nie będę udawała, że nie przeczytałam jej jednym tchem. Bo przeczytałam, choć nie jestem z tego dumna. Okrzyknięta mianem mummy porn jest dokładnie tym, czym można się spodziewać. Balansując na granicy mocno rozerotyzowanego romansu i sado-maso porno opisuje historię młodziutkiej studentki literatury Anastasi Steele, która poznaje młodego biznesmena Christiana Grey dosłownie nurkując na twarz przez drzwi do jego gabinetu. Onieśmielona boskim wyglądem Christiana zakochuje się w nim natychmiast i od tego momentu zaczyna się najmniej prawdopodobna historia miłosna, jaka w życiu słyszałam.
Nie bez znaczenia jest tu oczywiście fakt, że Grey jest młody, przystojny i bajecznie bogaty. Zabiera Anę na randki prywatnym helikopterem, zaprasza na kolacje do przepięknego apartamentu na szczycie wieżowca (którego oczywiście jest właścicielem), obdarowuje nowiutkim sportowym samochodem oraz ostatnimi cudami techniki w postaci super-druper telefonu i laptopa. Wszystko, po to żeby uwieść niewinną Anastasię (dziewicę) i wciągnąć ją w podniecającą relację dominacji i posłuszeństwa.

Bez skrupułów mogę napisać, że pod względem literackim książka jest zła. Ubogi język (a czytałam w oryginale), powtarzające się na okrągło te same frazy; wyssana z palca fabuła i płaskie charaktery, a wszystko tylko jako miałkie tło dla opisów scen wyuzdanego niekiedy seksu. Fajna lektura do robienia sobie dobrze w domowym zaciszu. I nic więcej. 4/10