Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 marca 2013

Grabex Cooltura Festival 2013

W sobotę miałam okazję być na koncercie zorganizowanym przez tygodnik Cooltura. I było to bardzo udane wyjście!

Przede wszystkim chciałam zobaczyć i usłyszeć na żywo klasykę polskiej sceny muzycznej - zespół Kombii, bo wcześniej nie miałam okazji. Drugim powodem była grupa Enej, która swoim hitem Radio Hello bardzo przypadła mi do gustu (uwielbiam połączenie rocka z folkiem). Na deser natomiast dorzucono zespół czterech braci Szczepanik - Pectus, o której owszem - zdarzyło mi się słyszeć, ale jakoś nie podchodziłam do ich muzyki z większym entuzjazmem. A tu proszę - niespodzianka. Pectus, który otworzył koncert okazał się grać bardzo przyjemną dla ucha muzykę disco-love. Rozkołysali publiczność zgromadzoną w Sheperd's Bush O2 Empire bardzo szybko, dając pozostałym zespołom niemal dwa tysiące rozgrzanych gardeł i rozochoconych klaszczących rąk. Jako drugi zagrał Enej - i tu również niespodzianka, ale już nie tak przyjemna - owszem, ich muzyka jest bardzo energetyczna, ale... ciągle taka sama. Wszystkie piosenki na jedno kopyto. O ile dwa, czy trzy utwory przyjęłam z radością, tak kolejne okazały się lekko męczące.

Na koniec wystąpił Grzegorz Skawiński z Kombii. Cudowni po prostu. Świetny głos, rewelacyjna muzyka i tłum, który śpiewał razem z liderem. Bosko po prostu. Zdecydowanie warto było.


niedziela, 6 stycznia 2013

2/52 "Spowiedź heretyka. Sacrum profanum" A. N. Darski, P. Weltrowski, K. Azarewicz

Tytuł: Spowiedź heretyka. Sacrum profanum.
Autor: Adam Nergal Darski, Piotr Weltrowski, Krzysztof Azarewicz
Wydawnictwo: G+J Gruner&Jahr
Data wydania: 21 listopada 2012

Kolejny wywiad-rzeka, tym razem z kontrowersyjnym muzykiem Adamem Nergalem Darskim, który szerszej publiczności kojarzy się głównie z romansu z Dodą. Za książkę wzięłam się głównie dzięki pozytywnym recenzjom znajomych i muszę przyznać, że była to naprawdę ciekawa lektura.

Nie jestem fanką muzyki uprawianej przez Nergala i jego zespół Behemot, co przekładało się również na moją nieznajomość owej osoby. Migał mi oczywiście na portalach plotkarskich w kontekście ognistego romansu z Dodą, później choroby nowotworowej, a na koniec udziału w programie Voice of Poland jako juror, ale nic poza tym. Aż do książki.

Napisana naprawdę przystępnie, nie kreuje Nergala ani na dziecko szatana, ani na rozwydrzonego celebrytę, a już najmniej na męczennika, który wyszedł z ciężkiej choroby li i jedynie dzięki swej bohaterskiej postawie. Adam Darski to normalny facet z krwi i kości (i to określenie jest jak najbardziej trafne i właściwe, chociaż i krew i kości w jego przypadku zostały poddane remontowi, czego wynikiem była choćby zmiana grupy krwi). Przeżywa wzloty i upadki, jak każdy inny: zakochuje się, wkurwia, odprawia balety i ciężko pracuje. Wszystko zbilansowane jeśli wierzyć książce, a w zasadzie nie wierzyć jej nie mam powodu, gdyż napisana została nie tylko przez samego Darskiego, ale również przy współudziale jego dwóch dobrych kumpli - Piotra Weltrowskiego (dziennikarza i muzyka, który również gra z Behemotem) oraz Krzysztofa Azarewicza (dziennikarz, poeta, filozof, którego współpraca z Behemotem polega przede wszystkim na współtworzeniu tekstów). No tak, żadna to gwarancja szczerego wywiadu, ale wydaje mi się, że Nergal zwyczajnie nie ma potrzeby kreowania się na kogoś kim nie jest. Osiągnął naprawdę wiele - jego zespół jest rozpoznawalny na świecie i koncertuje na każdej półkuli. A trzeba zaznaczyć, że chłopaki zaczynali od zera w dużym pokoju gdańskiego mieszkania rodziców Adama. Dodatkowo wygrał z chorobą i  nadal żyje tak jak lubi, choć jak sam mówi, z każdym upływającym rokiem jest coraz bardziej wybredny.

Nergal jest postrzegany w Polsce jako osoba mocno kontrowersyjna, ponieważ jawnie przyznaje się do tego, że nie wierzy w Boga (ani Ojca, ani żadnego innego). Jak sam tłumaczy akt darcia Biblii na koncertach nie był przejawem nienawiści do katolicyzmu jako takiego, ale zwykłym elementem performance towarzyszącym graniu określonego rodzaju muzyki. Adam Darski uważa religie (nie tylko katolicyzm, ale odnosi się przede wszystkim do niego) za próby prania mózgu ludziom, którzy poddawani indoktrynacji niemal od zarodka stają się bezwolnymi owieczkami prowadzonymi na rzeź. A dla niego osobiście, który tak bardzo umiłował wolność, jest to nie do przyjęcia. I chyba to umiłowanie wolności najbardziej mi się w nim podoba. Ma bezsprzecznie hedonistyczny stosunek do życia, ale nie łapie wszystkiego, jak leci, a wybiera to, co uważa za najlepsze dla siebie. Koledzy mogą się śmiać z ćwiczonek i jogurcików, ale według mnie, świadomość siły fizycznej jest tak samo ważna jak psychicznej. A to, że Nergal to całkiem łebski facet, nie ulega wątpliwości. I choć niekoniecznie zgadzam się ze wszystkimi jego poglądami, to forma, w jakiej je przekazał swoim czytelnikom, wzbudza we mnie szacunek do niego jako człowieka. Warto przeczytać  choćby tylko po to, żeby wyrobić sobie własne zdanie. 8/10

#1

#2

#3

#4

#5

#6

sobota, 24 listopada 2012

The BodyGuard Musical


Miałam dzisiaj okazję oglądać przedstawienie musicalowe jednego z największych hitów kinowych lat 90. - The Bodyguard.

Któż nie pamięta historii pięknej piosenkarki Rachel Maroon, w którą wcieliła się Whitney Houston, bożyszcze muzyczne lat 80. i 90. oraz jej wiernego ochroniarza Franka, w tej roli Kevin Costner...? Jako nastolatka płakałam na tym filmie rzewnymi łzami, kochałam Franka i podziwiałam za jego odwagę i oddanie. A do tego ścieżka dźwiękowa filmu, która przyprawiała mnie o dreszcze. Nawet teraz słuchając I will always love you albo I have nothing w wykonaniu Whitney czuję przyjemne mrowienie na karku.

Zapewne nie bez znaczenia jest fakt, że musical wystawiono w tym samym roku, w którym odeszła Whitney. Być może jako hołd złożony królowej popu, która niezaprzeczalnie była. Bez względu jednak na powody, którymi kierowali się twórcy musicalu, muszę przyznać, że udało im się stworzyć prawdziwy hit, który będzie gościł na West Endzie długi czas. Piękne kreacje gwiazdy filmowej i sceny muzycznej, ciekawe dekoracje i rozwiązania sceniczne, ale przede wszystkim - fantastyczna grupa artystów, których śpiew i taniec sprawił, że miałam naprawdę wyjątkowe popołudnie. Polecam każdemu, kto ma okazję być w Londynie i lubi musicale. Warto!



poniedziałek, 30 stycznia 2012

Midnight in Paris

Wczoraj miałam okazję obejrzeć film, na który ostrzyłam sobie zęby już od dłuższego czasu – najnowsze dzieło Woodego Allena O północy w Paryżu. Ludzie, którzy dobrze mnie znają, wiedzą, że do kina chadzam sporadycznie i tylko na filmy „z efektami”, bo tylko takie filmy wg mnie wymagają oglądania na dużym ekranie. Cała reszta o wiele lepiej smakuje w zaciszu domowym, bez chichoczących idiotek lub kolesi nerwowo żujących gumę i stukających czubkami butów o mój fotel. Zamiast tego wolę wygodną kanapę, ciepły kocyk, aromatyczną herbatę i paczkę misio-żelków. Z okazji diety tym razem obeszło się bez żelków.

Wracając jednak do tematu, długo czekałam aż film pojawi się na dvd i stało się niedługo po tym, jak ogłoszono, że O pólnocy w Paryżu zostało nominowane do Oscara 2012 aż w czterech kategoriach: najlepszy film, scenariusz oryginalny, reżyseria i scenografia. Po obejrzeniu filmu, mogę powiedzieć, że zdecydowanie zasługuje na Oscara za scenografię – Paryż po prostu olśniewa. Ten współczesny, ten z lat dwudziestych XX w., a nawet na chwilę ten z La Belle Époque. Brukowane uliczki, latarnie, mosty nad Sekwaną i małe kramiki – to wszystko sprawia, że ma się ochotę uciec do Paryża natychmiast. Zwłaszcza do Paryża sprzed niemal wieku, gdzie na przyjęciu lub w zadymionym klubie można było spotkać Ernesta Hemingwaya (Corey Stoll), Scotta Fitzgeralda (Tom Hiddleston), Salvadora Dali (Adrien Brody), Pabla Picassa (Marcial Di Fonzo Bo), czy Gertrude Stein (Kathy Bates).

Paryż lat 20’ zeszłego stulecia, to dla Gila Pendera (świetny Owen Wilson) to miejsce i czas, do którego najchętniej cofnąłby się, gdyby miał taką możliwość. Niespodziewanie, pewnego wieczoru, dokładnie kiedy wybija północ, taka okazja się nadarza. Gil przenosi się w czasie i poznaje wszystkich pisarzy, których szczerze podziwia: Hemingwaya, Fitzgeralda i T.S. Eliota, a także Stein, która zgadza się przeczytać i zrecenzować rękopis jego książki. W tym barwnym towarzystwie nie brakuje również Picassa i Dali, Cola Portera i Luisa Buñuel. Jest również piękna Adriana (Marion Cotillard), muza paryskiego półświatku artystycznego, a później samego Gila.

Jak na Allena przystało, film jest przegadany, ale to właśnie w nim cenię. Owen Wilson przypomina mi Allena z jego wcześniejszych filmów – podobna gestykulacja, sposób wyrażania się no i oczywiście sama kreacja lekko zagubionego, niepewnego siebie mężczyzny. Uważam, że grana przez niego postać jest przeurocza. Nagromadzenie znanych hollywoodzkim nazwisk dodatkowo dodaje filmowi smaczku, nie z powodu samych nazwisk oczywiście, ale wspaniałej gry aktorskiej. Adrien Brody w epizodycznej raczej roli Salvadora Dali po prostu wymiata, a Carla Bruni wcielająca się w przewodniczkę wycieczek, którą Gil prosi o przetłumaczenie prywatnego pamiętnika Adriany stanowi istną wisienkę na szczycie tego wyśmienitego tortu. Fantastyczny film wprawiający w dobry humor, a przy okazji również utwierdzający w przekonaniu, że Jeana-Paula Sartre miał rację, kiedy twierdził, że być może istnieją czasy piękniejsze, ale te są nasze. Równie piękne.

wtorek, 10 stycznia 2012

Belive by Jai McDowall

Zupełnie niespodziewanie kupiłam dzisiaj płytę Believe Jaia McDowall, ubiegłorocznego zwycięzcy brytyjskiej edycji X-factor. Niespodziewanie, bo choć występ Jaia w tym programie przyprawił mnie o dreszcze i szybsze bicie serca (nie tylko przez jego cudny głos, ale również urodę – koleś jest absolutnie w moim typie) , to zupełnie umknęło mi, że wydał płytę. Data premiery przypadała na 12/12/2011, więc świetny moment – tuż przed świętami, kiedy ogólnie wszyscy tylko kupujemy, kupujemy i kupujemy. Niestety, niecały miesiąc później, płyta Believe z promocyjną ceną £4,99 (zamiast pierwotnej £9,99) zalega na najniższej półce hipermarketu. Dlaczego?

Cena mnie skusiła, więc zaraz po wyjściu ze sklepu, włożyłam CD do samochodowego odtwarzacza i… Nie, nie umarłam. Jai ma piękny, mocny głos, ale na płycie brzmi nieco płasko. Tak, jakby nie wykorzystał w 100% swoich możliwości. Może więc dlatego album ten przeszedł raczej bez echa i absolutnie nie miał szans ze świąteczną płytą Michasia Bąbelka? A przecież z założenia Believe powinno być hitem. McDowall zamiast własnych kompozycji, wykorzystał wielkie przeboje rockowe, m.in. With Or Without You (U2), Bring Me To Life (Evanescence), czy Boulevard Of Broken Dreams (Green Day). Odtwarza je w naprawdę ujmujący sposób, ale według mnie całości brakuje jakiejś iskierki. Zamiast wiązanki genialnych utworów o mocy 10 x power play, mamy typową składankę pościelówek. Niemniej też lubię, więc summa summarum płyta jest inna niż się spodziewałam, ale zdecydowanie jestem tak.

niedziela, 28 listopada 2010

Światło w fazie rozkładu

Listopad nie jest najprzyjemniejszym miesiącem w roku. Szczerze mówiąc jest chyba jednym z najbardziej ponurych - według mojej opinii idzie łeb w łeb z lutym, choć na korzyść tego ostatniego działa to, że ma zaledwie 28 [+1] dni, a dodatkowo każdej mijającej doby przybywa nam słonecznych minut.

Wczoraj w ramach walki z listopadową aurą nic-niechcenia ubrałam swoje najbardziej kolorowe tenisówki i wyszłam na spacer, który wyglądał jak marsz z przeszkodami, bo musiałam przebijać się przez zaspy rudych liści. Wróciłam do domu lekko zmarznięta marząc o herbacie z sokiem malinowym w samą porę, bo kilka minut później spadł deszcz. A to niespodzianka! Deszcz w Londynie, zwłaszcza w listopadzie. Ale był to tylko przelotny deszczyk, który zostawił na niebie przepiękną tęczę. Wczorajszy deszczyk zamienił się dzisiaj w ulewę.


Tęcza zawsze była dla mnie czymś niezwykłym. Wierzyłam, że jest mostem łączącym niebo z ziemią i zawsze zwiastuje jakieś dobre wydarzenie. I nie byłam w tym wierzeniu odosobniona. W mitologii nordyckiej można znaleźć opowieść o Bifröst – płonącym tęczowym moście, który łączył ziemię, inaczej Midgard, będący światem śmiertelnych ludzi ze światem bogów Åsgard. Most pilnowany dzień i noc przez Heimdalla służył bogom do przemieszczania się pomiędzy ludzką a boską krainą. Wierzono, że na końcu świata tęczowy most runie pod ciężarem gigantów próbujących dostać się do Åsgard.


Również starożytni Grecy przypisywali tęczy nadziemską moc. Utożsamiana była z boginią o imieniu Iris, która będąc pokojówką bogini Hery, czuwała nad swoją panią i nigdy nie zasypiała gotowa na każde wezwanie. Często też powoziła złotym rydwanem Hery zaprzężonym w stado pawi. Iris posiadała parę rozłożystych tęczobarwnych skrzydeł, dzięki czemu poruszała się szybciej nawet od boskiego posłańca Hermesa, dlatego niekiedy proszona była o zejście na ziemię z wiadomością od bogów i przekazanie ludziom woli bogów i to właśnie wtedy na niebie ukazywała się tęcza, będąca pomostem pomiędzy światem ludzi i bogów. Grecy wierzyli, że podobnie jak słońce jednoczy niebo i ziemię, tak Iris łączy wyniosłych bogów z prostymi ludźmi.

W religiach dalekiego wschodu również występują bóstwa, których atrybutem jest tęcza. W starożytnych mitach chińskich można znaleźć opisy bogini Nüwa 女媧 - z głową kobiety i ciałem węża była uważana za stwórczynię rodzaju ludzkiego. Z gliny tworzyła figurki ludzi, które później wypalała w piecu, aby nie były kruche – te palone w zbyt wysokiej temperaturze stawały się czarnoskóre, a te w zbyt niskiej – rasą białą. Figurki wypalane w idealnej temperaturze nabierały żółtej barwy skóry. Wierzono również, że Nüwa naprawiła nieboskłon, który został zniszczony podczas wojny bogów. Używając kamieni w pięciu kolorach załatała szczelinę, która powstała w czasie walki – tym sposobem na niebie pojawiła się tęcza.

Hinduizm również posiada swojego boga tęczy – jest nim Indra – bóg deszczu, grzmotów i błyskawicy (w jakimś sensie można go porównać do nordyckiego Thora bądź greckiego Zeusa). W sanskrycie tęcza nazywana jest indradhanus इन्द्रधनुस्, co znaczy łuk Indry.

Co ciekawe również w chrześcijaństwie i judaizmie znajdziemy odniesienia do tęczy jako boskiego znaku. To przecież właśnie tęcza pojawiła się na niebie, kiedy wielka powódź po 40 dniach dobiegła końca, jako znak nowego przymierza pomiędzy Bogiem a ludźmi. Bóg obiecał wtedy Noemu, że nigdy więcej nie ześle na ziemię potopu, by ukarać ludzi za grzechy.

Z kolei w wierzeniach australijskich Aborygenów pojawia się tęczowy wąż Yingarna, który mieszkał głęboko pod ziemią w pobliżu studni artezyjskich. Wychodząc spod ziemi wypchał nad powierzchnię ogromne jej masy, tworząc przy tym łańcuchy wysokich gór. Tęczowy wąż uważany za wroga Słońca, dzięki swoim licznym wędrówkom napełniał również źródła i tworzył strumienie. Tym samym wierzono, że stanowi dobrodzieja i obrońcę ludzi, który jednocześnie może ukarać ich, za nieprzestrzeganie prawa zsyłając suszę.

Oczywiście chyba najlepszym z poznanych do tej pory przeze mnie wierzeń związanych z tęczą, jest ten, o garncu złota ukrytym na jej końcu przez irlandzkiego leprikona. Ktokolwiek dotrze na koniec tęczy może liczyć na sowitą nagrodę.

Z kolei starobułgarskie podania mówią, że ktokolwiek przejdzie pod tęczą zostanie odmieniony w swojej płci – mężczyzna zacznie myśleć jak kobieta, a kobieta jak mężczyzna. Może właśnie z lej legendy wywodzi się tęczowa flaga - symbol ruchu LGBT?

A na koniec jedna z moich ulubionych piosenek „Somwhere over the rainbow” w Czarnoksiężnika z Krainy Oz w wykonaniu duetu (niemożliwego) Evy Cassidy i Katie Melua. Film troszkę przydługawy, bo na początku można obejrzeć materiał o życiu i twórczości Evy, ale gorąco polecam w całości.

środa, 3 listopada 2010

Muchomory na humory

Jesień za pasem, wiatr szaleje a mnie od trzech dni nie przestaje boleć głowa. Jak mi ktoś napisze, że "starość nie radość" to uduszę i pociacham tępym nożykiem. Ale… by się pozbyć złych humorów, robię zupę z muchomorów […] Muchomory na humory, grzybki w sosie na muchy w nosie.* O!

A jeśli ktoś nie trawi zupek, to polecam tort z muchomora czerwonego. Oto przepis:

3 dojrzałe, barwne kapelusze muchomora
2 i 1/2 szklanki cukru pudru
5 żółtek
kostka masła
cytryn
dwie łyżki rumu

Kapelusze skropić rumem. Utrzeć żółtka z dwiema szklankami cukru pudru i masłem. Dodać drobno posiekaną skórkę z cytryny. Przekładać kapelusze masą. Czerwony kropkowany wierzch tortu oblać lukrem zrobionym z reszty cukru pudru i soku cytrynowego. Jeść powoli. Czekać.**



*Muchomory - Maria Peszek
**Dom dzienny, dom nocny - Olga Tokarczuk

środa, 8 września 2010

Sos z karaluchem

W poniedziałek po raz pierwszy w życiu miałam okazję uczyć się tańczyć salsę. Brzmi dumnie, ale biorąc pod uwagę tłumaczenie hiszpańskiego słowa salsa, czyli sos, można się zniechęcić. Nazwa nazwą, niemniej ja postanowiłam spróbować.

Po krótkiej rozgrzewce urocza okrągłobiodra, czekoladowoskóra nauczycielka postanowiła rozruszać moje (i nie tylko moje) opływowe skądinąd, niemniej w tym przypadku dość sztywne ciało i kiedy z głośnika popłynęła gorąca muzyka, wszyscy zaczęli tańczyć wcześniej poznany układ. Zgubiłam się po trzech krokach. Zagubienie nie trwało długo, gdyż po krótkiej chwili zostałam zaproszona na koniec sali, gdzie w przystępny sposób została mi przedstawiona króciutka historia salsy oraz oczywiście pokazane zostały podstawowe ruchy taneczne (jak się okazało praca nóg jest równie ważna co praca rąk). Nauczyłam się pięciu podstawowych kroków, z których jeden o nazwie open break wzbudził wesołość ogółu, kiedy nie usłyszawszy poprawnej nazwy zapytałam konspiracyjnym szeptem swoją sąsiadkę: open grave?

Drugi z podstawowych kroków i chyba najłatwiejszy z nich to cucaracha, co w tłumaczeniu z hiszpańskiego to nic innego jak tylko karaluch. Ruch ten wykonuje się odstawiając nogę w bok, a następnie z powrotem ją dostawiając. Trzeba pamiętać, że salsa jest jednym z wielu tańców wywodzącym się z niewolniczej grupy społecznej. Ludzie, których ręce i nogi były skute łańcuchami, mieli dość ograniczone możliwości wykonywania ruchów, toteż jedyne co mogli zrobić, kiedy zauważali zbliżającego się do nich karalucha, to drobny krok w bok w celu jego zdeptania. Rozkoszne.

W kolejny poniedziałek pewnie wybiorę się na kolejną lekcję, z nadzieją, że kiedyś będę tańczyć, jak ta pani z filmiku poniżej. Mam nadzieję, że uda mi się to zanim dorównam jej wiekiem.

niedziela, 5 września 2010

Chopin // Polska / The Course

Rok 2010 jest w Polsce obchodzony jako rok Fryderyka Chopina ze względu na 200 jubileusz jego urodzin. Z tej okazji nie tylko w naszym kraju, ale również na całym świecie mają miejsce rozmaite wydarzenia kulturalne poświęcone życiu i twórczości kompozytora, a przy okazji również historii i kulturze Polski.

Jedna z akcji promujących rok Chopina zawitała również do Londynu. Wczoraj w St. Katherine’s Dock w pobliżu Tower Bridge zacumował STS Fryderyk Chopin – drugi co do wielkości statek pływający pod polską banderą. Zaprojektowany przez Zygmunta Chojera, został oddany do użytku w 1992r, kiedy to zadebiutował w regatach przez Atlantyk zdobywając zaszczytne trzecie miejsce. Obecnie żaglowiec wykorzystywany jest do rejsów komercyjnych oraz edukacyjnych w czasie szkoły pod żaglami.

STS Chopin rozpoczął swój Course w Szczecinie 16. czerwca tego roku i zanim przypłynął do Londynu, cumował m.in. w Kopenhadze, Sztokholmie, Hamburgu, Amsterdamie, Bruggi, Dunkierkice i Nantes. Załoga kursu złożona z zawodowych żeglarzy, studentów oraz „ambasadorów turystyki polskiej” przez ponad dwa miesiące gości w portach europejskich, gdzie przy klasycznej muzyce Fryderyka Chopina zachęca wszystkich do odwiedzenia Polski. Celem wyprawy jest pokazanie naszym europejskim sąsiadom, że Polacy to ciekawy i otwarty naród, że cenimy sobie wolność, wierzymy w romantyczną miłość, jesteśmy kreatywni i tworzymy z pasją, czyli w zasadzie jest w każdym z nas wszystko to, co również dla Fryderyka Chopina było ważne. Dlatego też to właśnie jego muzyka towarzyszy prezentowaniu Polski przez załogę. Przy dźwiękach sonat i preludiów nad brzegiem morza zamiast w dusznych salach konferencyjnych w ramach Uniwersytetu Polowego zainteresowani mogą zapoznać się z polską historią i kulturą. W ramach akcji będzie można zwiedzić żaglowiec wraz z przewodnikiem (co oczywiste) będącym członkiem załogi, jak również przewidziane są wszelakie występy artystyczne np. koncerty chopinowskie, balet na rejach żaglowca, malowanie fortepianów oraz budowanie pomnika Fryderyka Chopina z parasoli, jak również nauka tańca, która zakończy się próbą pobicia rekordu Guinnessa w najdłuższym korowodzie poloneza poza granicami Polski.

Żaglowiec będzie gościł w Londynie aż do 12. września, a następnie wyruszy w rejs powrotny do Polski, gdzie 18. września w Gdyni weźmie udział w Światowych Dniach Turystyki.

czwartek, 18 marca 2010

Mamma mia!

Wczoraj miałam przyjemność obejrzeć na żywo musical Mamma Mia! I była to rzeczywiście prawdziwa przyjemność, bo nie tylko uśmiałam się jak dzika norka, to jeszcze miałam okazję pośpiewać głośno ponadczasowe przeboje ABBY bez strachu, że ktoś mnie zbeszta za fałszowanie. Masterpiece po prostu!

Wstyd się przyznać, ale kiedy w 2008 w kinach pojawił się film o tym samym tytule, nie wiedziałam jeszcze, że został nakręcony na podstawie musicalu. Ta słodka niewiedza nie przeszkodziła mi zupełnie w natychmiastowym zakochaniu się w filmie, który według mnie jest rewelacyjny. Może z wyjątkiem postaci wyłupiastookiej Sophie. Ale Meryl Streep jako Donna i mój ulubiony Colin Firth grający Harrego świetni, choć trudno jest mi stwierdzić, czy lepsi niż aktorzy teatralni. Oglądanie sztuki na żywo wywołuje zupełnie inne emocje, a skoro w teatrze niemal bez przerwy wyłam ze śmiechu, znaczy, że aktorzy występujący w musicalu świetnie się spisali. Zwłaszcza odtwórczyni roli Rosie – Katy Secombe.

Musical Mamma mia! miał premierę w londyńskim Prince Edward Theatre w kwietniu 1999 roku. Ale wszystko zaczęło się niemal 10 lat wcześniej, kiedy Judy Craymer późniejsza producentka przedstawienia wpadła na pomysł wykorzystania piosenek szwedzkiej grupy ABBA do opowiedzenia historii, która porwie publiczność i zarazi ją swoją pozytywną energią. I udało się to dzięki współpracy Catherine Johnson, autorki scenariusza i dialogów oraz męskiej połowy zespołu ABBA - Björnowi Ulvaeusowi i Benny’emu Anderssonowi, którzy opracowali muzykę. Całość wyreżyserowała Phyllida Lloyd. I choć żaden z autorów musicalu tak do końca nie wiedział, czego można się spodziewać po premierze – show okazał się hitem, który od ponad dziesięciu lat nie schodzi z afiszy nie tylko w Londynie, ale m.in. również w Toronto i Nowym Jorku.

środa, 6 stycznia 2010

Twelve Days of Christmas

To będzie chyba już ostatnia notka świąteczna, tym bardziej, że dzisiaj święto Objawienia Pańskiego, które tradycyjnie zamyka okres Świąt Bożego Narodzenia. Święto obchodzone w Kościele katolickim 6. stycznia przyjęło się potocznie nazywać świętem Trzech Króli - Kacpra, Melchiora i Baltazara, na pamiątkę złożenia darów przez tychże króli (lub jak kto woli Mędrców ze Wschodu) Dzieciątku Jezus. Okres Świat Bożego Narodzenia rozpoczyna się oficjalnie 25. grudnia, w dniu w którym obchodzimy narodziny Jezusa w Betlejem i trwa przez kolejne 12 dni, aż do 5. stycznia. Przyjmuje się, że jest to ostatni dzień roku liturgicznego w Kościele rzymsko-katolickim.

Właśnie dwunastu dniom Bożego Narodzenia poświęcona jest angielska pastorałka The Twelve Days of Christmas. Postanowiłam o niej napisać, bo odkąd usłyszałam ją w radio tuż przed świętami, aż do tej pory nie mogę przestać jej podśpiewywać pod nosem.



...On the twelfth day of Christmas,
my true love sent to me
Twelve drummers drumming,
Eleven pipers piping,
Ten lords a-leaping,
Nine ladies dancing,
Eight maids a-milking,
Seven swans a-swimming,
Six geese a-laying,
Five golden rings,
Four calling birds,
Three French hens,
Two turtle doves,
And a partridge in a pear tree!


Przypuszcza się, że ta pastorałka, której tekst po raz pierwszy został wydrukowany w Anglii w 1780 roku, powstała jeszcze w XVII w. i oryginalnie pochodzi z Francji. Wydawać by się mogło, że piosenka nie jest niczym więcej niż dziecinną wyliczanką pozbawioną większego sensu. Tylko pozornie. Biorąc pod uwagę historię Anglii, można śmiało powiedzieć, że począwszy od XVI w. katolicyzm i sami katolicy angielscy byli mocno szykanowani, co zmuszało ich do ukrywania swojej wiary. I właśnie The Twelve Days of Christmas jest zakamuflowaną pomocą małym katolikom w poznawaniu i zapamiętywaniu najważniejszych prawd ich wiary.

My true love, czyli moja Prawdziwa Miłość, to sam Bóg, który zsyła podarki każdemu ze swoich dzieci, czyli wszystkim wierzącym i ochrzczonym:
1. A partridge in a pear tree (kuropatwa na gruszy) to Jezus Chrystus na krzyżu, 2. Two turtle doves (dwie turkawki) – Stary i Nowy Testament, 3. Three French hens (trzy francuskie kury) – trzy Cnoty Teologiczne: Wiara, Nadzieja i Miłość, 4. Four calling birds (cztery śpiewające ptaki) – cztery Ewangelie, 5. Five golden rings (pięć złotych pierścieni) – pięć pierwszych ksiąg Starego Testamentu, tzw. Pięcioksiąg, 6. Six geese a-laying (sześć gęsi znoszących jaja) – sześć dni stworzenia świata, 7. Seven swans a-swimming (siedem pływających łabędzi) – siedem darów Ducha Świętego, 8. Eight maids a-milking (osiem mleczarek) – Osiem Błogosławieństw, 9. Nine ladies dancing (dziewięć tańczących panien) – dziewięć Owoców Ducha Świętego, 10. Ten lords a-leaping (dziesięciu skaczących władców) – Dziesięć Przykazań Bożych, 11. Eleven pipers piping (jedenastu grajków grających na dudach) – jedenastu wiernych apostołów, 12. Twelve drummers drumming (dwunastu bębniących muzyków) – dwanaście Prawd Wiary zawartych w Składzie Apostolskim.

Z własnego doświadczenia wnioskuję, że piosenka spełniała swoją funkcję dzięki łatwo wpadającej w ucho melodii (gorzej z wypadaniem w moim przypadku…) i ciągłe powtarzanie wersów. Już po trzecim wykonaniu w duecie z panem z radia znałam ją na pamięć.

A na deser wykonanie The Twelve Days of Christmas przez Straight No Chaser. Panowie są boscy. I już chyba wiem, skąd Audiofeels czerpali natchnienie...

sobota, 2 stycznia 2010

Auld Lang Syne

Nowy Rok przywitałam na angielskiej wsi w polsko-brytyjskim towarzystwie, co miało swój niepowtarzalny urok dzięki podwójnemu świętowaniu zmiany daty na 2010 rok. Pierwsze odliczanie ostatnich dziesięciu sekund starego roku nastąpiło o północy czasu kontynentalnego. Tradycyjnie polał się szampan, wymieniliśmy uściski i życzenia oraz odśpiewaliśmy Mazurek Dąbrowskiego, przy czym z dumą muszę stwierdzić, że pomimo wypitej wcześniej dość sporej ilości alkoholu nikomu nie pomyliły się słowa i wszyscy jak jeden mąż prawidłowo zaśpiewali "z ziemi włoskiej do Polski"...
Drugi toast został wzniesiony godzinę później – o północy czasu Greenwich. Nastąpiło ponowne odliczanie, kolejne uściski i życzenia (tych nigdy za wiele), a na koniec odpalenie sztucznych ogni. Pan domu czynił honory głównego ogniomistrza, natomiast goście chwycili się za ręce i odśpiewali tradycyjną noworoczną pieśń Auld Lang Syne.

Pieśń znana jest już od XVII wieku, kiedy to popularnej melodii folklorystycznej dodano słowa napisane przez szkockiego poetę Roberta Burnsa, który uważany jest za bohatera narodowego i jedną z najwybitniejszych postaci epoki romantyzmu. Sam Burns skromnie przyznał, że jedynie spisał słowa starej pieśni, co jest prawdą biorąc pod uwagę podobieństwo pierwszego wersu i refrenu z wcześniejszą wersję wydrukowaną przez Jamesa Watsona. Niemniej jednak kolejne strofy są niewątpliwie oryginalnym dziełem poety.


Szkoci uważają, że Auld Lang Syne jest najbardziej znaną piosenką na świecie. Według nich jej tekst został przetłumaczony na wszystkie możliwe języki, a sam utwór jest najczęściej wykonywaną melodią wszechczasów. Pomimo pewnej arogancji bijącej z tego twierdzenia, nie da się ukryć, że piosenka jest bardzo popularna i była wykonywana przez wielu artystów, w tym m.in. Elvisa Presleya, Jimiego Hendrixa, czy Bruce Springsteena. Utwór ma również swoje polskie tłumaczenie pod postacią pożegnalnej pieśni harcerskiej Ogniska już dogasa blask. Ja sama nieraz śpiewałam ją wraz z kolegami i koleżankami na obozie harcerskim na zakończenie ogniska, a wspólnemu śpiewaniu niemal zawsze towarzyszyła symboliczna wymiana uścisku rąk w postaci „iskierki”.

Oryginalny tekst autorstwa Roberta Burns'a

Should auld acquaintance be forgot,
and never brought to mind ?
Should auld acquaintance be forgot,
and auld lang syne ?

CHORUS:
For auld lang syne, my jo,
for auld lang syne,
we’ll tak a cup o’ kindness yet,
for auld lang syne.
And surely ye’ll be your pint-stowp !
and surely I’ll be mine !
And we’ll tak a cup o’ kindness yet,
for auld lang syne.

We twa hae run about the braes,
and pu’d the gowans fine ;
But we’ve wander’d mony a weary foot,
sin auld lang syne.

CHORUS

We twa hae paidl’d i' the burn,
frae morning sun till dine ;
But seas between us braid hae roar’d
sin auld lang syne.

CHORUS

And there’s a hand, my trusty fiere !
and gie's a hand o’ thine !
And we’ll tak a right gude-willy waught,
for auld lang syne.

CHORUS

poniedziałek, 7 września 2009

40 : 1

Wygląda na to, że im dłużej mieszkam za granicą, tym coraz większą patriotką się staję...

Utwór 40:1 szwedzkiego zespołu metalowego Sabaton usłyszałam kilka miesięcy temu i choć nie jestem fanką tego rodzaju muzyki, muszę przyznać, że było w tym nagraniu coś, co mnie poruszyło.



Grupa Sabaton powstała w 1999r. w szwedzkiej miejscowości Falun, kiedy pięciu mężczyzn postanowiło założyć swój własny zespół grający muzykę metalową. W skład zespołu weszli: Joakim Brodén (wokal), Rikard Sundén (gitara elektryczna), Oskar Montelius (gitara elektryczna), Pär Sundström (gitara basowa) oraz Richard Larsson (perkusja). W 2001r. perkusistę zastąpił Daniel Mullback, a w 2005r. do grupy dołączył klawiszowiec Daniel Mÿhr.


Sabaton wykonuje charakterystyczny rodzaj muzyki tzw. battle power metal, nawiązujący do historii wojen i bitew. Co ważne ich utwory nie nawołują do agresji, przeciwnie - mają wydźwięk antywojenny. Sabaton choć głównie upodobał sobie historię drugiej wojny światowej, to w swoim repertuarze ma również utwory o tematyce fantastycznej.

Utwór 40:1 poświęcony jest bohaterskiej obronie przeprawy na Narwi znajdującej się w okolicy Wizny. Bitwa ta została nazwana polskimi Termopilami, ze względu na wielką przewagę wojsk nieprzyjacielskich w stosunku do liczby obrońców (40:1). W dniach 7-12 września 1939 roku, 720 polskich żołnierzy pod dowództwem kpt. Władysława Raginisa broniło tego ważnego strategicznie punktu przed ofensywą XIX korpusu pancernego liczącego 42 tysiące niemieckich żołnierzy. Polski oddział swoją odwagą i wytrwałością opóźnił marsz korpusu niemieckiego, przyczyniając się równocześnie do strat w jego wyposażeniu i ludziach.

Polskiej premierze oryginalnego teledysku utworu 40:1 towarzyszyło wydanie komiksu pt. Wizna 1939 - Art of War autorstwa Rafała Roskowińskiego. Komiks, którego rysunki częściowo są wzorowane na archiwalnych fotografiach pochodzących z okresu II wojny światowej, dzięki uprzejmości stowarzyszenia Wizna 1939 jest dostępny w internecie za darmo.
Poprzez wydanie komiksu o bitwie pod Wizną chcieliśmy się przyczynić do utrwalenia pamięci o tamtych wydarzeniach wrześniowych, o bezprzykładnej, bohaterskiej postawie Żołnierzy Polskich broniących polskiej ziemi, którzy nawet w obliczu tak niespotykanej przewagi militarnej hitlerowskiego najeźdźcy, walczyli do końca.

Składamy hołd bohaterom – wywiad z Joakimem Brodén w dzienniku Rzeczpospolita

sobota, 1 sierpnia 2009

Sypka Warszawa

O Powstaniu Warszawskim chyba nie trzeba mówić żadnemu Polakowi. Toteż nie będę. Poza tym, że dzisiaj obchodzimy 65. rocznicę jego wybuchu.
Z tej okazji możemy obejrzeć powstańczy teledysk do śpiewanej przez Annę Marię Jopek piosenki pt. Sypka Warszawa, której tekst został napisany na podstawie fragmentów Pamiętnika z Powstania Warszawskiego Mirona Białoszewskiego. Nagranie jest częścią wspólnego projektu kanału telewizyjnego Discovery Historia i Muzeum Powstania WarszawskiegoWarszawa 1944. Bitwa o Polskę.

sobota, 20 czerwca 2009

"Władca Pierścieni" w TVN (to była reklama...)


Filmową trylogię Władcy Pierścieni Petera Jacksona ubóstwiam. Całość oglądałam kilka razy, łącznie z wydłużoną wersją reżyserską, a nawet jeszcze studenciem będąc wybrałam się do kina na nocny maraton filmowy tejże trylogii. Sama. I było bosko.

W tym miesiącu TVN uraczyło swoich widzów kolejnymi częściami Władcy Pierścieni i nie ma w tym nic wyjątkowego, bo wszakże to już nie pierwszy raz, gdy możemy oglądać w tv szpiczaste uszy boskiego Legolasa i owłosione stopy mniej boskiego Froda. Wyjątkowe natomiast są reklamy, przygotowane przez TVN jako „przypominajki”.

Drużyna Pierścienia



Dwie Wieże



Powrót Króla



Nie wiem, kto jest autorem tych reklam, ale wykazał się prawdziwą pomysłowością i poczuciem humoru. Lekko przewrotnym, bo czy mi się tylko wydaje, czy ta ostatnia jest o lekkim zabarwieniu gejowsko-erotycznym?

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Single Ladies in London

W listopadzie ubiegłego roku ukazał się nowy, dwupłytowy album Beyoncé I Am... Sasha Fierce.

Obie płyty są odzwierciedleniem dwóch różnych osobowości wokalistki. I am - z utworami takimi jak If I Were A Boy, Ave Maria, czy moim ulubionym Halo - pokazuje jej spokojną, wrażliwą naturę, natomiast Sasha Fierce to zestaw bardziej dynamicznch, trochę zwariowanych piosenek, których słuchanie powodouje podrygiwanie, tudzież nieopanowane machanie nogą. Sama Beyoncé twierdzi, że Sasha Fierce to jej alter ego, które w końcu dostało własne imię: To tak jakbym miała w sobie kogoś, kto przejmuje nade mną kontrolę kiedy wychodzę na scenę i zaczynam swój występ. To drugie wcielenie chroni prawdziwą mnie, jaka kryje się pod make-upem, poza zasięgiem świateł sceny czy blaskiem jupiterów. Sasha jest bardziej zabawowa, agresywna i otwarta – czyli taka jaką fani znają mnie z tego, co robię w życiu. Podwójna pyta pozwala mi dokładniej opisać obydwie postaci.

Single Ladies (Put A Ring On It) jest głównym utworem na płycie Sasha Fierce. Piosenkę promuje czarno-biały teledysk, w którym Beyoncé wraz z dwoma towarzyszącymi jej tancerkami - wszystkie ubrane tylko w czarne, obcisłe kostiumy i wysokie obcasy - wykonują seksowny układ taneczny.

Kilka dni temu na Piccadilly Circus w samym centrum Londynu można było zobaczyć 100 młodych, ślicznych dziewczyn tak samo ubranych i tańczących dokładnie ten sam układ, co Beyoncé - oczywiście w rytm piosenki Single Ladies. Występ był żywą reklamą darmowego koncertu Beyoncé, który odbedzię się w londyńskim O2 Arena w listopadzie, a ktorego sponsorem jest Trident Gum.



Jak widać, bycie singielką, zwłaszcza w Londynie, może byc całkiem fajne...

czwartek, 12 lutego 2009

Audiofeels

O grupie ośmiu śpiewających facetów z Poznania zrobiło się głośno dzięki ich udziale w tvnowskim programie Mam Talent, w którym ostatecznie zajęli trzecie miejsce. Niemniej filmiki z ich występami wokalnymi można było znaleźć w sieci dużo wcześniej, bo Audiofeels działają od kwietnia 2007r. i to dzięki internetowi dali poznać się szerszej publiczności.

Kiedy obejrzałam video zarejestrowane na ich występie z 19.04.2008r. w poznańskim klubie Blue Note, to zakochałam się we wszystkich ośmiu naraz. Choć powinnam napisać dziewięciu - bo przecież akustyk to nie mniej ważna osoba w zespole. Oczywiście to nagranie najwięcej według mnie zawdzięcza gościnnie zaproszonej Kasi Rościńskiej znanej jako K8 - uroczej, z pięknym, silnym głosem.
Co ciekawe, pomysł na utwór Crazy w ich wspólnym wykonaniu, pojawił się dopiero tydzień przez planowanym koncertem, a pierwsza próba odbyła się zaledwie trzy dni przed. Kasia była też pomysłodawczynią ruchu scenicznego do piosenki.

W internecie pojawiły się komentarze, że gdyby Audiofeels wraz z Kasią wykonali w finale Mam Talent właśnie ten utwór, to wygraliby program. Kto wie?



A to oryginalna wersja Crazy w wykonaniu Gnarls'a Barkley'a:



I co, która lepsza? Bo moim zdaniem K8 i Audiofeels. I bynajmniej nie z powodu patriotyzmu lokalnego.

GNARLS BARKLEY Crazy
I remember when, I remember, I remember when I lost my mind
There was something so pleasant about that phase
Even your emotions had an echo
In so much space

And when you're out there
Without care,
Yeah, I was out of touch
But it wasn't because I didn't know enough
I just knew too much

Does that make me crazy?
Does that make me crazy?
Does that make me crazy?
Possibly [radio version]
Probably [album version]

And I hope that you are having the time of your life
But think twice, that's my only advice

Come on now, who do you, who do you, who do you, who do you think you are,
Ha ha ha bless your soul
You really think you're in control

Well, I think you're crazy
I think you're crazy
I think you're crazy
Just like me

My heroes had the heart to lose their lives out on a limb
And all I remember is thinking, I want to be like them
Ever since I was little, ever since I was little it looked like fun
And it's no coincidence I've come
And I can die when I'm done

Maybe I'm crazy
Maybe you're crazy
Maybe we're crazy
Probably

Uh, uh