Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grafika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grafika. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 stycznia 2014

Hello, I'm Wild! Head-shots series

Hello, I’m Wild to zespół dwóch kreatywnych dziewczyn z Francji, które zajmują się szeroko pojętą sztuką wizualną: od fotografii, poprzez grafikę aż do ilustrowania książek. Mnie osobiście, jako trochę wyrośniętemu dziecku, którego wyobraźnia działa na dość wysokim poziomie, wpadła w oko seria fotografii Head-shots Project. Świetna koncepcja, szczególnie dla miłośników Pixara i Star Wars. Zdjęcia utrzymane w landrynkowych kolorach, mega surrealistyczne, ale zabawne i ciepłe w odbiorze. Przenikające się światy – ten realny i ten wymyślony, bajkowy – działają na mnie tak silnie, że mam ochotę krzyknąć ajm a junikorn! i w podskokach oddalić się na najbliższą chmurkę z waty cukrowej!


środa, 5 grudnia 2012

Dissected Art(ist)

Na tę genialną, choć muszę przyznać nietypową i lekko niepokojącą formę zachęcenia młodych ludzi do kontynuowania nauki w Museu de Arte de São Paulo (MASP) Art School wpadła brazylijska firma reklamowa DDB Brasil. Trzech najbardziej rozpoznawalnych na całym świecie malarzy - Salvadore Dali, Pablo Picasso i Vincent van Gogh "pokazało" nam swoje piękne wnętrza. Patrząc na te grafiki przychodzi mi do głowy pytanie - a co ty masz w sobie takiego, czym mógłbyś zachwycić świat?... 






wtorek, 14 lutego 2012

Julia na Walentynki

Szukałam dzisiaj wiersza, który mogłabym wstawić na bloga z okazji Dnia św.Walentego. Oczywiście przede wszystkim pomyślałam o poezji Haliny Poświatowskiej, jednej z moich ukochanych poetek. Wybrałam wiersz Jestem Julią… bo sama jestem Julią.

Jestem Julią
mam lat 23
dotknęłam kiedyś miłości
miała smak gorzki
jak filiżanka ciemnej kawy
wzmogła
rytm serca
rozdrażniła
mój żywy organizm
rozkołysała zmysły
odeszła

Jestem Julią
na wysokim balkonie
zawisła
krzyczę wróć
wołam wróć
plamię
przygryzione wargi
barwą krwi
nie wróciła

Jestem Julią
mam lat tysiąc
żyję -


Przy okazji poszukiwań, trafiłam na stronę krafciarki ankan, która pięknie zabawiła się z tym wierszem. Powstała seria kartek, będących ilustracją do wiersza. Proste, stylowe i niezwykle ujmujące.






czwartek, 5 stycznia 2012

Brown Tape-Art

Trudno zdefiniować, kto był prekursorem sztuki ulicznej, ale w zasadzie nie ma to większego znaczenia. Ważne natomiast jest to, że street-art jest nie tylko obecny w życiu niemal każdego z nas, ale i zyskuje coraz większą liczbę zwolenników. Artyści uprawiający ten rodzaj sztuki zamiast z oburzeniem być nazywanymi wandalami, zostają docenieni, nie tylko przez zwykłych przechodniów, którzy są przecież codziennymi odbiorcami ich twórczości (niekiedy nawet bezwiednie), ale i przez coraz liczniejsze galerie i profesjonalistów zajmujących się sztuką i kulturą zawodowo. Osobiście cieszę się, że mieszkam w Londynie – mieście, gdzie niemal na każdym kroku mogę natknąć się na street-art w najróżniejszych formach, od chyba najbardziej znanych prac Banksy’ego, murali ROA, czy mozaik Invadera aż do mniej znanych (lub zupełnie anonimowych) graffiti, obrazów 3D, wlepek etc.

Kiedy natknęłam się w sieci na prace Holendra Maxa Zorna, pierwsze co pomyślałam, to to, że nazywa się jak postać z kreskówki o kosmitach robotach z przyszłości (pewnie to wpływ ciągłego przebywania w towarzystwie dziesięciolatka uwielbiającego takie rzeczy), a drugie, że koleś ma mega talent i bardzo chciałabym zobaczyć na żywo, to co robi.



Jest nie tylko oryginalny – zajmuje się tworzeniem obrazów z chyba najbardziej pospolitego materiału, jakim jest brązowa taśma klejąca do paczek. Przy użyciu skalpela wycina kolejne warstwy taśmy i w ten sposób uzyskuje odpowiednie natężenie koloru po podświetleniu. Oczywiście jedyne właściwe podświetlenie dają lampy uliczne… Prace Maxa Zorna upiększają głównie ulice Amsterdamu, ale powoli dzięki zaangażowaniu jego coraz liczniejszej grupy fanów, można je spotkać również w innych krajach. Kto wie, może już niedługo zdarzy się, że przechadzając się południowym brzegiem Tamizy natknę się na jedno z jego tape-art dzieło?




sobota, 8 października 2011

They Draw and Cook

Jeśli istnieje coś takiego, jak prezent idealny, to jest nim na pewno ta książka. Przynajmniej dla mnie, ponieważ łączy w sobie wszystko to, co lubię najbardziej: czytanie i gotowanie, a wszystko w soczystej i bogatej okrasie pięknych ilustracji. Świeżo wydana (premiera 4.X.2011) książka poniekąd kucharska They Draw and Cook: 107 Recipes Illustrated by Artists from Around the World, stanowi jak dla mnie ewenement na rynku wydawniczym i na pewno ciekawą odmianą dla niepodzielnie królujących książek kucharskich Nigelli Lawson i Jamie Olivera. Ale bądźmy szczerzy, w tym przypadku, przepisy kulinarne są jedynie pretekstem do zaprezentowania szerszej publiczności talentu artystycznego ludzi z różnych zakątków naszego globu, w tym oczywiście również Polaków.

Pomysłodawcami i realizatorami przedsięwzięcia jest pochodzące z USA rodzeństwo Nate Padavick i Salli Swindell, którzy już od ponad 10 lat wspólnie tworzą, rysują i projektują. Pomysł na tę niezwykła książkę kucharską zrodził się podczas rodzinnych wakacji, kiedy to Nate próbował przypomnieć sobie przepis na ulubione danie –fettuccini z figami, a Salli w tym czasie rysowała miskę z figami. Oboje doszli do wniosku, że rysowanie jedzenia to nie tylko wielka frajda, ale i świetny pomysł na stworzenie książki z przepisami na ulubione potrawy. Do współpracy zaprosili wszystkich znajomych i nieznajomych. Nate opublikował na blogu prośbę o zgłaszanie ilustrowanych przepisów na ulubione dania i dość szybko zaczęły napływać prace z całego świata. Od profesjonalnych grafików, zawodowych artystów, ale też od zwykłych ludzi, którzy zwyczajnie lubią rysować i gotować jednocześnie. Rezultatem jest ta oto książka, która przyciąga nie tylko różnorodnością barw, ale i smaków

Spaghetti al Pomodoro by Serena Veslemøy

Retro Cocktails by Michael Robertson

Rudolph's Red-Nosed Pasta by Kristin Jackson

Ajiaco Bogotano by Lisa Bueno

Left Over Patty by Alect Pee

Nega-Maluca by Ivana Amarante Bombana


sobota, 11 września 2010

9/11

Dziewięć lat temu świat, który dobrze znaliśmy został zburzony. Zabrzmi banalnie, ale właśnie tego jednego dnia nasza rzeczywistość zmieniła się w sposób diametralny i nigdy więcej nie wróciła do swojego poprzedniego stanu. Stanu bez permanentnego poczucia zagrożenia.

Zamach na wieże World Trade Centre poruszył wyobraźnię milionów ludzi na całym świecie. I chyba to jest powodem, dla którego wiele reklam, przede wszystkim społecznych, odwołuje się właśnie do ataku z 11 września 2001r., w którym zginęło niemal 3000 osób. Problem w tym, że na świecie coraz częściej zdarzają się katastrofy naturalne bądź nie, w których ginie więcej ludzi, a jakoś wydarzenia te przechodzą bez większego echa. Czyżbyśmy potrzebowali rozbitych samolotów i spektakularnych wybuchów, żeby zastanowić się na tym, dokąd zmierza nasz świat, a raczej dokąd my sami go prowadzimy?

World Wildlife Fund w zeszłym roku wypuściła na rynek plakat, który miał za zadanie skłonić ludzi do zastanowienia się nad siłą sprawczą natury i jednocześnie zachęcić do dbania o środowisko, poprzez prosty przekaz, że jeśli my nie zadbamy o naturę, ona zacznie działać przeciwko nam i to z mocą, której się nie spodziewamy.

The tsunami killed 100 times more people than 9/11. The planet is brutally powerful. Respect it. Preserve it.


W odpowiedzi na ten poster, Truth Machine TM wydało swój własny.

Hypocrisy killed 1000 times more than 9/11. It was just advertising. Don't make war about it.


To fakt, mamy zdolność zabijania naszej plany i siebie nawzajem na najróżniejsze sposoby. Nie brzmi to dumnie. Brzmi raczej żałośnie. Może dzisiaj jest dobry dzień na zmianę?

niedziela, 29 sierpnia 2010

Schodami w niemożliwe

W zeszłym tygodniu miałam okazję obejrzeć film Christophera Nolana Incepcja z Leonardo DiCaprio w roli doskonałego złodzieja, który działa w najwrażliwszym z możliwych światów, czyli w podświadomości ludzkiej. Wkradając się do umysłu ofiary podczas snu, ma możliwość wydobycia wszelkich, nawet najbardziej tajnych informacji. Fabuła filmu w zasadzie mało zaskakująca, ale efekty specjalne pierwsza klasa.

W przedstawionym w filmie świecie snów czas staje się lepki i rozciągliwy, a prawa fizyki działają tylko w takim zakresie, w jakim chcemy. Architekci mogą projektować budowle, które w rzeczywistości nie miałyby możliwości powstać, ponieważ przeczą zasadom logiki. Jednym z używanych przez nich trików jest paradoks Penrose’a. W latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia brytyjski naukowiec Lionel Penrose wraz ze swoim synem Rogerem stworzył serię figur niemożliwych, zaprzeczających logice przestrzennej, wśród których chyba najbardziej rozpoznawalny jest trójkąt Penrose’a.

Próba przeniesienia figur niemożliwych do świata trójwymiarowego powoduje powstania złudzenia optycznego, którego świetnym przykładem są schody Penrose’a. Motyw ten został wykorzystany w litografii holenderskiego artysty Mauritsa Cornelisa Eschera z 1960r.
Dzieło Wchodzący i schodzący przedstawiający budowlę z niekończącymi się schodami, po których w koło wchodzą i schodzą mnichowie. Nie ma tu przypadku, ponieważ holenderskie powiedzenie „praca mnicha” oznacza bezcelowe marnowanie czasu. Czyli również chodzenie schodami bez końca.

Wykorzystanie figur niemożliwych w świecie snów nie dziwi mnie zbytnio. Tym bardziej, że dopóki śnimy, wszystko co widzimy i przeżywamy jest jak najbardziej logiczne, aż do momentu obudzenia.

czwartek, 13 maja 2010

Yoga cats and dogs

13 maja uważany jest za pechowy dzień, zwłaszcza jeśli akurat przypada na piątek. Dla mnie – dzień jak co dzień, ale żeby nie marnować takiej fajnej daty postanowiłam zamieścić notkę o kotach. I psach. I bynajmniej nie czarnych, chociaż czasem też. Gdzieniegdzie.

Wiem, że niektóre moje notki, zwłaszcza te, które dotyczą wydarzeń kulturalnych, piszę dawno po fakcie, ale tylko czasami wynika to z lenistwa. W większości wypadków, informację o ciekawiących mnie rzeczach lub wydarzeniach znajduję zupełnie przypadkiem i niestety ten przypadek rzadko zbiega się w czasie z „premierą” tychże.

Niestety mój ślimaczy refleks objawił się również w przypadku kalendarza na 2010 rok wydanego przez parę z Teksasu – Dana i Alejandrę Borris. Swoją drogą kalendarz pokazał się na przełomie października i listopada zeszłego roku, czyli w czasie, kiedy niezbyt aktywnie zajmowałam się blogiem. Kalendarz z psami ułożonymi w pozycjach jogi był pomysłem fotografa Dana oraz jego żony Alejandry, trenerki jogi, którzy zostali zainspirowani historią swojej znajomej o imieniu Joy i jej psa Otisa rasy English Bull Terier.

Joy codziennie rano ćwiczyła jogę, w czym bardzo aktywnie uczestniczył jej pies plątając się jej między nogami, tudzież liżąc ją po twarzy, kiedy wykonywała bardziej skomplikowaną pozycję stania na głowie. Po jakimś czasie Joy zauważyła, że pies nie tylko przeszkadza w porannej gimnastyce, ale sam zaczyna wyginać swoje ciało naśladując swoją właścicielkę. Z czasem pozycje, które przyjmował Otis stały się coraz bardziej wyrafinowane, aż w końcu można powiedzieć, że osiągnął mistrzostwo w doggie-yoga. Niestety zanim doszło do realizacji projektu kalendarza z psami uprawiającymi jogę, Otis odszedł do psiego raju. Dan i Alejandra zainspirowani jego postacią poszukali innych psów, które mogłyby pozować do zdjęć i znaleźli kilkanaście uroczych zwierząt, których fotografie w dziwacznych pozycjach rodem z ulotki centrum odnowy ciała i umysłu (naturalnie obrobione w photoshopie) są dostępne do kupienia w internecie.

Psi kalendarz zrobił furorę na całym świecie i doczekał się również swojej kociej wersji, choć ja osobiście jako zdeklarowana psiara uważam, że leniwe koty co najwyżej są zdolne do założenia nogi za głowę, a nie uprawiania jogi. W przyszłym roku para planuje wydanie kalendarza puppy-yoga, więc już wiem, co przez cały kolejny rok będzie wisiało u mnie na ścianie.

niedziela, 17 stycznia 2010

I love Europe

Od 1985 roku 9. maja uznawany jest za Dzień Europy. To właśnie 9 maja 1950r. miało miejsce wydarzenie, które stało się podwaliną stworzenia Uni Europejskiej. Tego dnia francuski minister spraw zagranicznych Robert Schuman na konferencji prasowej odczytał deklarację, w której nawoływał państwa europejskie do stworzenia Federacji Europejskiej, której podstawą będzie wspólna produkcja węgla i stali.

Dlaczego akurat dzisiaj piszę o początkach Uni Europejskiej? Głównym powodem jest konkurs na plakat reklamowy Dnia Europy, w którym bierze udział Polka – Maria Mileńko. Spośród wszystkich projektów nadesłanych przez młodych artystów, jury wyłoniło dwunastu finalistów, których prace będą oceniane są przez internautów do końca stycznia. Projekt, który otrzyma najwięcej głosów zostanie oficjalnym plakatem reklamowym Dnia Europy 2010r.

Maria Mileńko (1987)

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Talisman, Magia i Miecz

Choć nowy rok za pasem, wciąż jeszcze pozostaję w atmosferze słodkiego rozleniwienia i rozkoszuję się ostatnimi dniami na wsi. Przyznam się, że atmosferze zbliżających się świąt uległam już w listopadzie, kiedy zabrałam się za wymyślanie i kupowanie prezentów dla mojej przyszywanej rodziny. I choć nie jest łatwo trafić w gusta i upodobania osób, które zna się zaledwie trzy miesiące, skromnie powiem, że udało mi się bez pudła. Bez wątpienia jednak największą radość sprawiłam najmłodszemu z Młodych, a to za sprawą najnowszego wydania planszowej gry fantasy Talisman.

Grę kupiłam z sentymentu do jej polskiego wydania sprzed co najmniej piętnastu lat, nad którą wraz z koleżankami (!) spędziłam niejedno popołudnie mając 12 - 13 lat. Z wypiekami na twarzy pokonywałam kolejne krainy, w których można było m.in. zostać zamienionym w ropuchę, co powodowało czarną rozpacz gracza, który nagle wszystko tracił lub wypełnić misję i w nagrodę otrzymać talizman, który był najważniejszym przedmiotem w grze, ponieważ tylko ten gracz, który go posiadał w swoim ekwipunku, mógł walczyć o "Koronę Władzy".

Autorem gry jest Robert J. Harris, który wymyślił ją na początku lat osiemdziesiątych, będąc świeżo upieczonym absolwentem studiów humanistycznych. Weekend spędzony z przyjaciółmi nad grą Dungeons and Dragons stanowił niejakie natchnienie do stworzenia Talismanu. Sprawa wydała się o tyle prosta, że Harris już jako nastolatek wymyślił schemat gry planszowej Rectocracy, której celem było zdobycie fotela rektora szkoły poprzez wspinanie się po szczeblach kariery zawodowej. Schemat ten został wykorzystany w Talismanie, choć początkowo Harris, który samodzielnie opracował wszystkie elementy gry, nazwał ją Necromanter. Jej celem było dotarcie do pola znajdującego się w samym środku planszy o nazwie „Necromanter’s Isle”, a następnie pozbawienie życia wszystkich rywali. Gracz zanim jednak dotarł do tego miejsca, musiał przejść przez wiele pól w trzech różnych krainach, które stanowiły planszę do gry. Harris opracował również karty postaci, każdej nadając odpowiedni charakter (zły, dobry lub neutralny), umiejętności oraz predyspozycje psychiczne i fizyczne. Dodatkowo na grę składały się karty przygód, czarów i przedmiotów, które losowane były podczas rozgrywki. Po serii testów na własnych kolegach, Harris wysłał grę do wydawcy, który po wprowadzeniu kilku poprawek (zmiana tytułu na Talisman, a Wyspy Nekromanty na Koronę Władzy) wypuścił grę na rynek.

Gra zrobiła furorę na całym świecie. Bardzo szybko znalazła rzesze fanów, którzy rozgrywali turnieje nie tylko w zaciszu domowym, ale również spotykali się na mistrzostwa różnego szczebla. Gra ewoluowała, nabierała kolorów. Kolejne edycje wzbogacane były rozszerzeniami, wśród których można było znaleźć nowe karty przygód i postaci oraz dodatkowe plansze.

Oczywiście gra trafiła również i do nas. Polski wydawca gry Sfera zmienił nazwę Talisman na Magia i Miecz, ale nie była to jedyna zmiana. Jak się później dowiedziałam polskie wydanie planszówki było wyjątkowe także z powodu jedynej w swoim rodzaju grafiki. Rzecz tak trywialna, jak brak funduszy na zakup pełnej licencji angielskiej gry wraz z prawem do wykorzystania wszystkich jej ilustracji, spowodowała, że wydawca powierzył stworzenie grafiki planszy i wszystkich kart do gry Grzegorzowi W. Komorowskiemu, który na przełomie lat 80. i 90. był jednym z głównych grafików miesięcznika Fantastyka. Opracowanie grafiki gry zajęło Komorowskiemu cztery miesiące, ale efekt tej pracy okazał się być o wiele lepszy od oryginału.

Najnowsza wersja (4.5) w zasadzie nie różni się zbytnio od tej, którą pamiętam. Samo wykonanie gry od strony technicznej jest na pewno lepsze – gruba, stabilna plansza, kolorowe karty przygód, kartoniki punktów zastąpione plastikowymi pionkami i monetami, papierowe figurki postaci zamienione na plastikowe oraz kostki do gry wyglądające, jakby były zrobione z bursztynu. Po względem fabuły gra pozostała taka sama – plansza podzielona na trzy krainy, a w samym jej środku "Korona Władzy", o którą walczą gracze. Istotną zmianą jest dodanie tokenów przeznaczenia, które można zużyć, jeśli rzut kostką nie był pomyślny, co w znaczny sposób może wpłynąć na rozwój rozgrywki, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że poszczególne postacie otrzymują na początku różną liczbę tokenów.

Mając za sobą kilka gier nowej wersji Talismanu, mogę powiedzieć tylko jedno – jestem pewna, że gra znalazła kolejnych wielbicieli w młodszym pokoleniu. Na kolejny prezent kupię rozszerzenia The Reaper i The Dungeon.

-----------------
*Święta bez prąduPrzekrój 50/2009