Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 kwietnia 2014

Rzymskie wakacje Dzień #1


Moje rzymskie wakacje zaczęły się dość niefortunnie – opóźnionym wylotem z lotniska London-Luton. Gęsta mgła nie pozwalała nam na odlot i zamiast planowanego startu o 6.25 rano, mój samolot wzbił się w powietrze dopiero dwie godziny później. Przyjęłam tę zmianę ze stoickim spokojem i postanowiłam wykorzystać te dwie godziny na drzemkę, bo w nocy spałam jedynie 2h (byłam tak podekscytowana wyjazdem, że udało mi się zasnąć dopiero około 23.30, a budzik miałam nastawiony już na 1.30, aby bez problemu zdążyć na lotnisko…) Lot trwał niewiele ponad dwie godziny i tuż przed południem wylądowaliśmy na Fiumicino airport. Przywitała nas cudowna, słoneczna pogoda – bardzo miła odmiana po chłodnym, zamglonym Londynie.

Odprawa paszportowa, odbiór bagażu, a później kolejka do punku informacyjnego, gdzie odbierałam swoją kartę Roma Pass – wszystko to sprawiło, że 45 minut później nadal tkwiłam na lotnisku, mocno już zmęczona i lekko zagubiona. Dodatkowo mój rzymski host Sergio wysłał mi kilka smsów where are you? i zestresował mnie lekko stwierdzeniem, że o godzinie 14 musi wyjść i wróci dopiero wieczorem. Wzięłam się zatem w garść i w podskokach udałam się na dworzec kolejowy. Po ekspresowym zakupie biletu i naganie wzrokowej, której udzieliłam parze turystów, którzy usiłowali wcisnąć się w kolejkę przede mną, wskoczyłam do pociągu (nie wiedziałam, że bilet należy skasować po przejściu przez bramkę, więc całe szczęście, że akurat konduktor zrezygnował ze sprawdzania biletów) i odjechałam w stronę centrum Rzymu.

Na stacji Trastevere przesiadłam się do innej linii i już po kilku minutach jazdy byłam na mojej docelowej stacji Roma San Pietro. Oczywiście nie było to wszystko takie łatwe, bo nie do końca było dla mnie jasne, na który peron mam się udać i czy bilet, który mam uprawnia mnie do dalszej jazdy. Dodatkowo, już na mojej stacji docelowej okazało się, że Google maps w telefonie nie działa nawet po włączeniu lokalizacji GPS, a moja papierowa mapa akurat w tym rejonie ma legendę. Z pomocą przyszedł mój przyjaciel Sebastian, który po krótkiej rozmowie telefonicznej, litościwie wysłał mi smsem directions ze stacji na adres, gdzie mieścił się mój hotel. Dotarłam tam po ok. 15 minutach, spocona i mocno zestresowana, jednak Sergio czekał na mnie w oknie i kiedy zdezorientowana stałam na środku ulicy zastanawiając się, w którą stronę mam iść, krzyknął przyjaźnie moje imię i zaczął machać. Wydaje mi się, że oboje odczuliśmy podobną ulgę, że w końcu dotarłam na miejsce!

Sergio okazał się bardzo miłym, zrelaksowanym człowiekiem, który dal mi klucze do pokoju, pokazałam kuchnię i łazienkę i życząc miłego dnia, szybko wyszedł na zaplanowane spotkanie, zostawiając mnie samą w swoim mieszkaniu. Mieszkaniu – bo moje zarezerwowane Bed&Breakfast okazało się zwykłym trzypokojowym mieszaniem, gdzie jeden pokój zajmował właściciel, a dwa pozostałe były wynajmowane turystom. Takim jak ja. Mój pokój był sporą jedynką, natomiast drugi (double), akurat był pusty i to nie zmieniło się aż do końca mojego pobytu, wiec przez 6 dni byliśmy tylko ja i Sergio.

Po szybkim odświeżeniu się i krótkim odpoczynku postanowiłam poznać okolicę i wykorzystać moją Roma Pass na udanie się do centrum. Wsiadłam w pierwszy autobus, który nadjechał (zapamiętałam jak nazywa się mój „domowy” przystanek) i dałam się porwać w siną dal. Dal wcale nie była sina, tylko cudownie błękito-biało-pomarańczowa i znajdowała się 25 minut jazdy autobusem na Piazza Venezia.


Zostałam uderzona w głowę feerią kolorów i całą skalą dźwięków, jakie może wydawać z siebie tętniące życiem, zatłoczone miasto. Dodatkowo pierwszym budynkiem, jaki zobaczyłam po wyjściu z autobusu było monumentalne Il Vittoriano, czyli Ołtarz Ojczyzny (Altare della Patria) muzeum/pomnik, który powstał na początku XX wieku dla uczczenia zjednoczenia Włoch. Niesamowita, zapierająca dech w piersiach marmurowa budowla, choć nieszczególnie lubiana przez Włochów, ponieważ pochłonęła mnóstwo państwowych pieniędzy, a przede wszystkim w czasie prac konstrukcyjnych, została zniszczona część wzgórza kapitolińskiego. O czym osobiście mogłam przekonać się niemal natychmiast po skierowaniu się na prawo, gdzie ni tego ni z owego miałam okazję zobaczyć ruiny starego muru z półkolistą wnęką ozdobioną freskiem przedstawiającym pochówek Jezusa. Mur z wnęką stanowi pozostałość kościoła pochodzącego z II w.
 

W lekkim oszołomieniu spowodowanym tak bliskim zderzeniem z żywą historią, wspięłam się schodami na szczyt Kapitolu (jednym z siedmiu wzgórz, na których zbudowane jest Wieczne Miasto), gdzie znajduje się Piazza del Campidoglio z centralnie ustawionym pomnikiem Marka Aureliusza, który wita odwiedzających Palazzo Senaorio. Ciekawostką jest to, że obecny wygląd placu zawdzięczamy Michałowi Aniołowi, który m.in. zmienił orientację budynków, tak aby ich front ustawiony był w stronę Watykanu, a nie starego Forum jak to miało miejsce jeszcze w czasach Renesansu.

 
Przecięłam plac uśmiechając się zalotnie do Marka Aureliusza i ruszyłam za wycieczką kierującą się gęsiego na lewo, gdzie na stanęłam oko w oko z wilczycą karmiącą dwóch chłopców (no dobrze, oko w oko to za dużo powiedziane, bo rzeźba stała na wysokim cokole). Wilczyca Kapitolińska to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Rzymu. Według legendy, to ona wykarmiła i wychowała Remusa i jego brata bliźniaka Romulusa, który był założycielem i pierwszym władcą Rzymu. 

 
Wyminęłam wilczycę i stanęłam przed oszałamiającym widokiem – Foro Romano i Palatyn w ciepłym świetle zachodzącego już lekko słońca. Szczerze mówiąc to była jedna z tych chwil w życiu, kiedy poczułam totalne wzruszenie spowodowane tym, że było mi dane znaleźć się w miejscu, o którym czytałam, uczyłam się i pragnęłam zobaczyć na własne oczy i w końcu się udało. O wycieczce do Rzymu naprawdę marzyłam już od wielu lat. Trzy lata temu byłam bardzo blisko zrealizowania tego marzenia – miałam już kupione bilety na samolot, zarezerwowany hotel i przewodnik z zaznaczonymi miejscami, które musze koniecznie odwiedzić będąc w Rzymie. Niestety w ostatniej chwil musiałam odwołać wyjazd i mój przewodnik przeleżał na półce trzy lata. Więc w to konkretnie popołudnie, kiedy stałam na tarasie widokowym oglądając ruiny najstarszego placu we Włoszech, czułam jak wzruszenie formuje się w niewielką gulkę w gardle. Stałam w miejscu, gdzie narodziła się zachodnia cywilizacja. Gdzie być może dwa tysiące lat wcześniej przechadzał się Juliusz Cezar? Gdzie być może Kaligula wpadł na pomysł powierzenia stanowiska senatora swojemu koniowi? Gdzie Marek Antoniusz rozmyślał o ponętnym ciele Kleopatry?...

 
 
 
 

niedziela, 6 stycznia 2013

2/52 "Spowiedź heretyka. Sacrum profanum" A. N. Darski, P. Weltrowski, K. Azarewicz

Tytuł: Spowiedź heretyka. Sacrum profanum.
Autor: Adam Nergal Darski, Piotr Weltrowski, Krzysztof Azarewicz
Wydawnictwo: G+J Gruner&Jahr
Data wydania: 21 listopada 2012

Kolejny wywiad-rzeka, tym razem z kontrowersyjnym muzykiem Adamem Nergalem Darskim, który szerszej publiczności kojarzy się głównie z romansu z Dodą. Za książkę wzięłam się głównie dzięki pozytywnym recenzjom znajomych i muszę przyznać, że była to naprawdę ciekawa lektura.

Nie jestem fanką muzyki uprawianej przez Nergala i jego zespół Behemot, co przekładało się również na moją nieznajomość owej osoby. Migał mi oczywiście na portalach plotkarskich w kontekście ognistego romansu z Dodą, później choroby nowotworowej, a na koniec udziału w programie Voice of Poland jako juror, ale nic poza tym. Aż do książki.

Napisana naprawdę przystępnie, nie kreuje Nergala ani na dziecko szatana, ani na rozwydrzonego celebrytę, a już najmniej na męczennika, który wyszedł z ciężkiej choroby li i jedynie dzięki swej bohaterskiej postawie. Adam Darski to normalny facet z krwi i kości (i to określenie jest jak najbardziej trafne i właściwe, chociaż i krew i kości w jego przypadku zostały poddane remontowi, czego wynikiem była choćby zmiana grupy krwi). Przeżywa wzloty i upadki, jak każdy inny: zakochuje się, wkurwia, odprawia balety i ciężko pracuje. Wszystko zbilansowane jeśli wierzyć książce, a w zasadzie nie wierzyć jej nie mam powodu, gdyż napisana została nie tylko przez samego Darskiego, ale również przy współudziale jego dwóch dobrych kumpli - Piotra Weltrowskiego (dziennikarza i muzyka, który również gra z Behemotem) oraz Krzysztofa Azarewicza (dziennikarz, poeta, filozof, którego współpraca z Behemotem polega przede wszystkim na współtworzeniu tekstów). No tak, żadna to gwarancja szczerego wywiadu, ale wydaje mi się, że Nergal zwyczajnie nie ma potrzeby kreowania się na kogoś kim nie jest. Osiągnął naprawdę wiele - jego zespół jest rozpoznawalny na świecie i koncertuje na każdej półkuli. A trzeba zaznaczyć, że chłopaki zaczynali od zera w dużym pokoju gdańskiego mieszkania rodziców Adama. Dodatkowo wygrał z chorobą i  nadal żyje tak jak lubi, choć jak sam mówi, z każdym upływającym rokiem jest coraz bardziej wybredny.

Nergal jest postrzegany w Polsce jako osoba mocno kontrowersyjna, ponieważ jawnie przyznaje się do tego, że nie wierzy w Boga (ani Ojca, ani żadnego innego). Jak sam tłumaczy akt darcia Biblii na koncertach nie był przejawem nienawiści do katolicyzmu jako takiego, ale zwykłym elementem performance towarzyszącym graniu określonego rodzaju muzyki. Adam Darski uważa religie (nie tylko katolicyzm, ale odnosi się przede wszystkim do niego) za próby prania mózgu ludziom, którzy poddawani indoktrynacji niemal od zarodka stają się bezwolnymi owieczkami prowadzonymi na rzeź. A dla niego osobiście, który tak bardzo umiłował wolność, jest to nie do przyjęcia. I chyba to umiłowanie wolności najbardziej mi się w nim podoba. Ma bezsprzecznie hedonistyczny stosunek do życia, ale nie łapie wszystkiego, jak leci, a wybiera to, co uważa za najlepsze dla siebie. Koledzy mogą się śmiać z ćwiczonek i jogurcików, ale według mnie, świadomość siły fizycznej jest tak samo ważna jak psychicznej. A to, że Nergal to całkiem łebski facet, nie ulega wątpliwości. I choć niekoniecznie zgadzam się ze wszystkimi jego poglądami, to forma, w jakiej je przekazał swoim czytelnikom, wzbudza we mnie szacunek do niego jako człowieka. Warto przeczytać  choćby tylko po to, żeby wyrobić sobie własne zdanie. 8/10

#1

#2

#3

#4

#5

#6

niedziela, 11 listopada 2012

Książkowa niedziela XLV: "Rivers Of London" B.Aaronovitch


Tytuł: Rivers Of London
Autor: 
Wydawnictwo: The Orion Publishing Group
Data wydania: 25 sierpnia 2011

Rivers Of London to książka, na którą ostrzyłam sobie zęby już od dłuższego czasu, ale zawsze było coś innego do przeczytania. Nie pomagało wcale to, że w moim cyklu czytelniczym mam zazwyczaj 2-3 książki, więc ich przemiał jest dość powolny. Niemniej jednak, kiedy już się za nią zabrałam, poszło wyjątkowo gładko, pomimo iż czytałam w języku angielskim, a to zawsze trwa trochę dłużej, niż przy książce polskojęzycznej.

Rivers Of London to nie przewodnik po rzekach Londynu i jego okolicach, jak można by się było spodziewać po tytule, ale pasjonująca powieść sensacyjno-fantastyczna. Jest niej wszystko to, co lubię najbardziej. Niecodzienne morderstwo i młody policjant pracujący nad sprawą jego wyjaśnienia. Wszystko to dzieje się w Londynie, w miejscach znanych mi lepiej lub gorzej. Uwielbiam czytać powieści, których akcja rozgrywa się w miastach, które choć trochę znam. Może dlatego tak mi przypadł do gustu Kacer Ryx i jego XVI-wieczny Kraków, Eberhard Mock i jego przedwojenny Wrocław, a teraz Peter Grant i jego współczesny Londyn - miasto, które stało się moim domem.

Peter to młody funkcjonariusz policji,który po odbyciu obowiązkowego szkolenia i terminu w jednostce "krawężnikowej", zostaje przydzielony do mało ekscytującego wydziału Case Progression Unit, gdzie głównym zajęciem jest wypełnianie papierkowej roboty. Zanim jednak rozpoczyna swój przydział, wraz ze swoją partnerką Lesley zostaje wezwany do obstawienia miejsca dość niecodziennej zbrodni - zabójstwa przez obcięcie głowy mieczem. Krótko po tym, na jednym z nocnych patroli spotyka ducha, który zdaje się mieć informacje na temat popełnionego morderstwa. Spotkanie z duchem - Nicholasem Wallpenny, który początkowo wydaje się Peterowi jedynie przewidzeniem, jest początkiem jego kariery policyjnej w wydziale, o którego istnieniu nie miał wcześniej pojęcia. Tym samym staje pierwszym od pięćdziesięciu lat uczniem detektywa/inspektora/czarodzieja Thomasa Nightingale.

Peter nie tylko zaczyna uczyć się używać magii, ale dowiaduje się o istnieniu istot, które żyją tuż obok ludzi, a którzy zdecydowanie ludźmi nie są. Ot choćby bogowie i boginie rzek i strumieni - Mamma Thames wraz z córkami oraz Father Thames i jego synowie, którzy toczą walkę o wpływy na Tamizie. Pogodzenie ich to jedno z zadań, jakich podejmuje się młody policjant-czarodziej, oczywiście oprócz rozwiązania sprawy bezgłowych zwłok znalezionych przy katedrze St. Paul.

Książkę czytało się lekko, łatwo i przyjemnie, choć z pewnym takim niedosytem. Miałam wrażenie, jakby autor miał jeszcze wiele pomysłów w zanadrzu, ale postanowił ich nie wykorzystywać z jakiegoś powodu. Może Rivers Of London to tylko przystawka w czterodaniowym posiłku? Do tej pory wydane zostały trzy powieści, a czwarta w przygotowaniu... Zacieram ręce i ostrzę pazurki. 7/10



Już zupełnie abstrahując do treści książki, zwracam uwagę na okładki powieści - jak dla mnie majstersztyk.



niedziela, 18 marca 2012

Książkowa niedziela XI: "Tysiąc wspaniałych słońc" K. Hosseini

Tytuł: Tysiąc wspaniałych słońc
Autor: Khaled Hosseini
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 26 września 2008

Tysiąc wspaniałych słońc to drugą po Chłopcu z latawcem powieść Hosseiniego, którą miałam przyjemność przeczytać. Prawdziwą przyjemność, bo obie książki są niezwykłe. Smutne, poruszające niewygodne, ale ważne tematy. Tysiąc wspaniałych słońc to książka, opisująca blisko 30 lat życia dwóch Afganek, żyjących we współczesnym, targanym wojnami państwie islamskim. Jednak przemiany polityczne są w tym przypadku jedynie tłem dla opowieści o codziennym życiu – oczywiście naznaczonym biedą i lękiem, które zawsze towarzyszą człowiekowi w czasie wojen, ale nie to stanowi tutaj istotę prawdziwego cierpienia tych dwóch kobiet.

Pierwsza z nich Mariam, to córka bogatego i poważanego Dżalila i jego służącej – jest dzieckiem niechcianym, które okryło hańbą jej matkę, w związku z czym obie musiały zamieszkać w małej chatce w lesie, daleko od oczu innych ludzi. Mariam dorasta w poczuciu winy, ale i miłości do ojca, który jednak ją odrzuca jako bękarta w najbardziej krytycznym momencie jej życia. Wydaje ją za mąż, za dużo starszego od niej mężczyznę, byle tylko pozbyć się problemu, jaki nieślubna córka stanowi dla całej jego rodziny. Rasheed nie rozumie dramatu swojej młodej żony, uważa wręcz, że przytrafiło się jej największe z możliwych szczęście, że ktoś zechciał ją poślubić. Początkowo między małżonkami układa się, głównie dzięki uległości Mariam, ale kiedy okazuje się, że kobieta nie może mieć dzieci, Rasheed zamienia się w podłego tyrana. Potęgując cierpienia Mariam, pewnego dnia przyprowadza do domu młodą Lailę, która w wybuchu bomby straciła całą swoją rodzinę. Laila zgadza się go poślubić, tylko dlatego, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nosi w swym łonie dziecko innego - miłości jej życia, który wraz z rodziną ze względu na wojnę opuścił Afganistan i udał się do Pakistanu. W taki oto sposób pod jednym dachem zamieszkują dwie zupełnie odmienne kobiety, które łączy jedynie obrzydzenie do mężczyzny, którego poślubiły. Z biegiem czasu kobiety się zaprzyjaźniają, chociaż nie jest to łatwa przyjaźń. Na początku raczej solidarność uciśnionych, dopiero później przychodzi lojalność i oddanie. Tak wielkie, że prowadzi do niewyobrażalnego poświęcenia jednej, aby druga miała choć trochę lepsze życie.

Tysiąc wspaniałych słońc jest dla mnie kolejną książką, po którą sięgnęłam, aby choć trochę lepiej zrozumieć kulturę arabską. Dla mnie – Europejki z katolickiego kraju, trudno pojąć mentalność, w której kobieta jest uważana z człowieka drugiej kategorii. Niezdolną do samodzielnego decydowania o sobie i swoim życiu, której wszystkie działania w zasadzie od samego początku są warunkowane przez mężczyzn – najpierw ojca i braci, a później męża. W tym wszystkim nawet prawo jest po stronie mężczyzn, nawet jeśli ten jest oprawcą i katem kobiety, ona nie może zwyczajnie odejść. Również dlatego, że zwyczajnie nie ma ani dokąd, ani za co.

Powieść, choć czysta fikcja, jest zdecydowanie jedną z pozycji, nad którą nie można przejść obojętnie. Zwłaszcza w świetle ostatnich wydarzeń: 16-latka z Maroka popełniła samobójstwo, ponieważ została zmuszona do poślubienia mężczyzny, który ją wcześniej zgwałcił. W krajach muzułmańskich mężczyzna może uniknąć kary więzienia za ten czyn, właśnie jeśli poślubi swoją ofiarę. W tym przypadku ślub „oczyszcza” kobietę z hańby, jaką ją spotkała. Dla mnie jest to totalnie niezrozumiałe i myślę, że nigdy nie będzie. O ile umiem zrozumieć wielożeństwo, jak również swego rodzaju protekcjonizm mężczyzn w pewnych kulturach wynikający z czystej troski o kobiety, o tyle, tego rodzaju zachowanie, a zwłaszcza prawo je aprobujące, nigdy nie zyska w moich oczach aprobaty. Uważam, że książkę warto przeczytać z wielu powodów. Na pewno nie jest lekturą ani łatwą, ani przyjemną, ale na pewno bardzo wartościową. 7/10

niedziela, 26 lutego 2012

Książkowa niedziela VIII: "Anioły muszą odejść" K.T. Lewandowski

Tytuł: Anioły muszą odejść
Autor: Konrad T. Lewandowski
Wydawnictwo: Gruner&Jahr
Data wydania: 20 kwietnia 2011

Książkę kupiłam trochę przez przypadek. Po pierwsze zachęcił mnie jej opis jako warszawskiej odpowiedzi na Mistrza i Małgorzatę. Po drugie promocja w Empiku, w momencie, kiedy chciałam sprawdzić kompatybilność ebooka zakupionego w tymże sklepie z moim kindlem. Test został zakończony sukcesem i tak oto stałam się szczęśliwą posiadaczką swojej pierwszej polskiej książki w formacie mobi, która prawdę mówiąc z Mistrzem i Małgorzatą Bułhakowa ma niewiele wspólnego. Nie jest to bynajmniej żaden minus, bo Mistrz jest tylko jeden i wystarczy.

Głównymi bohaterami książki Anioły muszą odejść jest jak sam tytuł wskazuje grupa aniołów rezydujących na cmentarzu na warszawskiej Woli: była ladacznica-ciągle-dziewca, która zmarła broniąc świętej Eucharystii, husarz Jan Seweryn poległy w drugiej bitwie o Warszawę w 1705 r., ateista-marksista towarzysz Zaleszczuk i bardziej nam współczesny bezimienny anioł dobrej rady zwany leniwcem, który również za życia nie wierzył w Boga. Ale jak mawiają aniołowie Naczelny nie jest małostkowy.

Jak wieść niesie, Lewandowski napisał te książkę ze złości i niedowierzania: "Są takie chwile w życiu pisarza, że coś go tak wkurzy, że musi z tego powstać książka. W przypadku "Anioły muszą odejść" takim zdarzeniem był opublikowany w sierpniu 2008 roku w "Naszym Dzienniku" wywiad z księdzem doktorem Józefem Bartnikiem, który oznajmił, że klęska Powstania Warszawskiego była osobistą zemstą Matki Boskiej za niedostatek czci. Doszedłem do wniosku, że coś takiego mógł powiedzieć tylko człowiek opętany przez demona."

Autor w fantastyczny sposób połączył w swojej powieści rzeczywiste dzieje Warszawy z wymyślonymi przez perypetiami fantastycznych postaci. Twarde rządy księżnej Anny Mazowieckiej i skazanie na śmierć przez spalenie na stosie dwóch niewinnych kobiet – Klimaszewskiej i Piekarki, które umierając w wielkim cierpieniu oddają swoje dusze diabłu i poprzysięgają zemstę, dają początek klątwie, która ma zniszczyć znienawidzoną już teraz Warszawę. A prób zniszczenia miasta było wiele, najbardziej jednak znaczącą okazała się klęska Powstania Warszawskiego. Dlatego też w XXI demonice wybierają właśnie Muzeum Powstania Warszawskiego na swój kolejny atak. Klątwie mogą przeciwstawić się jedynie aniołowie wraz z parą wybrańców – byłym zakonnikiem redemptorystą Andrzejem i typową dresiarą Jesiką aspirującą do roli wróżki, którzy swoją miłością mogą uratować miasto.

Książka jest znakomita. Napisana w świetnym stylu, z humorem i bez zbytniego nadęcia, chociaż odwołuje się do tematów, które my Polacy wręcz uwielbiamy mielić na okrągło: religii i Polski jako wybranego narodu katolickiego – jedynego prawdziwego obrońcy wiary oraz z drugiej strony martyrologii i Polski walczącej i uciśnionej przez wszystkich. Wszystko to jednak stanowi tylko tło do opowieści o tym co najważniejsze: miłości. Boga do ludzi i ludzi do siebie nawzajem. 9/10

niedziela, 22 stycznia 2012

Książkowa niedziela III: "Królowe. Sześć żon Henryka VIII" D. Starkey

Tytuł: Królowe. Sześć żon Henryka VIII
Autor: David Starkey
Wydawnictwo: Rebis Dom Wydawniczy
Data wydania: 08 grudnia 2004 (pl)

Z zasady nie lubię książek historycznych, ponieważ o przeczytanych faktach zapominam juz dwa dni po odłożeniu książki. Niemniej historię Anglii, z dużym naciskiem na XV i XVI wiek uwielbiam ze względu na fascynującą postać króla Henryka VII, a także jego sześciu żon i dwóch wspaniałych córek. Moja miłość do książek opisujących dzieje Albionu miała początek pewnego deszczowego popołudnia w bibliotece miejskiej, kiedy sięgnęłam po Ryszarda Lwie Serce autorstwa Georga Bidwella. Zakochałam się i w stylu pisania brytyjskiego autora, jak i w polskim tłumaczeniu tych książek przez jego żonę Annę. Przede wszystkim jednak zakochałam się w historii Wielkiej Brytanii. Jako trzynastolatka marzyłam o podróży do Anglii, nie wiedząc wtedy jeszcze, że 15 lat później wybiorę ten kraj na swoją druga ojczyznę. Choć może już wtedy cos przeczuwałam?

Bez względu jednak na osobiste wtręty, w ostatnim tygodniu sięgnęłam po książkę Davida Starkey's , brytyjskiego profesora historii, specjalizującego się w dynastii Tudorów. Starkey napisał ponad dwadzieścia książek dotyczących historii Anglii, większość z nich dotyczy króla Henryka VIII. I nie można się temu dziwić, ponieważ władca ten był i nadal jest uważany za jedną z najbarwniejszych postaci w historii nie tylko Wielkiej Brytanii, ale i całej Europy. Czytając Królowe. Sześć żon Henryka VII można odnieść wrażenie, że wszystkie jego działania związane były z kobietami, które kochał, których pożądał i których nienawidził. I choć to nie do końca prawda, to jedno z największych historycznych wydarzeń w dziejach Anglii - rozłam kościoła anglikańskiego od papieża nastąpił z powodu niezwykłego uczucia, którym Henryk darzył Annę Boleyn. I o ile sam Henryk był wielką osobowością zarówno jako władca, jak i mężczyzna, tak również każda z jego sześciu żon była niezwykłą kobietą, choć wszystkie różniły się od siebie diametralnie. Niestety dla wszystkich bez wyjątku miłość Henryka okazała się zgubna w ten, czy inny sposób. Divorced, beheaded, died, divorced, beheaded, survived. Ta krótka rymowanka, którą zna każde angielskie dziecko, dokładnie opisuje smutny los królowych Henryka VIII.

Trudno opisać książkę historyczną, nie wgłębiając się w szczegóły wydarzeń. Chyba w ogóle nie jest to możliwe, dlatego nawet nie będę próbować. Mogę jednak napisać, że książka Davida Starkey jest rewelacyjna. Dla każdego anglo- i tudorofila, ale też dla wszystkich osób, które mają ochotę na coś innego niż beletrystyka. Książka napisana jest jasnym, zabawnym językiem, a opisywane fakty nie przytłaczają , a jedynie stanowią tło dla interesującej powieści o Anglii u schyłku Średniowiecza. 8/10

niedziela, 28 listopada 2010

Światło w fazie rozkładu

Listopad nie jest najprzyjemniejszym miesiącem w roku. Szczerze mówiąc jest chyba jednym z najbardziej ponurych - według mojej opinii idzie łeb w łeb z lutym, choć na korzyść tego ostatniego działa to, że ma zaledwie 28 [+1] dni, a dodatkowo każdej mijającej doby przybywa nam słonecznych minut.

Wczoraj w ramach walki z listopadową aurą nic-niechcenia ubrałam swoje najbardziej kolorowe tenisówki i wyszłam na spacer, który wyglądał jak marsz z przeszkodami, bo musiałam przebijać się przez zaspy rudych liści. Wróciłam do domu lekko zmarznięta marząc o herbacie z sokiem malinowym w samą porę, bo kilka minut później spadł deszcz. A to niespodzianka! Deszcz w Londynie, zwłaszcza w listopadzie. Ale był to tylko przelotny deszczyk, który zostawił na niebie przepiękną tęczę. Wczorajszy deszczyk zamienił się dzisiaj w ulewę.


Tęcza zawsze była dla mnie czymś niezwykłym. Wierzyłam, że jest mostem łączącym niebo z ziemią i zawsze zwiastuje jakieś dobre wydarzenie. I nie byłam w tym wierzeniu odosobniona. W mitologii nordyckiej można znaleźć opowieść o Bifröst – płonącym tęczowym moście, który łączył ziemię, inaczej Midgard, będący światem śmiertelnych ludzi ze światem bogów Åsgard. Most pilnowany dzień i noc przez Heimdalla służył bogom do przemieszczania się pomiędzy ludzką a boską krainą. Wierzono, że na końcu świata tęczowy most runie pod ciężarem gigantów próbujących dostać się do Åsgard.


Również starożytni Grecy przypisywali tęczy nadziemską moc. Utożsamiana była z boginią o imieniu Iris, która będąc pokojówką bogini Hery, czuwała nad swoją panią i nigdy nie zasypiała gotowa na każde wezwanie. Często też powoziła złotym rydwanem Hery zaprzężonym w stado pawi. Iris posiadała parę rozłożystych tęczobarwnych skrzydeł, dzięki czemu poruszała się szybciej nawet od boskiego posłańca Hermesa, dlatego niekiedy proszona była o zejście na ziemię z wiadomością od bogów i przekazanie ludziom woli bogów i to właśnie wtedy na niebie ukazywała się tęcza, będąca pomostem pomiędzy światem ludzi i bogów. Grecy wierzyli, że podobnie jak słońce jednoczy niebo i ziemię, tak Iris łączy wyniosłych bogów z prostymi ludźmi.

W religiach dalekiego wschodu również występują bóstwa, których atrybutem jest tęcza. W starożytnych mitach chińskich można znaleźć opisy bogini Nüwa 女媧 - z głową kobiety i ciałem węża była uważana za stwórczynię rodzaju ludzkiego. Z gliny tworzyła figurki ludzi, które później wypalała w piecu, aby nie były kruche – te palone w zbyt wysokiej temperaturze stawały się czarnoskóre, a te w zbyt niskiej – rasą białą. Figurki wypalane w idealnej temperaturze nabierały żółtej barwy skóry. Wierzono również, że Nüwa naprawiła nieboskłon, który został zniszczony podczas wojny bogów. Używając kamieni w pięciu kolorach załatała szczelinę, która powstała w czasie walki – tym sposobem na niebie pojawiła się tęcza.

Hinduizm również posiada swojego boga tęczy – jest nim Indra – bóg deszczu, grzmotów i błyskawicy (w jakimś sensie można go porównać do nordyckiego Thora bądź greckiego Zeusa). W sanskrycie tęcza nazywana jest indradhanus इन्द्रधनुस्, co znaczy łuk Indry.

Co ciekawe również w chrześcijaństwie i judaizmie znajdziemy odniesienia do tęczy jako boskiego znaku. To przecież właśnie tęcza pojawiła się na niebie, kiedy wielka powódź po 40 dniach dobiegła końca, jako znak nowego przymierza pomiędzy Bogiem a ludźmi. Bóg obiecał wtedy Noemu, że nigdy więcej nie ześle na ziemię potopu, by ukarać ludzi za grzechy.

Z kolei w wierzeniach australijskich Aborygenów pojawia się tęczowy wąż Yingarna, który mieszkał głęboko pod ziemią w pobliżu studni artezyjskich. Wychodząc spod ziemi wypchał nad powierzchnię ogromne jej masy, tworząc przy tym łańcuchy wysokich gór. Tęczowy wąż uważany za wroga Słońca, dzięki swoim licznym wędrówkom napełniał również źródła i tworzył strumienie. Tym samym wierzono, że stanowi dobrodzieja i obrońcę ludzi, który jednocześnie może ukarać ich, za nieprzestrzeganie prawa zsyłając suszę.

Oczywiście chyba najlepszym z poznanych do tej pory przeze mnie wierzeń związanych z tęczą, jest ten, o garncu złota ukrytym na jej końcu przez irlandzkiego leprikona. Ktokolwiek dotrze na koniec tęczy może liczyć na sowitą nagrodę.

Z kolei starobułgarskie podania mówią, że ktokolwiek przejdzie pod tęczą zostanie odmieniony w swojej płci – mężczyzna zacznie myśleć jak kobieta, a kobieta jak mężczyzna. Może właśnie z lej legendy wywodzi się tęczowa flaga - symbol ruchu LGBT?

A na koniec jedna z moich ulubionych piosenek „Somwhere over the rainbow” w Czarnoksiężnika z Krainy Oz w wykonaniu duetu (niemożliwego) Evy Cassidy i Katie Melua. Film troszkę przydługawy, bo na początku można obejrzeć materiał o życiu i twórczości Evy, ale gorąco polecam w całości.

niedziela, 31 października 2010

Samhain

Jesień, jesień panie tego… Ostatni dzień października, dzieciaki przebrane w straszne stroje co chwilę pukają do drzwi w oczekiwaniu na treats, a ja pod kocem i z ciepłą herbatą w kubku słucham bluesa i wsączam w siebie w melancholię.

Samhain, czyli dzień gasnącego słońca to pogańskie święto będące pierwowzorem Halloween (All Hallow’s Eve), czyli wigilii Dnia Wszystkich Świętych. Według ludów celtyckich ostatni dzień października stanowił zakończenie lata i jednocześnie był ostatnim dniem w roku. W końcu października wszystkie zbiory były już zakończone, a przyroda zaczynała powoli zamierać na zimę. Wierzono, że początek jesieni to sprzyjający czas dla kostuchy, bo obumierające rośliny sprawiają, że granica pomiędzy światem żywym i umarłym robi się bardzo cienka. Samo samhain czczone było jako szczególny dzień w roku, kiedy świat materialny otwierał się niemal całkowicie na świat duchowy. Łatwo można było zostać opętanym, gdyż dusze zmarłych wracały na ziemię i szukały miejsca, gdzie mogłyby zamieszkać na kolejny rok. Ludzie przebierali się więc za śmierć lub umarłych, aby upodobnić się do krążących wokół dusz i zmylić je przed wniknięciem do nowego ciała. W pobliżu każdego domostwa palono też dwa ogniska, gdyż wierzono, że przejście pomiędzy płomieniami ognia jest oczyszczające dla domowników.

Co ciekawe amerykański zwyczaj obchodzenia Halloween zrodził się dopiero na początku XIX w., kiedy fala imigrantów z Iralndii przkazała Amerykanom swoje zwyczaje Samhaim (Irlandczycy w tym czasie od około czternastu stuleci byli już chrześcijanami). Polska – kraj tysiącletniej tradycji chrześcijańskiej właśnie adoptuje Halloween, co w przypadku dość posępnego świętowania Dnia Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznych może stać się miłym - przynajmniej dla dzieci, akcentem tego niezbyt wesołego czasu.

niedziela, 14 marca 2010

Dotyk anioła

Przeczytałam ostatnio, że katolicyzm „zapożyczył” wiarę w anioły – niematerialne istoty będące pomocnikami Boga - z Judaizmu. Co ciekawe, aniołowie lub byty im podobne występują w niemal wszystkich religiach, co według mnie jest kolejnym dowodem na to, że tak naprawdę wszyscy wierzymy w to samo - jedynie z niewielkimi różnicami, których błahość przez ludzką głupotę urasta niekiedy do rangi (pseudo)ważnego powodu do wojny religijnej. Ale nie o tym chciałam tak naprawdę pisać.

Zainteresował mnie fakt, że w Talmudzie można przeczytać o Aniele Poczęcia o imieniu Laila, który towarzyszy dziecku od samego początku jego istnienia. Anioł przez dziewięć miesięcy trzyma nad dzieckiem lampę, w której świetle przekazuje mu całą wiedzę na temat Tory. Naucza dziecko o tym co było, o tym co jest i co będzie. Dziecko dowiaduje się o tym kim jest, jakie są oczekiwania względem niego i jaką ma misje do spełnienia – słowem wszystko to, co będzie mu potrzebne do jego przyszłego życia na ziemi. Nienarodzone dziecko w łonie matki ma zdolność widzenia wszechświata w całej jego rozciągłości – ze wschodu na wschód i z północy na południe, a także rozumienia go w każdym aspekcie, od najmniejszej, fizycznej cząstki, aż do najbardziej skomplikowanych mechanizmów rządzących tymi cząstkami. Niestety w momencie narodzin, kiedy dziecko zaczyna widzieć światło dnia, Laila gasi lampę nad jego głową i kładzie mu palec na ustach, sprawiając, że w tej samej chwili dziecko zapomina o wszystkim, czego zostało nauczone. I ponoć właśnie stąd każdy z nas ma wgłębienie w górnej wardze – delikatną pamiątkę po dotyku anioła.

Zapomnienie wszystkiego, o czym powiedział dziecku anioł w łonie matki jest niezbędne do tego, aby mogło ono normalnie żyć. I choć po narodzinach nauka Tory nie jest już taka łatwa, Żydzi wierzą, że szczególny wysiłek, który człowiek wkłada w tę naukę jest spowodowany właśnie pragnieniem wypełnienia tej specyficznej pustki w pamięci.

środa, 6 stycznia 2010

Twelve Days of Christmas

To będzie chyba już ostatnia notka świąteczna, tym bardziej, że dzisiaj święto Objawienia Pańskiego, które tradycyjnie zamyka okres Świąt Bożego Narodzenia. Święto obchodzone w Kościele katolickim 6. stycznia przyjęło się potocznie nazywać świętem Trzech Króli - Kacpra, Melchiora i Baltazara, na pamiątkę złożenia darów przez tychże króli (lub jak kto woli Mędrców ze Wschodu) Dzieciątku Jezus. Okres Świat Bożego Narodzenia rozpoczyna się oficjalnie 25. grudnia, w dniu w którym obchodzimy narodziny Jezusa w Betlejem i trwa przez kolejne 12 dni, aż do 5. stycznia. Przyjmuje się, że jest to ostatni dzień roku liturgicznego w Kościele rzymsko-katolickim.

Właśnie dwunastu dniom Bożego Narodzenia poświęcona jest angielska pastorałka The Twelve Days of Christmas. Postanowiłam o niej napisać, bo odkąd usłyszałam ją w radio tuż przed świętami, aż do tej pory nie mogę przestać jej podśpiewywać pod nosem.



...On the twelfth day of Christmas,
my true love sent to me
Twelve drummers drumming,
Eleven pipers piping,
Ten lords a-leaping,
Nine ladies dancing,
Eight maids a-milking,
Seven swans a-swimming,
Six geese a-laying,
Five golden rings,
Four calling birds,
Three French hens,
Two turtle doves,
And a partridge in a pear tree!


Przypuszcza się, że ta pastorałka, której tekst po raz pierwszy został wydrukowany w Anglii w 1780 roku, powstała jeszcze w XVII w. i oryginalnie pochodzi z Francji. Wydawać by się mogło, że piosenka nie jest niczym więcej niż dziecinną wyliczanką pozbawioną większego sensu. Tylko pozornie. Biorąc pod uwagę historię Anglii, można śmiało powiedzieć, że począwszy od XVI w. katolicyzm i sami katolicy angielscy byli mocno szykanowani, co zmuszało ich do ukrywania swojej wiary. I właśnie The Twelve Days of Christmas jest zakamuflowaną pomocą małym katolikom w poznawaniu i zapamiętywaniu najważniejszych prawd ich wiary.

My true love, czyli moja Prawdziwa Miłość, to sam Bóg, który zsyła podarki każdemu ze swoich dzieci, czyli wszystkim wierzącym i ochrzczonym:
1. A partridge in a pear tree (kuropatwa na gruszy) to Jezus Chrystus na krzyżu, 2. Two turtle doves (dwie turkawki) – Stary i Nowy Testament, 3. Three French hens (trzy francuskie kury) – trzy Cnoty Teologiczne: Wiara, Nadzieja i Miłość, 4. Four calling birds (cztery śpiewające ptaki) – cztery Ewangelie, 5. Five golden rings (pięć złotych pierścieni) – pięć pierwszych ksiąg Starego Testamentu, tzw. Pięcioksiąg, 6. Six geese a-laying (sześć gęsi znoszących jaja) – sześć dni stworzenia świata, 7. Seven swans a-swimming (siedem pływających łabędzi) – siedem darów Ducha Świętego, 8. Eight maids a-milking (osiem mleczarek) – Osiem Błogosławieństw, 9. Nine ladies dancing (dziewięć tańczących panien) – dziewięć Owoców Ducha Świętego, 10. Ten lords a-leaping (dziesięciu skaczących władców) – Dziesięć Przykazań Bożych, 11. Eleven pipers piping (jedenastu grajków grających na dudach) – jedenastu wiernych apostołów, 12. Twelve drummers drumming (dwunastu bębniących muzyków) – dwanaście Prawd Wiary zawartych w Składzie Apostolskim.

Z własnego doświadczenia wnioskuję, że piosenka spełniała swoją funkcję dzięki łatwo wpadającej w ucho melodii (gorzej z wypadaniem w moim przypadku…) i ciągłe powtarzanie wersów. Już po trzecim wykonaniu w duecie z panem z radia znałam ją na pamięć.

A na deser wykonanie The Twelve Days of Christmas przez Straight No Chaser. Panowie są boscy. I już chyba wiem, skąd Audiofeels czerpali natchnienie...

sobota, 12 września 2009

Jesus Dress Up!

Dzieciństwo w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia było doświadczeniem, które w niesamowity sposób rozwinęło moją wyobraźnię. Z rozrzewnieniem wspominam zakładanie rajstop na głowę i udawanie, że jestem księżniczką z pięknymi długimi warkoczami albo wyszukiwanie kolorowych odłamków szkła, które stanowiły „chińską porcelanę” w czasie zabawy w dom w krzakach rosnących na podwórku przed blokiem. Było też lepienie ludzików z plasteliny o nienaturalnie wielkich głowach i rysowanie laurek ozdabianych kulfoniastymi najlepszymi życzeniami. W tym wszystkim nie można zapominać o papierowych laleczkach, które można było do woli przebierać w najprzeróżniejsze stroje, wycinane z gotowych szablonów lub robione samodzielnie z papieru kolorowego.

Pomysł na przebieranie płaskiej lalki został lekko zmodyfikowany i wykorzystany do wyprodukowania serii magnesów na lodówkę, dzięki którym każdy użytkownik kuchni może upiększyć nudne w wyglądzie sprzęty AGD według własnego upodobania. Choć w zasadzie nie ma w tym nic niezwykłego – wszak magnesy dość często zdobią lodówki w wielu domach – to te, o których mowa, są dziełem amerykańskiego artysty o pseudonimie Normal Bob Smith, który znany jest ze swojego dość szyderczego podejścia do chrześcijaństwa i symboli z nim związanych. W tym przypadku laleczką do przebierania jest ukrzyżowany Jesus Chrystus, a jego stroje możemy wybierać spośród sześciu zestawów: Final Justice, Original, Superstar, Christmass, Halloween i BDSM.



Tak więc Jezus może zostać ubrany m.in. w strój teletubisia, Elvisa Presleya, seksownej pielęgniarki, czarodzieja Merlina lub jak kto woli skrzata św. Mikołaja. Titulum na krzyżu można natomiast zamienić na XMAS, TGIF (ang. dzięki Bogu już piątek) lub No Pain No Gain.

Normal Bob Smith, który jest jednocześnie grafikiem i pisarzem, zachęcony sukcesem komercyjnym magnesów, w 2000 roku udostępnił w internecie darmową grę Jesus Dress Up!, która od samego początku istnienia cieszyła się dużą popularnością liczoną w milionach odsłon miesięcznie. Gra online oferuje więcej możliwości przebierania Jezusa niż magnesy – możemy dodatkowo wybierać spośród postaci z Gwiezdnych Wojen lub z bohaterów książki Czarnoksiężnik z krainy Oz. Zastanawiające jest to, że niemal identyczna zabawa – tym razem w przebieranie siedzącego na osiołku Mahometa – nie może się pochwalić podobnym osiągnięciem.

W Polsce o Jesus Dress Up! zrobiło się głośno w październiku ubiegłego roku, kiedy w kioskach pojawiło się specjalne wydanie miesięcznika Focus. W numerze w całości poświęconemu religii katolickiej i jej różnym aspektom zamieszczono charakterystyczny dla gry wizerunek Jezusa, oczywiście w otoczeniu różnego rodzaju strojów, w które można go ubrać. Wywołało to burzę medialną.
Do Rady Etyki Mediów został wystosowany protest o treści: Wszystko to ukazało się w dniach, w których wielu Polaków wspomina 30. rocznicę wyboru Jana Pawła II na głowę Kościoła katolickiego. Jesteśmy oburzeni takim podejściem do osoby Jezusa Chrystusa. Jesteśmy oburzeni pogardą i nietolerancją wobec wszystkich ludzi, dla których Jezus Chrystus jest Bogiem i Zbawcą. Protest podpisali m.in. Wojciech Cejrowski, ks. Marek Gancarczyk i Jan Pospieszalski.

środa, 19 sierpnia 2009

Sznur modlitewny cz. I

Nie bardzo pamiętam moją Babcię Jancię, bo miałam zaledwie siedem lat, kiedy odeszła, ale jedno, co zawsze mi się z nią kojarzy, to różaniec. Zrobiony z drzewa różanego, srebrno – bordowy i pachnący w charakterystyczny sposób. Schowany w szufladzie przenosił swój zapach na wszystko, co znajdowało się obok niego, nawet jeszcze długo po śmierci Babci. Może właśnie przez Babcię traktuję różaniec jako przedmiot o szczególnej mocy, zwłaszcza w momentach kryzysowych, kiedy słabnie moje poczucie bezpieczeństwa i potrzeba mi wewnętrznego wyciszenia i ukojenia myśli.

Historia różańca sięga daleko jeszcze przed pojawieniem się chrześcijaństwa. Brytyjski archeolog sir Austen Henry Layard w 1849r. szukając śladów starożytnego miasta Niniwy na terenie dzisiejszego Iraku, znalazł datowaną na VIII lub IX wiek przed Chrystusem figurkę kobiety trzymającej w ręce coś na kształt różańca.
Sznurki z zaplecionym węzełkami lub nanizanymi paciorkami, które pomagają w odmawianiu modlitwy lub w medytacji, w czasie której powtarza się cyklicznie pewne wyrażenia, wykorzystywane są na całym świecie przez wyznawców różnych religii.

MALA

Jednym z najbardziej znanych sznurów modlitewnych jest mala (japa mala) używana w religiach dalekiego wschodu – buddyzmie i hinduizmie. Mala liczy 108 koralików, co według buddyzmu Therawady – najbardziej ortodoksyjnego odłamu tej religii – odpowiada stu ośmiu emocjom: 36 odnoszącym się do przeszłości, 36 odnoszącym się do teraźniejszości i 36 odnoszącym się do przyszłości. „Czym jest trzydzieści sześć uczuć? Jest to sześć uczuć zadowolenia oparte na rodzinnym życiu i sześć opartych na wyrzeczeniu; sześć uczuć zmartwień opartych na życiu rodzinnym i sześć na wyrzeczeniu; sześć uczuć opanowania opartych na życiu rodzinnym i sześć na wyrzeczeniu”.

108 to dla buddystów również szczególna liczba w innym kontekście, bo właśnie tyle spisano tomów nauk Buddy (tzw. Kandziur, bka'-'gyur). 108 to także liczba doskonałych cech Budy oraz liczba splamień (klesha), które przeszkadzają w osiągnięciu stanu Buddy, a pozbywa się ich podczas medytacji z wykorzystaniem mali.

Bardzo często spotyka się male z dołączonymi do nich tzw. licznikami modlitw, które składają się z dwóch części i jak sama nazwa wskazuje służą do odliczania recytowanych mantr. Obie części składają się z 10 koralików przesuwanych na sznureczku, z czego jeden zakończony jest małą dorje (vajrą) i służy do odkładania kolejnych setek, a drugi dzwoneczkiem, który pomaga zliczać kolejne tysiące (sic! Niekiedy mantrę recytuje się 100000 razy!).

Dorje, inaczej diament, piorun to męski symbol, tego co niewzruszone, niezniszczalne, oznacza aktywność poprzez „zręczne metody”, natomiast dzwonek symbolizuje żeńskie właściwości – mądrość, przestrzeń i pustkę. Dzwonek i dorje stanowią uzupełnienie, tak jak uzupełniają się pierwiastek męski i żeński, razem symbolizują oświecony umysł.

W czasie odmawiania mantr ważne jest, aby odnosząc się do określonego bóstwa, wyrecytować odpowiednią ich liczbę. Nie bez znaczenia jest też wybór mali, a dokładniej materiału, z którego zrobione są koraliki i ich kolor. Ich wygląd powinien odpowiadać danemu bóstwu, np. niebieski Lapis lazuli jest symbolem mądrości i wiąże się go z Baiszadżjaguru – Buddą uzdrowicielem.

Mala licząca 108 (plus 1) koralików jest również używana przez wyznawców hinduizmu. Podobnie jak w buddyzmie liczba 108 ma szczególne znaczenie, choćby ze względu na 54 litery alfabetu sanskryckiego, z których każda ma swoją odmianę męską (śiwa) i żeńską (śakti), co razem daje właśnie 108. Liczba ta odpowiada także ilości kanonicznych Upaniszad, pochodzących z VIII – III w.p.n.e filozoficzno-religijnych tekstów należących do wedyjskiego objawienia; liczbie imion boskich, liczbie partnerek Kryszny zwanych Gopi, rodzajom rytualnych powitań słońca w Hatha Jodze oraz liczbie świętych miejsc. Pewna legenda mówi, że początkowo Śiwa nie był uważany za równego Wisznu i Brahmie. Dopiero po przedstawieniu im 108 form tańca mógł zostać z nimi zrównany.

W powszechnym użyciu przez wyznawców zarówno buddyzmu jak i hinduizmu są male z mniejszą liczbą koralików – 18, 27 – zawsze jednak jest to wielokrotność dziewiątki (dodatkowy jeden koralik nie jest wliczany). Popularne są male noszone na nadgarstkach jako bransoletki i pozwalają na dyskretną modlitwę/medytację prawie w każdym miejscu. Podobnie liczącą 28 paciorków malę używają dżiniści do odmawiania niektórych modlitw.

RUDRAKSZA

Szczególnym rodzajem mali jest rudraksza (rudrāksa), sznur modlitewny z nawleczonymi brązowymi pestkami rośliny Elaeocarpus ganitrus roxburgii. Według legendy rudraksza, która wydaje niebieskie owoce, wyrosła z łez Śiwy i stąd też wywodzi się jej nazwa: Rudra – jedno z imion Śiwy i akśa – łza. Pestki tej rośliny mogą różnić się między sobą liczbą segmentów, co jest ważną cechą przy wyborze ich do tworzenia mali. Ponieważ rudraksza używana jest przede wszystkim przez wyznawców śiwaizmu, najchętniej wykorzystuje się pestki o pięciu segmentach, które symbolizują pięć twarzy Śiwy. Ciekawostką jest to, że Elaeocarpus ganitrus od dawna była używana jako roślina lecznicza, korzystnie wpływająca na układ krążenia i układ nerwowy ze względu na jej elektromagnetyczne właściwości.