Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasta. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 kwietnia 2014

Rzymskie wakacje Dzień #1


Moje rzymskie wakacje zaczęły się dość niefortunnie – opóźnionym wylotem z lotniska London-Luton. Gęsta mgła nie pozwalała nam na odlot i zamiast planowanego startu o 6.25 rano, mój samolot wzbił się w powietrze dopiero dwie godziny później. Przyjęłam tę zmianę ze stoickim spokojem i postanowiłam wykorzystać te dwie godziny na drzemkę, bo w nocy spałam jedynie 2h (byłam tak podekscytowana wyjazdem, że udało mi się zasnąć dopiero około 23.30, a budzik miałam nastawiony już na 1.30, aby bez problemu zdążyć na lotnisko…) Lot trwał niewiele ponad dwie godziny i tuż przed południem wylądowaliśmy na Fiumicino airport. Przywitała nas cudowna, słoneczna pogoda – bardzo miła odmiana po chłodnym, zamglonym Londynie.

Odprawa paszportowa, odbiór bagażu, a później kolejka do punku informacyjnego, gdzie odbierałam swoją kartę Roma Pass – wszystko to sprawiło, że 45 minut później nadal tkwiłam na lotnisku, mocno już zmęczona i lekko zagubiona. Dodatkowo mój rzymski host Sergio wysłał mi kilka smsów where are you? i zestresował mnie lekko stwierdzeniem, że o godzinie 14 musi wyjść i wróci dopiero wieczorem. Wzięłam się zatem w garść i w podskokach udałam się na dworzec kolejowy. Po ekspresowym zakupie biletu i naganie wzrokowej, której udzieliłam parze turystów, którzy usiłowali wcisnąć się w kolejkę przede mną, wskoczyłam do pociągu (nie wiedziałam, że bilet należy skasować po przejściu przez bramkę, więc całe szczęście, że akurat konduktor zrezygnował ze sprawdzania biletów) i odjechałam w stronę centrum Rzymu.

Na stacji Trastevere przesiadłam się do innej linii i już po kilku minutach jazdy byłam na mojej docelowej stacji Roma San Pietro. Oczywiście nie było to wszystko takie łatwe, bo nie do końca było dla mnie jasne, na który peron mam się udać i czy bilet, który mam uprawnia mnie do dalszej jazdy. Dodatkowo, już na mojej stacji docelowej okazało się, że Google maps w telefonie nie działa nawet po włączeniu lokalizacji GPS, a moja papierowa mapa akurat w tym rejonie ma legendę. Z pomocą przyszedł mój przyjaciel Sebastian, który po krótkiej rozmowie telefonicznej, litościwie wysłał mi smsem directions ze stacji na adres, gdzie mieścił się mój hotel. Dotarłam tam po ok. 15 minutach, spocona i mocno zestresowana, jednak Sergio czekał na mnie w oknie i kiedy zdezorientowana stałam na środku ulicy zastanawiając się, w którą stronę mam iść, krzyknął przyjaźnie moje imię i zaczął machać. Wydaje mi się, że oboje odczuliśmy podobną ulgę, że w końcu dotarłam na miejsce!

Sergio okazał się bardzo miłym, zrelaksowanym człowiekiem, który dal mi klucze do pokoju, pokazałam kuchnię i łazienkę i życząc miłego dnia, szybko wyszedł na zaplanowane spotkanie, zostawiając mnie samą w swoim mieszkaniu. Mieszkaniu – bo moje zarezerwowane Bed&Breakfast okazało się zwykłym trzypokojowym mieszaniem, gdzie jeden pokój zajmował właściciel, a dwa pozostałe były wynajmowane turystom. Takim jak ja. Mój pokój był sporą jedynką, natomiast drugi (double), akurat był pusty i to nie zmieniło się aż do końca mojego pobytu, wiec przez 6 dni byliśmy tylko ja i Sergio.

Po szybkim odświeżeniu się i krótkim odpoczynku postanowiłam poznać okolicę i wykorzystać moją Roma Pass na udanie się do centrum. Wsiadłam w pierwszy autobus, który nadjechał (zapamiętałam jak nazywa się mój „domowy” przystanek) i dałam się porwać w siną dal. Dal wcale nie była sina, tylko cudownie błękito-biało-pomarańczowa i znajdowała się 25 minut jazdy autobusem na Piazza Venezia.


Zostałam uderzona w głowę feerią kolorów i całą skalą dźwięków, jakie może wydawać z siebie tętniące życiem, zatłoczone miasto. Dodatkowo pierwszym budynkiem, jaki zobaczyłam po wyjściu z autobusu było monumentalne Il Vittoriano, czyli Ołtarz Ojczyzny (Altare della Patria) muzeum/pomnik, który powstał na początku XX wieku dla uczczenia zjednoczenia Włoch. Niesamowita, zapierająca dech w piersiach marmurowa budowla, choć nieszczególnie lubiana przez Włochów, ponieważ pochłonęła mnóstwo państwowych pieniędzy, a przede wszystkim w czasie prac konstrukcyjnych, została zniszczona część wzgórza kapitolińskiego. O czym osobiście mogłam przekonać się niemal natychmiast po skierowaniu się na prawo, gdzie ni tego ni z owego miałam okazję zobaczyć ruiny starego muru z półkolistą wnęką ozdobioną freskiem przedstawiającym pochówek Jezusa. Mur z wnęką stanowi pozostałość kościoła pochodzącego z II w.
 

W lekkim oszołomieniu spowodowanym tak bliskim zderzeniem z żywą historią, wspięłam się schodami na szczyt Kapitolu (jednym z siedmiu wzgórz, na których zbudowane jest Wieczne Miasto), gdzie znajduje się Piazza del Campidoglio z centralnie ustawionym pomnikiem Marka Aureliusza, który wita odwiedzających Palazzo Senaorio. Ciekawostką jest to, że obecny wygląd placu zawdzięczamy Michałowi Aniołowi, który m.in. zmienił orientację budynków, tak aby ich front ustawiony był w stronę Watykanu, a nie starego Forum jak to miało miejsce jeszcze w czasach Renesansu.

 
Przecięłam plac uśmiechając się zalotnie do Marka Aureliusza i ruszyłam za wycieczką kierującą się gęsiego na lewo, gdzie na stanęłam oko w oko z wilczycą karmiącą dwóch chłopców (no dobrze, oko w oko to za dużo powiedziane, bo rzeźba stała na wysokim cokole). Wilczyca Kapitolińska to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Rzymu. Według legendy, to ona wykarmiła i wychowała Remusa i jego brata bliźniaka Romulusa, który był założycielem i pierwszym władcą Rzymu. 

 
Wyminęłam wilczycę i stanęłam przed oszałamiającym widokiem – Foro Romano i Palatyn w ciepłym świetle zachodzącego już lekko słońca. Szczerze mówiąc to była jedna z tych chwil w życiu, kiedy poczułam totalne wzruszenie spowodowane tym, że było mi dane znaleźć się w miejscu, o którym czytałam, uczyłam się i pragnęłam zobaczyć na własne oczy i w końcu się udało. O wycieczce do Rzymu naprawdę marzyłam już od wielu lat. Trzy lata temu byłam bardzo blisko zrealizowania tego marzenia – miałam już kupione bilety na samolot, zarezerwowany hotel i przewodnik z zaznaczonymi miejscami, które musze koniecznie odwiedzić będąc w Rzymie. Niestety w ostatniej chwil musiałam odwołać wyjazd i mój przewodnik przeleżał na półce trzy lata. Więc w to konkretnie popołudnie, kiedy stałam na tarasie widokowym oglądając ruiny najstarszego placu we Włoszech, czułam jak wzruszenie formuje się w niewielką gulkę w gardle. Stałam w miejscu, gdzie narodziła się zachodnia cywilizacja. Gdzie być może dwa tysiące lat wcześniej przechadzał się Juliusz Cezar? Gdzie być może Kaligula wpadł na pomysł powierzenia stanowiska senatora swojemu koniowi? Gdzie Marek Antoniusz rozmyślał o ponętnym ciele Kleopatry?...

 
 
 
 

poniedziałek, 20 stycznia 2014

3/52 "Podróż do miasta świateł, tom II. Rose de Vallenord" Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Tytuł: Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord.
Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: październik
2013

Drugi tom opowieści o losach polskiej malarki Róży Wolskiej oraz o Ninie - współczesnej studentce historii sztukii, która odkrywa, kto stoi za kradzieżami obrazów tej pierwszej.

Małgorzata Gutowowska-Adamczyk napisała cudowną książkę. Kolejną po trylogii Cukiernia pod Amorem, choć bardzo podobną - nie tylko w formie, gdzie rozdziały poświęcone przeszłości splatają się z rozdziałami, w których akcja rozgrywa się współcześnie; ale również pod względem występujących postaci, których mieliśmy okazję poznać właśnie w cukierni. Niemniej obie książki można czytać osobno, bo akcja Podróży do miasta świateł tylko luźno nawiązuje do Cukeirni pod Amorem.
W pierwszym tomie Cukierni poznajemy Tomasza Zajezierskiego, pana na Zajezierzycach, gdzie w pewnym momencie pojawia się również malarka Róża Wolska. Róża maluje przepiękny portret Tomasza i podarowuje go swojemu modelowi w prezencie. Portret Tomasza Zajezierskiego pozostaje w nietkniętym stanie przez wiele lat, również przez okres obu wojen, aż w końcu trafia na swoje właściwe miejsce - do głównego halu dworku w Zajezierzycach, aktualnie przekształconego w hotel przez praprapra-wnuka Tomasza - Xaviera Toroszyna. Xavier i jego żona Iga dowiadując się, że obrazy Róży Wolskiej znikają w dziwnych okolicznościach z muzeów rozsianych po całym świecie, postanawiąją zatrudnić Ninę - studentkę historii sztuki, aby ta dowiedziała się kto i dlaczego kradnie obrazy.

Historia raczej nieszczęsliwych losów Róży przeplata się z opowieściami o losach współczesnych bohaterów. Genialne opisy XIX i XX-wiecznego  Paryża. Ciekawi bohaterowie, którzy jak najbardziej wydają się realni, bo ich problemy nie są wydumane. Lekki styl, wciągająca intryga, dość nieoczekiwane zakończenie. Wszystko to sprawia, że książkę naprawdę warto przeczytać. 9/10.

sobota, 9 marca 2013

Grabex Cooltura Festival 2013

W sobotę miałam okazję być na koncercie zorganizowanym przez tygodnik Cooltura. I było to bardzo udane wyjście!

Przede wszystkim chciałam zobaczyć i usłyszeć na żywo klasykę polskiej sceny muzycznej - zespół Kombii, bo wcześniej nie miałam okazji. Drugim powodem była grupa Enej, która swoim hitem Radio Hello bardzo przypadła mi do gustu (uwielbiam połączenie rocka z folkiem). Na deser natomiast dorzucono zespół czterech braci Szczepanik - Pectus, o której owszem - zdarzyło mi się słyszeć, ale jakoś nie podchodziłam do ich muzyki z większym entuzjazmem. A tu proszę - niespodzianka. Pectus, który otworzył koncert okazał się grać bardzo przyjemną dla ucha muzykę disco-love. Rozkołysali publiczność zgromadzoną w Sheperd's Bush O2 Empire bardzo szybko, dając pozostałym zespołom niemal dwa tysiące rozgrzanych gardeł i rozochoconych klaszczących rąk. Jako drugi zagrał Enej - i tu również niespodzianka, ale już nie tak przyjemna - owszem, ich muzyka jest bardzo energetyczna, ale... ciągle taka sama. Wszystkie piosenki na jedno kopyto. O ile dwa, czy trzy utwory przyjęłam z radością, tak kolejne okazały się lekko męczące.

Na koniec wystąpił Grzegorz Skawiński z Kombii. Cudowni po prostu. Świetny głos, rewelacyjna muzyka i tłum, który śpiewał razem z liderem. Bosko po prostu. Zdecydowanie warto było.


sobota, 24 listopada 2012

The BodyGuard Musical


Miałam dzisiaj okazję oglądać przedstawienie musicalowe jednego z największych hitów kinowych lat 90. - The Bodyguard.

Któż nie pamięta historii pięknej piosenkarki Rachel Maroon, w którą wcieliła się Whitney Houston, bożyszcze muzyczne lat 80. i 90. oraz jej wiernego ochroniarza Franka, w tej roli Kevin Costner...? Jako nastolatka płakałam na tym filmie rzewnymi łzami, kochałam Franka i podziwiałam za jego odwagę i oddanie. A do tego ścieżka dźwiękowa filmu, która przyprawiała mnie o dreszcze. Nawet teraz słuchając I will always love you albo I have nothing w wykonaniu Whitney czuję przyjemne mrowienie na karku.

Zapewne nie bez znaczenia jest fakt, że musical wystawiono w tym samym roku, w którym odeszła Whitney. Być może jako hołd złożony królowej popu, która niezaprzeczalnie była. Bez względu jednak na powody, którymi kierowali się twórcy musicalu, muszę przyznać, że udało im się stworzyć prawdziwy hit, który będzie gościł na West Endzie długi czas. Piękne kreacje gwiazdy filmowej i sceny muzycznej, ciekawe dekoracje i rozwiązania sceniczne, ale przede wszystkim - fantastyczna grupa artystów, których śpiew i taniec sprawił, że miałam naprawdę wyjątkowe popołudnie. Polecam każdemu, kto ma okazję być w Londynie i lubi musicale. Warto!



niedziela, 11 listopada 2012

Książkowa niedziela XLV: "Rivers Of London" B.Aaronovitch


Tytuł: Rivers Of London
Autor: 
Wydawnictwo: The Orion Publishing Group
Data wydania: 25 sierpnia 2011

Rivers Of London to książka, na którą ostrzyłam sobie zęby już od dłuższego czasu, ale zawsze było coś innego do przeczytania. Nie pomagało wcale to, że w moim cyklu czytelniczym mam zazwyczaj 2-3 książki, więc ich przemiał jest dość powolny. Niemniej jednak, kiedy już się za nią zabrałam, poszło wyjątkowo gładko, pomimo iż czytałam w języku angielskim, a to zawsze trwa trochę dłużej, niż przy książce polskojęzycznej.

Rivers Of London to nie przewodnik po rzekach Londynu i jego okolicach, jak można by się było spodziewać po tytule, ale pasjonująca powieść sensacyjno-fantastyczna. Jest niej wszystko to, co lubię najbardziej. Niecodzienne morderstwo i młody policjant pracujący nad sprawą jego wyjaśnienia. Wszystko to dzieje się w Londynie, w miejscach znanych mi lepiej lub gorzej. Uwielbiam czytać powieści, których akcja rozgrywa się w miastach, które choć trochę znam. Może dlatego tak mi przypadł do gustu Kacer Ryx i jego XVI-wieczny Kraków, Eberhard Mock i jego przedwojenny Wrocław, a teraz Peter Grant i jego współczesny Londyn - miasto, które stało się moim domem.

Peter to młody funkcjonariusz policji,który po odbyciu obowiązkowego szkolenia i terminu w jednostce "krawężnikowej", zostaje przydzielony do mało ekscytującego wydziału Case Progression Unit, gdzie głównym zajęciem jest wypełnianie papierkowej roboty. Zanim jednak rozpoczyna swój przydział, wraz ze swoją partnerką Lesley zostaje wezwany do obstawienia miejsca dość niecodziennej zbrodni - zabójstwa przez obcięcie głowy mieczem. Krótko po tym, na jednym z nocnych patroli spotyka ducha, który zdaje się mieć informacje na temat popełnionego morderstwa. Spotkanie z duchem - Nicholasem Wallpenny, który początkowo wydaje się Peterowi jedynie przewidzeniem, jest początkiem jego kariery policyjnej w wydziale, o którego istnieniu nie miał wcześniej pojęcia. Tym samym staje pierwszym od pięćdziesięciu lat uczniem detektywa/inspektora/czarodzieja Thomasa Nightingale.

Peter nie tylko zaczyna uczyć się używać magii, ale dowiaduje się o istnieniu istot, które żyją tuż obok ludzi, a którzy zdecydowanie ludźmi nie są. Ot choćby bogowie i boginie rzek i strumieni - Mamma Thames wraz z córkami oraz Father Thames i jego synowie, którzy toczą walkę o wpływy na Tamizie. Pogodzenie ich to jedno z zadań, jakich podejmuje się młody policjant-czarodziej, oczywiście oprócz rozwiązania sprawy bezgłowych zwłok znalezionych przy katedrze St. Paul.

Książkę czytało się lekko, łatwo i przyjemnie, choć z pewnym takim niedosytem. Miałam wrażenie, jakby autor miał jeszcze wiele pomysłów w zanadrzu, ale postanowił ich nie wykorzystywać z jakiegoś powodu. Może Rivers Of London to tylko przystawka w czterodaniowym posiłku? Do tej pory wydane zostały trzy powieści, a czwarta w przygotowaniu... Zacieram ręce i ostrzę pazurki. 7/10



Już zupełnie abstrahując do treści książki, zwracam uwagę na okładki powieści - jak dla mnie majstersztyk.



niedziela, 21 października 2012

Książkowa niedziela XLII: "McDusia" M. Musierowicz


Tytuł: McDusia
Autor: Małgorzata Musierowicz
Wydawnictwo: Akapit Press
Data wydania: 03 października 2012

Trudno jest recenzować książkę, kiedy nie ma się za grosz obiektywizmu względem autora. Małgorzata Musierowicz jako autorka książek dla dorastających panienek (wiem, że pisze również bajki dla dzieci, ale tę cześć jej dorobku literackiego omijam) towarzyszy mi odkąd skończyłam 11 lat. Oczywiście nasza znajomość była bardziej intensywna, kiedy byłam młodsza, ale i teraz z niekłamaną przyjemnością sięgam po jej książki. Już nawet nie pamiętam ile razy czytałam Szóstą klepkę czy Kwiat kalafiora - moje najulubieńsze tomy Jeżycjady (bo tak nazywa się seria, od poznańskiej dzielnicy Jeżyce, gdzie mieszkają bohaterowie książek). Przywilej posiadania starszej o 5 lat siostry wiązał się z tym, że nie musiałam chodzić do biblioteki po książki pani Musierowicz, wystarczyło tylko sięgnąć na regał po jeden z zaczytanych woluminów. A miałyśmy ich wtedy dziewięć, aż do Dziecka piątku włącznie. Wszystkie dziewięć (plus Małomówny i rodzina) zostały przeczytane od deski do deski po kilkakroć, co fajniejsze akapity podkreślone kolorową kredka, a same strony starannie wypaćkane a to czekoladą, a to tłustym sosem w zależności, co aktualnie spożywałyśmy przy czytaniu. Dlatego też pierwsze dziewięć tomów cyklu to dla mnie "stare" części, a cała reszta, to już "nowe", na których wydanie musiałam czekać.

Wszystkie książki w serii napisane są według podobnego schematu. Koncentrują się na życiu jednej nastoletniej bohaterki, która typowo dla tego wieku przeżywa pierwsze rozterki miłosne i egzystencjalne w ogóle. Tłem są aktualne wydarzenia polityczne kraju oraz życie codzienne Poznania.

Rdzeń Jeżycjady stanowi rodzina Borejków i to wokół nich toczy się większość historii przedstawionych w książkach. Tak jest też w przypadku McDusi. Tytułowa Magdusia Ogorzałkówna to jedna z córek bliźniaczek Kreski (głównej bohaterki Opium w rosole). Przyjeżdża do Poznania z dość smutną misją uporządkowania mieszkania swoje zmarłego pradziadka - profesora Dmuchawca. Magdusia trafia na kilka tygodni pod skrzydła Borejków i niespodziewanie dla siebie samej, zakochuje się. Nie wiadomo, czy działa ciepło i urok samych Borejków, czy magia zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia, czy może romantyczna aura ślubu Laury i Adama. A może wszystko naraz?

Książkę czytało mi się naprawdę dobrze. Musierowicz miewała słabsze pozycje, ale McDusia, jak i poprzedzająca ją Sprężyna należą do lepszych części cyklu. Oczywiście nie jest to literatura wysokich lotów i nie uniknęła typowego dla autorki dydaktyzmu (choć w tym przypadku niezbyt nachalnego), ale w świecie sagi Twilight i cyklu Hunger Games to miła odmiana. Balsam dla serca osoby tęskniącej za ciepłą, kochająca się rodziną. 7/10





niedziela, 11 marca 2012

Książkowa niedziela X: "Call The Midwife: A True Story Of The East End In The 1950s" J. Worth

Tytuł: Call The Midwife: A True Story Of The East End In The 1950s
Autor: Jennifer Worth
Wydawnictwo: Phoenix
Data wydania: 06 marca 2008

Call the Midwife autorstwa Jennifer Worth robi obecnie furorę w Wielkiej Brytanii za sprawą mini serialu BBC nakręconego na podstawie książki. Ja sama również sięgnęłam po nią właśnie po obejrzeniu pierwszego odcinka i zarówno książka, jak i serial zawładnęły mną totalnie na kilkanaście dni. Zaledwie kilkanaście, bo książka była rewelacyjna i czytało się ją z prawdziwą przyjemnością, a jaka wiadomo, wszystko co dobre szybko się kończy.

Nie przypuszczałam, że literatura z pogranicza faktu tak bardzo przypadnie mi do gustu. Nie jest to typowe czytadło, z romansem w tle i zdecydowanym happy endem. Jest to bardziej kronika z lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia, opisująca codzienne życie biednych ludzi mieszkających w jednej z najpodlejszych w tamtych czasach dzielnicy Londynu. Kronika pisana trochę stronniczo, bo wydarzenia w książce opisywane są przez młodą położną, która wychowywała się w zupełnie innych warunkach. Jak autorka sama przyznaje, nie spodziewała się, że ludzie mogą żyć w takich warunkach, gdzie brud, bieda, ciasnota są na porządku dziennym. Ludzie z londyńskich doków, nie tylko przywykli do takiego życia, oni zwyczajnie nie znają innego. Mężczyźni ciężko pracują fizycznie, kobiety na ogół zajmują się domem i dziećmi. A dzieci zazwyczaj cała gromadka, ściśnięta w maleńkich domach i mieszkaniach, raczej nie może cieszyć się spokojnym, beztroskim dzieciństwem. Od najmłodszych lat, każdy ma swoje obowiązki – a to pomaganie w domu, a to opieka nad młodszym rodzeństwem, a nawet praca na pełną zmianę w przypadku nastolatków. Wydawać by się mogło, że ci ludzie musieli być bardzo nieszczęśliwi. Ale to nie prawda. Żyło się im ciężko, ale dawali sobie radę. Poza tym poczucie przynależności do pewnej społeczności było niesamowicie silne, dodatkowo potęgowane przez odmianę slangową języka angielskiego - cockney, zrozumiałą tylko dla ludzi, którzy wychowali się w na londyńskim East Endzie.

W tym wszystkim grupa sióstr i pielęgniarek położnych, które swoją codzienną pracą służyły tej społeczności. Bezwzględny szacunek i posłuch, nawet od największych zakapiorów w dzielnicy. Cud narodzin, a jednak zwykła codzienność – bo nie można zapominać, ze zarówno prezerwatywy, jak i pigułki antykoncepcyjne nie były wtedy w powszechnym użyciu. Wszystko to składa się na niesamowitą książkę, jedną z tych, które pamięta się bardzo długo – dla mnie tym ważniejszą, że opisującą tę część Londynu, w której zamieszkałam zaraz po przyjeździe do UK. Oczywiście Docklands lat 50. ubiegłego wieku i Docklands teraz to zupełnie dwa różne miejsca, ale czytanie o tych okolicach, które dobrze znam, o ulicach, którymi spacerowałam niemal każdego dnia wywołało dodatkowe wzruszenie. Polecam gorąco – i książkę i serial. 9/10

niedziela, 4 marca 2012

Książkowa niedziela IX: "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" M.V. Llosa

Tytuł: Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki
Autor: Mario Vargas Llosa
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: wrzesień 2007

„Z kim tak ci będzie źle jak ze mną,
Przez kogo stracisz tyle szans każdego dnia,
Kto blady świt, noce bezsenne
Tak ci zatruje, jak ja?!”


Książka pisarza iberoamerykańskiego, a jak ulał pasuje do jej opisu tekst polskiej piosenki sprzed 20 lat śpiewanej przez Kalinę Jędrusik. Widać miłość nie zmienia się ani z czasem, ani z miejscem.
Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki to moje pierwsze spotkanie z prozą Llosy i musze stwierdzić, że bardzo udane. Książką wciągnęła mnie niesamowicie i nie wiem, czy bardziej dlatego, że zafascynowała mnie postać niegrzecznej dziewczynki, czy dlatego, że postać grzecznego chłopczyka wzbudziła we mnie dziwną mieszankę współczucia, zazdrości i dumy.

Szelmostwa
... to przede wszystkim książka o miłości. Miłości trudnej, niespełnionej i trwającej całe życie. Współczesne wydarzenia polityczne w Ameryce Łacińskiej i Europie oraz miasta, w których spotykają się główni bohaterowie są tylko tłem dla opowieści o uczucia Ricarda do niegrzecznej dziewczynki. Lima, Paryż, Londyn, Tokio – każde z tych wielkich miast stanowi nowy rozdział w historii miłości Ricarda do kobiety, która zawładnęła jego życiem całkowicie, ale nie stało by się to, gdyby jej na to nie pozwolił. Ricardo poznaje Chilijeczkę jako kilkunastoletni chłopak, zakochuje się w niej i darzy czystym, wiernym uczuciem przez kolejne 50 lat, choć ta wykorzystuje jego przywiązanie i dobroć na wszystkie możliwe sposoby. Typowa femme fatale, która dla swoich kaprysów zrobi wszystko, nie zważając na uczucie jedynego mężczyzny, który kiedykolwiek naprawdę ją kochał.

Książka bez wątpienia jest dobrym przykładem tego, że nie wystarczy kochać i dawać z siebie wszystko, by dostać to samo w zamian. Taki lajf. Ciekawe jest to, że według mnie Ricardito doskonale zdawał sobie sprawę, z jaką okropną osoba ma do czynienia i że ona nigdy nie odwzajemni jego uczuć, ale przez całe życie miał nadzieję, że Chilijeczka po prostu uszczęśliwi go zwyczajnie dając się adorować i nie ucieknie od niego do kolejnego mężczyzny, który będzie miał jej jedynie do zaoferowania pieniądze i nic ponad to. Nadzieja matką głupich. Ale jest to rodzaj głupoty, której chyba nie warto się pozbywać. Nawet jeśli boli, jak cholera. 7/10

niedziela, 26 lutego 2012

Książkowa niedziela VIII: "Anioły muszą odejść" K.T. Lewandowski

Tytuł: Anioły muszą odejść
Autor: Konrad T. Lewandowski
Wydawnictwo: Gruner&Jahr
Data wydania: 20 kwietnia 2011

Książkę kupiłam trochę przez przypadek. Po pierwsze zachęcił mnie jej opis jako warszawskiej odpowiedzi na Mistrza i Małgorzatę. Po drugie promocja w Empiku, w momencie, kiedy chciałam sprawdzić kompatybilność ebooka zakupionego w tymże sklepie z moim kindlem. Test został zakończony sukcesem i tak oto stałam się szczęśliwą posiadaczką swojej pierwszej polskiej książki w formacie mobi, która prawdę mówiąc z Mistrzem i Małgorzatą Bułhakowa ma niewiele wspólnego. Nie jest to bynajmniej żaden minus, bo Mistrz jest tylko jeden i wystarczy.

Głównymi bohaterami książki Anioły muszą odejść jest jak sam tytuł wskazuje grupa aniołów rezydujących na cmentarzu na warszawskiej Woli: była ladacznica-ciągle-dziewca, która zmarła broniąc świętej Eucharystii, husarz Jan Seweryn poległy w drugiej bitwie o Warszawę w 1705 r., ateista-marksista towarzysz Zaleszczuk i bardziej nam współczesny bezimienny anioł dobrej rady zwany leniwcem, który również za życia nie wierzył w Boga. Ale jak mawiają aniołowie Naczelny nie jest małostkowy.

Jak wieść niesie, Lewandowski napisał te książkę ze złości i niedowierzania: "Są takie chwile w życiu pisarza, że coś go tak wkurzy, że musi z tego powstać książka. W przypadku "Anioły muszą odejść" takim zdarzeniem był opublikowany w sierpniu 2008 roku w "Naszym Dzienniku" wywiad z księdzem doktorem Józefem Bartnikiem, który oznajmił, że klęska Powstania Warszawskiego była osobistą zemstą Matki Boskiej za niedostatek czci. Doszedłem do wniosku, że coś takiego mógł powiedzieć tylko człowiek opętany przez demona."

Autor w fantastyczny sposób połączył w swojej powieści rzeczywiste dzieje Warszawy z wymyślonymi przez perypetiami fantastycznych postaci. Twarde rządy księżnej Anny Mazowieckiej i skazanie na śmierć przez spalenie na stosie dwóch niewinnych kobiet – Klimaszewskiej i Piekarki, które umierając w wielkim cierpieniu oddają swoje dusze diabłu i poprzysięgają zemstę, dają początek klątwie, która ma zniszczyć znienawidzoną już teraz Warszawę. A prób zniszczenia miasta było wiele, najbardziej jednak znaczącą okazała się klęska Powstania Warszawskiego. Dlatego też w XXI demonice wybierają właśnie Muzeum Powstania Warszawskiego na swój kolejny atak. Klątwie mogą przeciwstawić się jedynie aniołowie wraz z parą wybrańców – byłym zakonnikiem redemptorystą Andrzejem i typową dresiarą Jesiką aspirującą do roli wróżki, którzy swoją miłością mogą uratować miasto.

Książka jest znakomita. Napisana w świetnym stylu, z humorem i bez zbytniego nadęcia, chociaż odwołuje się do tematów, które my Polacy wręcz uwielbiamy mielić na okrągło: religii i Polski jako wybranego narodu katolickiego – jedynego prawdziwego obrońcy wiary oraz z drugiej strony martyrologii i Polski walczącej i uciśnionej przez wszystkich. Wszystko to jednak stanowi tylko tło do opowieści o tym co najważniejsze: miłości. Boga do ludzi i ludzi do siebie nawzajem. 9/10

niedziela, 5 lutego 2012

Książkowa niedziela V: "Książe Mgły" C.R. Zafon

W tym tygodniu się zaczytałam, a raczej wsłuchałam bardzo w książkę Książę Mgły autorstwa Carlosa Ruiz Zafón, w interpretacji Piotra Fronczewskiego. Co ciekawe, książka to pierwsza powieść, jaka wyszła spod pióra Zafóna, choć w Polsce została wydana o wiele później niż Cień Wiatru, czy Gra Anioła. Sam autor twierdzi, że przyczyniło się do tego po pierwsze niejasności dotyczące prawa autorskiego, a po drugie fakt, że książki zostały zakwalifikowane do literatury młodzieżowej, a te ponoć nie sprzedają się zbyt dobrze.

Tytuł: Książę Mgły
Autor: Carlos Ruiz Zafón
Wydawnictwo: Wydawnictwo Muza SA
Data wydania: 10 listopada 2010

Książę Mgły to debiut literacki hiszpańskiego pisarza z 1993 roku. Opowiada historię rodziny Carverów, którzy w 1943 r. uciekając od rzeczywistości wojny, przenoszą się do niewielkiej miejscowości rybackiej u wybrzeży Atlantyku, do domu, którzy wcześniej należał do lekarza Fleishmana i jego żony. Dom, nie zamieszkany przez nikogo przez długi czas, kryje w sobie wiele tajemnic, najważniejszą z nich jest śmierć małego synka Fleishamnów – Jacoba. Dwójka dzieci Carverów – Max i Alicia zupełnie przez przypadek trafiają na ślady, które mogą prowadzić do rozwiązania zagadki domu i ogrodu, w którym odkrywają krąg posągów przedstawiających artystów trupy cyrkowej. Pomaga im w tym poznany niedługo po przyjeździe miejscowy chłopak – Roland, którego dziadek mieszka i pracuje w latarni morskiej. Max, Alicia i Roland na własnej skórze przekonują się, że miejscowa legenda o Księciu Mgły, który oferuje spełnienie jednego życzenia, nie jest tylko legendą, ale cena, jaką trzeba zapłacić za spełnienie życzenia jest straszliwa.

Książkę słuchało mi się świetnie – sam fakt czytania powieści dla młodzieży przez pana Kleksa, dodawał powieści małego smaczku. Fronczewski jest dobry aktorem i świetnym interpretatorem, co jako dodatek do ciekawie napisanej książki dało naprawdę interesujący efekt. Proza Zafóna ma w sobie bajkową nierealność, ale też nigdy nie kończy się pełnym happy endem. Już na przykładnie tej pierwszej w jego dorobku książki, można poznać ten charakterystyczny styl pisania, któremu jest wierny przez cały czas – opowiadanie przeszłości, która powinna zatrzeć się w pamięci, ale przez niezwykłe wydarzenia, pozostaje żywa, jakby wydarzyła się dopiero wczoraj, głęboko emocjonalnie i uczuciowo osadzone postacie, skrywane sekrety, które wbrew woli bohaterów wypływają na światło dzienne, niby normalne, a jednak magiczne miejsca i smutne, aczkolwiek oczekiwane rozwiązania tajemnic. 7/10

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Midnight in Paris

Wczoraj miałam okazję obejrzeć film, na który ostrzyłam sobie zęby już od dłuższego czasu – najnowsze dzieło Woodego Allena O północy w Paryżu. Ludzie, którzy dobrze mnie znają, wiedzą, że do kina chadzam sporadycznie i tylko na filmy „z efektami”, bo tylko takie filmy wg mnie wymagają oglądania na dużym ekranie. Cała reszta o wiele lepiej smakuje w zaciszu domowym, bez chichoczących idiotek lub kolesi nerwowo żujących gumę i stukających czubkami butów o mój fotel. Zamiast tego wolę wygodną kanapę, ciepły kocyk, aromatyczną herbatę i paczkę misio-żelków. Z okazji diety tym razem obeszło się bez żelków.

Wracając jednak do tematu, długo czekałam aż film pojawi się na dvd i stało się niedługo po tym, jak ogłoszono, że O pólnocy w Paryżu zostało nominowane do Oscara 2012 aż w czterech kategoriach: najlepszy film, scenariusz oryginalny, reżyseria i scenografia. Po obejrzeniu filmu, mogę powiedzieć, że zdecydowanie zasługuje na Oscara za scenografię – Paryż po prostu olśniewa. Ten współczesny, ten z lat dwudziestych XX w., a nawet na chwilę ten z La Belle Époque. Brukowane uliczki, latarnie, mosty nad Sekwaną i małe kramiki – to wszystko sprawia, że ma się ochotę uciec do Paryża natychmiast. Zwłaszcza do Paryża sprzed niemal wieku, gdzie na przyjęciu lub w zadymionym klubie można było spotkać Ernesta Hemingwaya (Corey Stoll), Scotta Fitzgeralda (Tom Hiddleston), Salvadora Dali (Adrien Brody), Pabla Picassa (Marcial Di Fonzo Bo), czy Gertrude Stein (Kathy Bates).

Paryż lat 20’ zeszłego stulecia, to dla Gila Pendera (świetny Owen Wilson) to miejsce i czas, do którego najchętniej cofnąłby się, gdyby miał taką możliwość. Niespodziewanie, pewnego wieczoru, dokładnie kiedy wybija północ, taka okazja się nadarza. Gil przenosi się w czasie i poznaje wszystkich pisarzy, których szczerze podziwia: Hemingwaya, Fitzgeralda i T.S. Eliota, a także Stein, która zgadza się przeczytać i zrecenzować rękopis jego książki. W tym barwnym towarzystwie nie brakuje również Picassa i Dali, Cola Portera i Luisa Buñuel. Jest również piękna Adriana (Marion Cotillard), muza paryskiego półświatku artystycznego, a później samego Gila.

Jak na Allena przystało, film jest przegadany, ale to właśnie w nim cenię. Owen Wilson przypomina mi Allena z jego wcześniejszych filmów – podobna gestykulacja, sposób wyrażania się no i oczywiście sama kreacja lekko zagubionego, niepewnego siebie mężczyzny. Uważam, że grana przez niego postać jest przeurocza. Nagromadzenie znanych hollywoodzkim nazwisk dodatkowo dodaje filmowi smaczku, nie z powodu samych nazwisk oczywiście, ale wspaniałej gry aktorskiej. Adrien Brody w epizodycznej raczej roli Salvadora Dali po prostu wymiata, a Carla Bruni wcielająca się w przewodniczkę wycieczek, którą Gil prosi o przetłumaczenie prywatnego pamiętnika Adriany stanowi istną wisienkę na szczycie tego wyśmienitego tortu. Fantastyczny film wprawiający w dobry humor, a przy okazji również utwierdzający w przekonaniu, że Jeana-Paula Sartre miał rację, kiedy twierdził, że być może istnieją czasy piękniejsze, ale te są nasze. Równie piękne.

niedziela, 29 stycznia 2012

Książkowa niedziela IV: "Taksim" A. Stasiuk

Tytuł: Taksim
Autor: Andrzej Stasiuk
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czarne
Data wydania: 29 września 2009

Co to jest Taksim? Aż do momentu sięgnięcia po książkę nie wiedziałam, że jest to nazwa największego placu w Stambule – dawnej stolicy Turcji. Jedno z najruchliwszych miejsc w mieście, stanowi nie tylko ważny węzeł komunikacyjny, ale przede wszystkim jest centrum handlu miejskiego i rozrywki. Dlaczego Stasiuk wybrał akurat jego nazwę na tytuł tej książki? "Taksim" to jest najbardziej europejska część Stambułu. Tak też się ten słynny plac w Stambule nazywa. I tam po prostu dojeżdżają bohaterowie powieści. Są tam dosłownie godzinę, a potem wracają. To takie miejsce, gdzie kończy się książka. Szukałem nazwy, i… zawsze mam problemy ze znalezieniem nazwy dla książki. I przyszedł “Taksim”. Przynajmniej ładnie się z taksówką kojarzy.*

Książka kończy się w Stambule, ale zaczyna zupełnie gdzie indziej. W sennym po PGR-owskim polskim mieście południowej Polski, które powoli umiera w samotności, bo jego mieszkańcy uciekają z niego w poszukiwaniu lepszego życia. Ale od neurozy pańczyźnianej uciec się nie da, o czym przekonują się główni bohaterowie książki – Władek i Paweł, których niemal całe życie składa się na podróże starym ducato przez miasta i miasteczka nie tylko Polski, ale niemal całego bloku wschodniego. Handlują czym się da i gdzie się da, z jednego interesu gładko prześlizgują się w następny, palą tanie papierosy, piją jeszcze tańszą wódkę i z pełną pokorą przyjmują to, co ich spotyka. Mało tego, z tej niby nieprzyjaznej, ciężkiej rzeczywistości umieją wyciągnąć wspaniałe rzeczy – przyjaźń, która dosłownie nie zna granic, miłość w rdzewiejącym wesołym miasteczku, a przede wszystkim niezłomna nadzieja dnia codziennego. Stasiuk tą właśnie nadzieję jak chleb powszedni stawia przed czytelnikiem i każe gryźć zaraz po wypiciu łyka gorzkiej biedy komunistycznej i dźwigającej się z komunizmu Polski.

Taksim, to moje pierwsze spotkanie z prozą Stasiuka. Pierwsze i na pewno nie ostatnie. Książkę przesłuchałam w 2 dni, a historia czytana głosem Mirosława Baki porwała mnie całkowicie. Nie wiem, czy sprawiła to moja osobista tęsknota za domem, za łąkami i polami małopolski, za sąsiadką, której indyki swoim gulgotaniem budziły mnie w lecie, i gdzie wystarczyło wyjść do ogrodu, żeby nazrywać zielonego groszku, ta tęsknotą, która szczególnie odczuwam szczególnie teraz, zimą w Londynie; czy może było to zupełnie coś innego… Nie obchodzi mnie to jednak. Książką, nad którą autor spędził ponoć 10 lat, jestem szczerze zachwycona, choć trudno mi napisać "polecam każdemu". Na pewno jednak tym, którzy wciąż na nowo piszą dziennik własnej drogi. 9/10

--------------
* Co tu gadać - wywiad Macieja Topolskiego z Andrzejem Stasiukiem
** Photo by Ole1981 on Flickr

czwartek, 5 stycznia 2012

Brown Tape-Art

Trudno zdefiniować, kto był prekursorem sztuki ulicznej, ale w zasadzie nie ma to większego znaczenia. Ważne natomiast jest to, że street-art jest nie tylko obecny w życiu niemal każdego z nas, ale i zyskuje coraz większą liczbę zwolenników. Artyści uprawiający ten rodzaj sztuki zamiast z oburzeniem być nazywanymi wandalami, zostają docenieni, nie tylko przez zwykłych przechodniów, którzy są przecież codziennymi odbiorcami ich twórczości (niekiedy nawet bezwiednie), ale i przez coraz liczniejsze galerie i profesjonalistów zajmujących się sztuką i kulturą zawodowo. Osobiście cieszę się, że mieszkam w Londynie – mieście, gdzie niemal na każdym kroku mogę natknąć się na street-art w najróżniejszych formach, od chyba najbardziej znanych prac Banksy’ego, murali ROA, czy mozaik Invadera aż do mniej znanych (lub zupełnie anonimowych) graffiti, obrazów 3D, wlepek etc.

Kiedy natknęłam się w sieci na prace Holendra Maxa Zorna, pierwsze co pomyślałam, to to, że nazywa się jak postać z kreskówki o kosmitach robotach z przyszłości (pewnie to wpływ ciągłego przebywania w towarzystwie dziesięciolatka uwielbiającego takie rzeczy), a drugie, że koleś ma mega talent i bardzo chciałabym zobaczyć na żywo, to co robi.



Jest nie tylko oryginalny – zajmuje się tworzeniem obrazów z chyba najbardziej pospolitego materiału, jakim jest brązowa taśma klejąca do paczek. Przy użyciu skalpela wycina kolejne warstwy taśmy i w ten sposób uzyskuje odpowiednie natężenie koloru po podświetleniu. Oczywiście jedyne właściwe podświetlenie dają lampy uliczne… Prace Maxa Zorna upiększają głównie ulice Amsterdamu, ale powoli dzięki zaangażowaniu jego coraz liczniejszej grupy fanów, można je spotkać również w innych krajach. Kto wie, może już niedługo zdarzy się, że przechadzając się południowym brzegiem Tamizy natknę się na jedno z jego tape-art dzieło?




czwartek, 11 listopada 2010

Maczek, czyli pamiętaj

W Polsce 11. listopada jest dniem Narodowego Święta Niepodległości, które ustanowione zostało po zakończeniu I Wojny Światowej. 11.XI.1918 r. Niemcy podpisały kapitulację na froncie zachodnim a w Polsce gen. Józef Piłsudski został dowódcą wojskowym i głową państwa. Właśnie te dwa ważne wydarzenia historyczne zaważyły na wyborze dnia 11. listopada jako naszego święta narodowego.

Ale dzień ten również w innych krajach jest obchodzony w szczególny sposób. I tak na Wyspach Brytyjskich (podobnie w Kanadzie i w Belgii) jedenastego listopada przypada Remebrance Day, czyli Dzień Pamięci.

niedziela, 19 września 2010

Tree-Athlon

W ramach walki ze swoją naturalną leniwcowością oraz z chęci zrobienia coś dobrego dla środowiska (jednak to sozologiczne wykształcenie jeszcze we mnie nie umarło tak do końca) postanowiłam wziąć udział w Tree-Athlonie, który miał miejsce wczoraj w Battersea Park w Londynie.

Akcja już po raz kolejny została zorganizowana przez Trees for Cities – organizację, której głównym celem jest zalesianie miast, a przy okazji edukacja na temat tworzenia zielonych miejsc oraz ich ważnej roli w społecznościach miejskich. Cel szczytny, a przy okazji dobra zabawa, ponieważ 5km biegowi towarzyszyła również próba pobicia rekordu Guinnessa w bieganiu na boso.
Ja tam byłam, wzięłam udział i dzisiaj jestem dumną posiadaczką sadzonki dębu oraz zakwasów w mięśniach. Było warto.

sobota, 11 września 2010

9/11

Dziewięć lat temu świat, który dobrze znaliśmy został zburzony. Zabrzmi banalnie, ale właśnie tego jednego dnia nasza rzeczywistość zmieniła się w sposób diametralny i nigdy więcej nie wróciła do swojego poprzedniego stanu. Stanu bez permanentnego poczucia zagrożenia.

Zamach na wieże World Trade Centre poruszył wyobraźnię milionów ludzi na całym świecie. I chyba to jest powodem, dla którego wiele reklam, przede wszystkim społecznych, odwołuje się właśnie do ataku z 11 września 2001r., w którym zginęło niemal 3000 osób. Problem w tym, że na świecie coraz częściej zdarzają się katastrofy naturalne bądź nie, w których ginie więcej ludzi, a jakoś wydarzenia te przechodzą bez większego echa. Czyżbyśmy potrzebowali rozbitych samolotów i spektakularnych wybuchów, żeby zastanowić się na tym, dokąd zmierza nasz świat, a raczej dokąd my sami go prowadzimy?

World Wildlife Fund w zeszłym roku wypuściła na rynek plakat, który miał za zadanie skłonić ludzi do zastanowienia się nad siłą sprawczą natury i jednocześnie zachęcić do dbania o środowisko, poprzez prosty przekaz, że jeśli my nie zadbamy o naturę, ona zacznie działać przeciwko nam i to z mocą, której się nie spodziewamy.

The tsunami killed 100 times more people than 9/11. The planet is brutally powerful. Respect it. Preserve it.


W odpowiedzi na ten poster, Truth Machine TM wydało swój własny.

Hypocrisy killed 1000 times more than 9/11. It was just advertising. Don't make war about it.


To fakt, mamy zdolność zabijania naszej plany i siebie nawzajem na najróżniejsze sposoby. Nie brzmi to dumnie. Brzmi raczej żałośnie. Może dzisiaj jest dobry dzień na zmianę?

niedziela, 5 września 2010

Chopin // Polska / The Course

Rok 2010 jest w Polsce obchodzony jako rok Fryderyka Chopina ze względu na 200 jubileusz jego urodzin. Z tej okazji nie tylko w naszym kraju, ale również na całym świecie mają miejsce rozmaite wydarzenia kulturalne poświęcone życiu i twórczości kompozytora, a przy okazji również historii i kulturze Polski.

Jedna z akcji promujących rok Chopina zawitała również do Londynu. Wczoraj w St. Katherine’s Dock w pobliżu Tower Bridge zacumował STS Fryderyk Chopin – drugi co do wielkości statek pływający pod polską banderą. Zaprojektowany przez Zygmunta Chojera, został oddany do użytku w 1992r, kiedy to zadebiutował w regatach przez Atlantyk zdobywając zaszczytne trzecie miejsce. Obecnie żaglowiec wykorzystywany jest do rejsów komercyjnych oraz edukacyjnych w czasie szkoły pod żaglami.

STS Chopin rozpoczął swój Course w Szczecinie 16. czerwca tego roku i zanim przypłynął do Londynu, cumował m.in. w Kopenhadze, Sztokholmie, Hamburgu, Amsterdamie, Bruggi, Dunkierkice i Nantes. Załoga kursu złożona z zawodowych żeglarzy, studentów oraz „ambasadorów turystyki polskiej” przez ponad dwa miesiące gości w portach europejskich, gdzie przy klasycznej muzyce Fryderyka Chopina zachęca wszystkich do odwiedzenia Polski. Celem wyprawy jest pokazanie naszym europejskim sąsiadom, że Polacy to ciekawy i otwarty naród, że cenimy sobie wolność, wierzymy w romantyczną miłość, jesteśmy kreatywni i tworzymy z pasją, czyli w zasadzie jest w każdym z nas wszystko to, co również dla Fryderyka Chopina było ważne. Dlatego też to właśnie jego muzyka towarzyszy prezentowaniu Polski przez załogę. Przy dźwiękach sonat i preludiów nad brzegiem morza zamiast w dusznych salach konferencyjnych w ramach Uniwersytetu Polowego zainteresowani mogą zapoznać się z polską historią i kulturą. W ramach akcji będzie można zwiedzić żaglowiec wraz z przewodnikiem (co oczywiste) będącym członkiem załogi, jak również przewidziane są wszelakie występy artystyczne np. koncerty chopinowskie, balet na rejach żaglowca, malowanie fortepianów oraz budowanie pomnika Fryderyka Chopina z parasoli, jak również nauka tańca, która zakończy się próbą pobicia rekordu Guinnessa w najdłuższym korowodzie poloneza poza granicami Polski.

Żaglowiec będzie gościł w Londynie aż do 12. września, a następnie wyruszy w rejs powrotny do Polski, gdzie 18. września w Gdyni weźmie udział w Światowych Dniach Turystyki.

czwartek, 21 stycznia 2010

Na straganie

Nabrała mnie ochota na mały powrocik do dzieciństwa, a szczególnie do książeczek z serii Poczytaj mi mamo wydawanych przez wydawnictwo Nasza Księgarnia. Pamiętacie? Cienkie, kwadratowe i z charakterystycznymi rysunkami na tylnej okładce. Ja odziedziczyłam po siostrze całą stertę tych książeczek i myślę, że gdybym poszperała w domu, to pewnie znalazłabym jeszcze kilka z nich.

A wracając do sedna – przypomniała mi się książeczka z wierszykiem Jana Brzechwy Na straganie. Podejrzewam, że to gotowanie chłopcom zupy zadziałało jak impuls na moją pamięć. A to feler…


Na straganie
Jan Brzechwa

Na straganie w dzień targowy
Takie słyszy się rozmowy:
"Może pan się o mnie oprze,
Pan tak więdnie, panie koprze."
"Cóż się dziwić, mój szczypiorku,
Leżę tutaj już od wtorku!"

Rzecze na to kalarepka:
"Spójrz na rzepę - ta jest krzepka!"
Groch po brzuszku rzepę klepie:
"Jak tam, rzepo? Coraz lepiej?"
"Dzięki, dzięki, panie grochu,
Jakoś żyje się po trochu.
Lecz pietruszka - z tą jest gorzej:
Blada, chuda, spać nie może."
"A to feler" -
Westchnął seler.

Burak stroni od cebuli,
A cebula doń się czuli:
"Mój Buraku, mój czerwony,
Czybyś nie chciał takiej żony?"

Burak tylko nos zatyka:
"Niech no pani prędzej zmyka,
Ja chcę żonę mieć buraczą,
Bo przy pani wszyscy płaczą."
"A to feler" -
Westchnął seler.

Naraz słychać głos fasoli:
"Gdzie się pani tu gramoli?!"
"Nie bądź dla mnie taka wielka" -
Odpowiada jej brukselka.
"Widzieliście, jaka krewka!" -
Zaperzyła się marchewka.
"Niech rozsądzi nas kapusta!"
"Co, kapusta?! Głowa pusta?!"
A kapusta rzecze smutnie:
"Moi drodzy, po co kłótnie,
Po co wasze swary głupie,
Wnet i tak zginiemy w zupie!"
"A to feler" -
Westchnął seler.


Uwielbiałam wierszyki Jana Brzechwy, kiedy byłam mała i nadal mam do nich słabość. Dlatego ucieszyłam się, kiedy w moim rodzinnym mieście na jednym z głównych deptaków poeta dostał własną miejscówkę na Ławeczce Poetów. Przyznam się, że raz nawet usiadłam mu na kolanach, ale nie na długo, bo nie mogłam znieść zazdrosnego spojrzenia Kaczki Dziwaczki.

piątek, 25 września 2009

Don't worry, it's art

Cytat z Jimiego Hendrixa, amerykańskiego gitarzysty, wokalisty i kompozytora, który uchodzi za jedną z najwybitniejszych postaci muzyki rockowej. Znalezione na murze w kiepskiej dzielnicy Londynu - mieście, w którym artysta zmarł przedwczesną śmiercią w 1970 roku.

poniedziałek, 7 września 2009

40 : 1

Wygląda na to, że im dłużej mieszkam za granicą, tym coraz większą patriotką się staję...

Utwór 40:1 szwedzkiego zespołu metalowego Sabaton usłyszałam kilka miesięcy temu i choć nie jestem fanką tego rodzaju muzyki, muszę przyznać, że było w tym nagraniu coś, co mnie poruszyło.



Grupa Sabaton powstała w 1999r. w szwedzkiej miejscowości Falun, kiedy pięciu mężczyzn postanowiło założyć swój własny zespół grający muzykę metalową. W skład zespołu weszli: Joakim Brodén (wokal), Rikard Sundén (gitara elektryczna), Oskar Montelius (gitara elektryczna), Pär Sundström (gitara basowa) oraz Richard Larsson (perkusja). W 2001r. perkusistę zastąpił Daniel Mullback, a w 2005r. do grupy dołączył klawiszowiec Daniel Mÿhr.


Sabaton wykonuje charakterystyczny rodzaj muzyki tzw. battle power metal, nawiązujący do historii wojen i bitew. Co ważne ich utwory nie nawołują do agresji, przeciwnie - mają wydźwięk antywojenny. Sabaton choć głównie upodobał sobie historię drugiej wojny światowej, to w swoim repertuarze ma również utwory o tematyce fantastycznej.

Utwór 40:1 poświęcony jest bohaterskiej obronie przeprawy na Narwi znajdującej się w okolicy Wizny. Bitwa ta została nazwana polskimi Termopilami, ze względu na wielką przewagę wojsk nieprzyjacielskich w stosunku do liczby obrońców (40:1). W dniach 7-12 września 1939 roku, 720 polskich żołnierzy pod dowództwem kpt. Władysława Raginisa broniło tego ważnego strategicznie punktu przed ofensywą XIX korpusu pancernego liczącego 42 tysiące niemieckich żołnierzy. Polski oddział swoją odwagą i wytrwałością opóźnił marsz korpusu niemieckiego, przyczyniając się równocześnie do strat w jego wyposażeniu i ludziach.

Polskiej premierze oryginalnego teledysku utworu 40:1 towarzyszyło wydanie komiksu pt. Wizna 1939 - Art of War autorstwa Rafała Roskowińskiego. Komiks, którego rysunki częściowo są wzorowane na archiwalnych fotografiach pochodzących z okresu II wojny światowej, dzięki uprzejmości stowarzyszenia Wizna 1939 jest dostępny w internecie za darmo.
Poprzez wydanie komiksu o bitwie pod Wizną chcieliśmy się przyczynić do utrwalenia pamięci o tamtych wydarzeniach wrześniowych, o bezprzykładnej, bohaterskiej postawie Żołnierzy Polskich broniących polskiej ziemi, którzy nawet w obliczu tak niespotykanej przewagi militarnej hitlerowskiego najeźdźcy, walczyli do końca.

Składamy hołd bohaterom – wywiad z Joakimem Brodén w dzienniku Rzeczpospolita