Pokazywanie postów oznaczonych etykietą malarstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą malarstwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 kwietnia 2014

Rzymskie wakacje Dzień #1


Moje rzymskie wakacje zaczęły się dość niefortunnie – opóźnionym wylotem z lotniska London-Luton. Gęsta mgła nie pozwalała nam na odlot i zamiast planowanego startu o 6.25 rano, mój samolot wzbił się w powietrze dopiero dwie godziny później. Przyjęłam tę zmianę ze stoickim spokojem i postanowiłam wykorzystać te dwie godziny na drzemkę, bo w nocy spałam jedynie 2h (byłam tak podekscytowana wyjazdem, że udało mi się zasnąć dopiero około 23.30, a budzik miałam nastawiony już na 1.30, aby bez problemu zdążyć na lotnisko…) Lot trwał niewiele ponad dwie godziny i tuż przed południem wylądowaliśmy na Fiumicino airport. Przywitała nas cudowna, słoneczna pogoda – bardzo miła odmiana po chłodnym, zamglonym Londynie.

Odprawa paszportowa, odbiór bagażu, a później kolejka do punku informacyjnego, gdzie odbierałam swoją kartę Roma Pass – wszystko to sprawiło, że 45 minut później nadal tkwiłam na lotnisku, mocno już zmęczona i lekko zagubiona. Dodatkowo mój rzymski host Sergio wysłał mi kilka smsów where are you? i zestresował mnie lekko stwierdzeniem, że o godzinie 14 musi wyjść i wróci dopiero wieczorem. Wzięłam się zatem w garść i w podskokach udałam się na dworzec kolejowy. Po ekspresowym zakupie biletu i naganie wzrokowej, której udzieliłam parze turystów, którzy usiłowali wcisnąć się w kolejkę przede mną, wskoczyłam do pociągu (nie wiedziałam, że bilet należy skasować po przejściu przez bramkę, więc całe szczęście, że akurat konduktor zrezygnował ze sprawdzania biletów) i odjechałam w stronę centrum Rzymu.

Na stacji Trastevere przesiadłam się do innej linii i już po kilku minutach jazdy byłam na mojej docelowej stacji Roma San Pietro. Oczywiście nie było to wszystko takie łatwe, bo nie do końca było dla mnie jasne, na który peron mam się udać i czy bilet, który mam uprawnia mnie do dalszej jazdy. Dodatkowo, już na mojej stacji docelowej okazało się, że Google maps w telefonie nie działa nawet po włączeniu lokalizacji GPS, a moja papierowa mapa akurat w tym rejonie ma legendę. Z pomocą przyszedł mój przyjaciel Sebastian, który po krótkiej rozmowie telefonicznej, litościwie wysłał mi smsem directions ze stacji na adres, gdzie mieścił się mój hotel. Dotarłam tam po ok. 15 minutach, spocona i mocno zestresowana, jednak Sergio czekał na mnie w oknie i kiedy zdezorientowana stałam na środku ulicy zastanawiając się, w którą stronę mam iść, krzyknął przyjaźnie moje imię i zaczął machać. Wydaje mi się, że oboje odczuliśmy podobną ulgę, że w końcu dotarłam na miejsce!

Sergio okazał się bardzo miłym, zrelaksowanym człowiekiem, który dal mi klucze do pokoju, pokazałam kuchnię i łazienkę i życząc miłego dnia, szybko wyszedł na zaplanowane spotkanie, zostawiając mnie samą w swoim mieszkaniu. Mieszkaniu – bo moje zarezerwowane Bed&Breakfast okazało się zwykłym trzypokojowym mieszaniem, gdzie jeden pokój zajmował właściciel, a dwa pozostałe były wynajmowane turystom. Takim jak ja. Mój pokój był sporą jedynką, natomiast drugi (double), akurat był pusty i to nie zmieniło się aż do końca mojego pobytu, wiec przez 6 dni byliśmy tylko ja i Sergio.

Po szybkim odświeżeniu się i krótkim odpoczynku postanowiłam poznać okolicę i wykorzystać moją Roma Pass na udanie się do centrum. Wsiadłam w pierwszy autobus, który nadjechał (zapamiętałam jak nazywa się mój „domowy” przystanek) i dałam się porwać w siną dal. Dal wcale nie była sina, tylko cudownie błękito-biało-pomarańczowa i znajdowała się 25 minut jazdy autobusem na Piazza Venezia.


Zostałam uderzona w głowę feerią kolorów i całą skalą dźwięków, jakie może wydawać z siebie tętniące życiem, zatłoczone miasto. Dodatkowo pierwszym budynkiem, jaki zobaczyłam po wyjściu z autobusu było monumentalne Il Vittoriano, czyli Ołtarz Ojczyzny (Altare della Patria) muzeum/pomnik, który powstał na początku XX wieku dla uczczenia zjednoczenia Włoch. Niesamowita, zapierająca dech w piersiach marmurowa budowla, choć nieszczególnie lubiana przez Włochów, ponieważ pochłonęła mnóstwo państwowych pieniędzy, a przede wszystkim w czasie prac konstrukcyjnych, została zniszczona część wzgórza kapitolińskiego. O czym osobiście mogłam przekonać się niemal natychmiast po skierowaniu się na prawo, gdzie ni tego ni z owego miałam okazję zobaczyć ruiny starego muru z półkolistą wnęką ozdobioną freskiem przedstawiającym pochówek Jezusa. Mur z wnęką stanowi pozostałość kościoła pochodzącego z II w.
 

W lekkim oszołomieniu spowodowanym tak bliskim zderzeniem z żywą historią, wspięłam się schodami na szczyt Kapitolu (jednym z siedmiu wzgórz, na których zbudowane jest Wieczne Miasto), gdzie znajduje się Piazza del Campidoglio z centralnie ustawionym pomnikiem Marka Aureliusza, który wita odwiedzających Palazzo Senaorio. Ciekawostką jest to, że obecny wygląd placu zawdzięczamy Michałowi Aniołowi, który m.in. zmienił orientację budynków, tak aby ich front ustawiony był w stronę Watykanu, a nie starego Forum jak to miało miejsce jeszcze w czasach Renesansu.

 
Przecięłam plac uśmiechając się zalotnie do Marka Aureliusza i ruszyłam za wycieczką kierującą się gęsiego na lewo, gdzie na stanęłam oko w oko z wilczycą karmiącą dwóch chłopców (no dobrze, oko w oko to za dużo powiedziane, bo rzeźba stała na wysokim cokole). Wilczyca Kapitolińska to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Rzymu. Według legendy, to ona wykarmiła i wychowała Remusa i jego brata bliźniaka Romulusa, który był założycielem i pierwszym władcą Rzymu. 

 
Wyminęłam wilczycę i stanęłam przed oszałamiającym widokiem – Foro Romano i Palatyn w ciepłym świetle zachodzącego już lekko słońca. Szczerze mówiąc to była jedna z tych chwil w życiu, kiedy poczułam totalne wzruszenie spowodowane tym, że było mi dane znaleźć się w miejscu, o którym czytałam, uczyłam się i pragnęłam zobaczyć na własne oczy i w końcu się udało. O wycieczce do Rzymu naprawdę marzyłam już od wielu lat. Trzy lata temu byłam bardzo blisko zrealizowania tego marzenia – miałam już kupione bilety na samolot, zarezerwowany hotel i przewodnik z zaznaczonymi miejscami, które musze koniecznie odwiedzić będąc w Rzymie. Niestety w ostatniej chwil musiałam odwołać wyjazd i mój przewodnik przeleżał na półce trzy lata. Więc w to konkretnie popołudnie, kiedy stałam na tarasie widokowym oglądając ruiny najstarszego placu we Włoszech, czułam jak wzruszenie formuje się w niewielką gulkę w gardle. Stałam w miejscu, gdzie narodziła się zachodnia cywilizacja. Gdzie być może dwa tysiące lat wcześniej przechadzał się Juliusz Cezar? Gdzie być może Kaligula wpadł na pomysł powierzenia stanowiska senatora swojemu koniowi? Gdzie Marek Antoniusz rozmyślał o ponętnym ciele Kleopatry?...

 
 
 
 

poniedziałek, 20 stycznia 2014

3/52 "Podróż do miasta świateł, tom II. Rose de Vallenord" Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Tytuł: Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord.
Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: październik
2013

Drugi tom opowieści o losach polskiej malarki Róży Wolskiej oraz o Ninie - współczesnej studentce historii sztukii, która odkrywa, kto stoi za kradzieżami obrazów tej pierwszej.

Małgorzata Gutowowska-Adamczyk napisała cudowną książkę. Kolejną po trylogii Cukiernia pod Amorem, choć bardzo podobną - nie tylko w formie, gdzie rozdziały poświęcone przeszłości splatają się z rozdziałami, w których akcja rozgrywa się współcześnie; ale również pod względem występujących postaci, których mieliśmy okazję poznać właśnie w cukierni. Niemniej obie książki można czytać osobno, bo akcja Podróży do miasta świateł tylko luźno nawiązuje do Cukeirni pod Amorem.
W pierwszym tomie Cukierni poznajemy Tomasza Zajezierskiego, pana na Zajezierzycach, gdzie w pewnym momencie pojawia się również malarka Róża Wolska. Róża maluje przepiękny portret Tomasza i podarowuje go swojemu modelowi w prezencie. Portret Tomasza Zajezierskiego pozostaje w nietkniętym stanie przez wiele lat, również przez okres obu wojen, aż w końcu trafia na swoje właściwe miejsce - do głównego halu dworku w Zajezierzycach, aktualnie przekształconego w hotel przez praprapra-wnuka Tomasza - Xaviera Toroszyna. Xavier i jego żona Iga dowiadując się, że obrazy Róży Wolskiej znikają w dziwnych okolicznościach z muzeów rozsianych po całym świecie, postanawiąją zatrudnić Ninę - studentkę historii sztuki, aby ta dowiedziała się kto i dlaczego kradnie obrazy.

Historia raczej nieszczęsliwych losów Róży przeplata się z opowieściami o losach współczesnych bohaterów. Genialne opisy XIX i XX-wiecznego  Paryża. Ciekawi bohaterowie, którzy jak najbardziej wydają się realni, bo ich problemy nie są wydumane. Lekki styl, wciągająca intryga, dość nieoczekiwane zakończenie. Wszystko to sprawia, że książkę naprawdę warto przeczytać. 9/10.

środa, 5 grudnia 2012

Dissected Art(ist)

Na tę genialną, choć muszę przyznać nietypową i lekko niepokojącą formę zachęcenia młodych ludzi do kontynuowania nauki w Museu de Arte de São Paulo (MASP) Art School wpadła brazylijska firma reklamowa DDB Brasil. Trzech najbardziej rozpoznawalnych na całym świecie malarzy - Salvadore Dali, Pablo Picasso i Vincent van Gogh "pokazało" nam swoje piękne wnętrza. Patrząc na te grafiki przychodzi mi do głowy pytanie - a co ty masz w sobie takiego, czym mógłbyś zachwycić świat?... 






poniedziałek, 30 stycznia 2012

Midnight in Paris

Wczoraj miałam okazję obejrzeć film, na który ostrzyłam sobie zęby już od dłuższego czasu – najnowsze dzieło Woodego Allena O północy w Paryżu. Ludzie, którzy dobrze mnie znają, wiedzą, że do kina chadzam sporadycznie i tylko na filmy „z efektami”, bo tylko takie filmy wg mnie wymagają oglądania na dużym ekranie. Cała reszta o wiele lepiej smakuje w zaciszu domowym, bez chichoczących idiotek lub kolesi nerwowo żujących gumę i stukających czubkami butów o mój fotel. Zamiast tego wolę wygodną kanapę, ciepły kocyk, aromatyczną herbatę i paczkę misio-żelków. Z okazji diety tym razem obeszło się bez żelków.

Wracając jednak do tematu, długo czekałam aż film pojawi się na dvd i stało się niedługo po tym, jak ogłoszono, że O pólnocy w Paryżu zostało nominowane do Oscara 2012 aż w czterech kategoriach: najlepszy film, scenariusz oryginalny, reżyseria i scenografia. Po obejrzeniu filmu, mogę powiedzieć, że zdecydowanie zasługuje na Oscara za scenografię – Paryż po prostu olśniewa. Ten współczesny, ten z lat dwudziestych XX w., a nawet na chwilę ten z La Belle Époque. Brukowane uliczki, latarnie, mosty nad Sekwaną i małe kramiki – to wszystko sprawia, że ma się ochotę uciec do Paryża natychmiast. Zwłaszcza do Paryża sprzed niemal wieku, gdzie na przyjęciu lub w zadymionym klubie można było spotkać Ernesta Hemingwaya (Corey Stoll), Scotta Fitzgeralda (Tom Hiddleston), Salvadora Dali (Adrien Brody), Pabla Picassa (Marcial Di Fonzo Bo), czy Gertrude Stein (Kathy Bates).

Paryż lat 20’ zeszłego stulecia, to dla Gila Pendera (świetny Owen Wilson) to miejsce i czas, do którego najchętniej cofnąłby się, gdyby miał taką możliwość. Niespodziewanie, pewnego wieczoru, dokładnie kiedy wybija północ, taka okazja się nadarza. Gil przenosi się w czasie i poznaje wszystkich pisarzy, których szczerze podziwia: Hemingwaya, Fitzgeralda i T.S. Eliota, a także Stein, która zgadza się przeczytać i zrecenzować rękopis jego książki. W tym barwnym towarzystwie nie brakuje również Picassa i Dali, Cola Portera i Luisa Buñuel. Jest również piękna Adriana (Marion Cotillard), muza paryskiego półświatku artystycznego, a później samego Gila.

Jak na Allena przystało, film jest przegadany, ale to właśnie w nim cenię. Owen Wilson przypomina mi Allena z jego wcześniejszych filmów – podobna gestykulacja, sposób wyrażania się no i oczywiście sama kreacja lekko zagubionego, niepewnego siebie mężczyzny. Uważam, że grana przez niego postać jest przeurocza. Nagromadzenie znanych hollywoodzkim nazwisk dodatkowo dodaje filmowi smaczku, nie z powodu samych nazwisk oczywiście, ale wspaniałej gry aktorskiej. Adrien Brody w epizodycznej raczej roli Salvadora Dali po prostu wymiata, a Carla Bruni wcielająca się w przewodniczkę wycieczek, którą Gil prosi o przetłumaczenie prywatnego pamiętnika Adriany stanowi istną wisienkę na szczycie tego wyśmienitego tortu. Fantastyczny film wprawiający w dobry humor, a przy okazji również utwierdzający w przekonaniu, że Jeana-Paula Sartre miał rację, kiedy twierdził, że być może istnieją czasy piękniejsze, ale te są nasze. Równie piękne.

niedziela, 28 listopada 2010

Światło w fazie rozkładu

Listopad nie jest najprzyjemniejszym miesiącem w roku. Szczerze mówiąc jest chyba jednym z najbardziej ponurych - według mojej opinii idzie łeb w łeb z lutym, choć na korzyść tego ostatniego działa to, że ma zaledwie 28 [+1] dni, a dodatkowo każdej mijającej doby przybywa nam słonecznych minut.

Wczoraj w ramach walki z listopadową aurą nic-niechcenia ubrałam swoje najbardziej kolorowe tenisówki i wyszłam na spacer, który wyglądał jak marsz z przeszkodami, bo musiałam przebijać się przez zaspy rudych liści. Wróciłam do domu lekko zmarznięta marząc o herbacie z sokiem malinowym w samą porę, bo kilka minut później spadł deszcz. A to niespodzianka! Deszcz w Londynie, zwłaszcza w listopadzie. Ale był to tylko przelotny deszczyk, który zostawił na niebie przepiękną tęczę. Wczorajszy deszczyk zamienił się dzisiaj w ulewę.


Tęcza zawsze była dla mnie czymś niezwykłym. Wierzyłam, że jest mostem łączącym niebo z ziemią i zawsze zwiastuje jakieś dobre wydarzenie. I nie byłam w tym wierzeniu odosobniona. W mitologii nordyckiej można znaleźć opowieść o Bifröst – płonącym tęczowym moście, który łączył ziemię, inaczej Midgard, będący światem śmiertelnych ludzi ze światem bogów Åsgard. Most pilnowany dzień i noc przez Heimdalla służył bogom do przemieszczania się pomiędzy ludzką a boską krainą. Wierzono, że na końcu świata tęczowy most runie pod ciężarem gigantów próbujących dostać się do Åsgard.


Również starożytni Grecy przypisywali tęczy nadziemską moc. Utożsamiana była z boginią o imieniu Iris, która będąc pokojówką bogini Hery, czuwała nad swoją panią i nigdy nie zasypiała gotowa na każde wezwanie. Często też powoziła złotym rydwanem Hery zaprzężonym w stado pawi. Iris posiadała parę rozłożystych tęczobarwnych skrzydeł, dzięki czemu poruszała się szybciej nawet od boskiego posłańca Hermesa, dlatego niekiedy proszona była o zejście na ziemię z wiadomością od bogów i przekazanie ludziom woli bogów i to właśnie wtedy na niebie ukazywała się tęcza, będąca pomostem pomiędzy światem ludzi i bogów. Grecy wierzyli, że podobnie jak słońce jednoczy niebo i ziemię, tak Iris łączy wyniosłych bogów z prostymi ludźmi.

W religiach dalekiego wschodu również występują bóstwa, których atrybutem jest tęcza. W starożytnych mitach chińskich można znaleźć opisy bogini Nüwa 女媧 - z głową kobiety i ciałem węża była uważana za stwórczynię rodzaju ludzkiego. Z gliny tworzyła figurki ludzi, które później wypalała w piecu, aby nie były kruche – te palone w zbyt wysokiej temperaturze stawały się czarnoskóre, a te w zbyt niskiej – rasą białą. Figurki wypalane w idealnej temperaturze nabierały żółtej barwy skóry. Wierzono również, że Nüwa naprawiła nieboskłon, który został zniszczony podczas wojny bogów. Używając kamieni w pięciu kolorach załatała szczelinę, która powstała w czasie walki – tym sposobem na niebie pojawiła się tęcza.

Hinduizm również posiada swojego boga tęczy – jest nim Indra – bóg deszczu, grzmotów i błyskawicy (w jakimś sensie można go porównać do nordyckiego Thora bądź greckiego Zeusa). W sanskrycie tęcza nazywana jest indradhanus इन्द्रधनुस्, co znaczy łuk Indry.

Co ciekawe również w chrześcijaństwie i judaizmie znajdziemy odniesienia do tęczy jako boskiego znaku. To przecież właśnie tęcza pojawiła się na niebie, kiedy wielka powódź po 40 dniach dobiegła końca, jako znak nowego przymierza pomiędzy Bogiem a ludźmi. Bóg obiecał wtedy Noemu, że nigdy więcej nie ześle na ziemię potopu, by ukarać ludzi za grzechy.

Z kolei w wierzeniach australijskich Aborygenów pojawia się tęczowy wąż Yingarna, który mieszkał głęboko pod ziemią w pobliżu studni artezyjskich. Wychodząc spod ziemi wypchał nad powierzchnię ogromne jej masy, tworząc przy tym łańcuchy wysokich gór. Tęczowy wąż uważany za wroga Słońca, dzięki swoim licznym wędrówkom napełniał również źródła i tworzył strumienie. Tym samym wierzono, że stanowi dobrodzieja i obrońcę ludzi, który jednocześnie może ukarać ich, za nieprzestrzeganie prawa zsyłając suszę.

Oczywiście chyba najlepszym z poznanych do tej pory przeze mnie wierzeń związanych z tęczą, jest ten, o garncu złota ukrytym na jej końcu przez irlandzkiego leprikona. Ktokolwiek dotrze na koniec tęczy może liczyć na sowitą nagrodę.

Z kolei starobułgarskie podania mówią, że ktokolwiek przejdzie pod tęczą zostanie odmieniony w swojej płci – mężczyzna zacznie myśleć jak kobieta, a kobieta jak mężczyzna. Może właśnie z lej legendy wywodzi się tęczowa flaga - symbol ruchu LGBT?

A na koniec jedna z moich ulubionych piosenek „Somwhere over the rainbow” w Czarnoksiężnika z Krainy Oz w wykonaniu duetu (niemożliwego) Evy Cassidy i Katie Melua. Film troszkę przydługawy, bo na początku można obejrzeć materiał o życiu i twórczości Evy, ale gorąco polecam w całości.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Schodami w niemożliwe

W zeszłym tygodniu miałam okazję obejrzeć film Christophera Nolana Incepcja z Leonardo DiCaprio w roli doskonałego złodzieja, który działa w najwrażliwszym z możliwych światów, czyli w podświadomości ludzkiej. Wkradając się do umysłu ofiary podczas snu, ma możliwość wydobycia wszelkich, nawet najbardziej tajnych informacji. Fabuła filmu w zasadzie mało zaskakująca, ale efekty specjalne pierwsza klasa.

W przedstawionym w filmie świecie snów czas staje się lepki i rozciągliwy, a prawa fizyki działają tylko w takim zakresie, w jakim chcemy. Architekci mogą projektować budowle, które w rzeczywistości nie miałyby możliwości powstać, ponieważ przeczą zasadom logiki. Jednym z używanych przez nich trików jest paradoks Penrose’a. W latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia brytyjski naukowiec Lionel Penrose wraz ze swoim synem Rogerem stworzył serię figur niemożliwych, zaprzeczających logice przestrzennej, wśród których chyba najbardziej rozpoznawalny jest trójkąt Penrose’a.

Próba przeniesienia figur niemożliwych do świata trójwymiarowego powoduje powstania złudzenia optycznego, którego świetnym przykładem są schody Penrose’a. Motyw ten został wykorzystany w litografii holenderskiego artysty Mauritsa Cornelisa Eschera z 1960r.
Dzieło Wchodzący i schodzący przedstawiający budowlę z niekończącymi się schodami, po których w koło wchodzą i schodzą mnichowie. Nie ma tu przypadku, ponieważ holenderskie powiedzenie „praca mnicha” oznacza bezcelowe marnowanie czasu. Czyli również chodzenie schodami bez końca.

Wykorzystanie figur niemożliwych w świecie snów nie dziwi mnie zbytnio. Tym bardziej, że dopóki śnimy, wszystko co widzimy i przeżywamy jest jak najbardziej logiczne, aż do momentu obudzenia.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Téméraire

The fighting Téméraire tugged to her last berth to be broken up
Joseph Mallord William Turner
1838-1839, olej na płótnie, National Gallery London


Turner's Old Téméraire
James Russell Lowell

Thou wast the fairest of all man-made things
The breath of heaven bore up thy cloudy wings,
And, patient in their triple rank,
The thunders crouched about thy flank,
Their black lips silent with the doom of kings.

The storm-wind loved to rock him in thy pines,
And swell thy vans with breath of great designs;
Long-wildered pilgrims of the main
By thee relaid their course again,
Whose prow was guided by celestial signs.

How didst thou trample on tumultuous seas,
Or, like some basking sea-beast stretched at ease,
Let the bull-fronted surges glide
Caressingly along thy side,
Like glad hounds leaping by the huntsman's knees!

Heroic feet, with fire of genius shod,
In battle's ecstasy thy deck have trod,
While from their touch a fulgor ran
Through plank and spar, from man to man,
Welding thee to a thunderbolt of God.

Now a black demon, belching fire and steam,
Drags thee away, a pale, dismantled dream,
And all thy desecrated bulk
Must landlocked lie, a helpless hulk,
To gather weeds in the regardless stream.

Woe's me, from Ocean's sky-horizoned air
To this! Better, the flame-cross still aflare,
Shot-shattered to have met thy doom
Where thy last lightnings cheered the gloom,
Than here be safe in dangerless despair.

Thy drooping symbol to the flag-staff clings,
Thy rudder soothes the tide to lazy rings,
Thy thunders now but birthdays greet,
Thy planks forget the martyrs' feet,
Thy masts what challenges the sea-wind brings.

Thou a mere hospital, where human wrecks,
Like winter-flies, crawl, those renowned decks,
Ne'er trodden save by captive foes,
And wonted sternly to impose
God's will and thine on bowed imperial necks!

Shall nevermore, engendered of thy fame,
A new sea-eagle heir thy conqueror name.
And with commissioned talons wrench
From thy supplanter's grimy clench
His sheath of steel, his wings of smoke and flame?

This shall the pleased eyes of our children see;
For this the stars of God long even as we;
Earth listens for his wings; the Fates
Expectant lean; Faith cross-propt waits,
And the tired waves of Thought's insurgent sea.


*HMS Téméraire: zaopatrzony w 98 dział liniowiec, który wsławił się w bitwie pod Trafalgarem w 1805 roku. Drugi w szyku liniowym zajmował miejsce tuż za flagowym HMS Victory dowodzonym przez admirała Horatio Nelsona. Téméraire płynący pod dowództwem kapitana Eliab Harvey’a miał znaczny wpływ na przebieg bitwy i zwycięstwo floty brytyjskiej. W latach 1812–1815 ograbiony z części wyposażenia, ten żaglowiec-weteran był wykorzystywany jako pływające więzienie, a później również jako statek, na którym „terminowali” (często wbrew swojej woli) młodzi rekruci Royal Navy. W 1836r. Téméraire jako totalny wrak został doholowany do wybrzeży Londynu i tam rozebrany na części.

czwartek, 5 lutego 2009

Le fils de l'homme


René Magritte to belgijski malarz surrealista, którego twórczość zajmuje niewątpliwie ważne miejsce w sztuce XX wieku. Jego obrazy - prawie idealnie, niemal fotograficznie odwzorowujące przedmioty czy miejsca - zaskakują, a niekiedy nawet szokują ujęciem rzeczywistości. Są połączeniem zwyczajnego, można powiedzieć codziennego realizmu i fantastycznej, tajemniczej bajkowości.

Moim ulubionym obrazem Magritte'a i chyba jednym z najbardziej znanych jest "Syn człowieczy". Obraz olejny namalowany w 1964r. przedstawia mężczyznę ubranego w garnitur, czerwony krawat i czarny melonik, którego twarz niemal w całości zasłonięta jest przez wiszące w powietrzu zielone jabłko i tylko pomiędzy listkami dostrzec można jedno oko. Mężczyzna pokazany na tle zachmurzonego nieba stoi przed murkiem, za którym widać rozciągające się aż po horyzont morze.

Trudno jednak doszukiwać się znaczenia poszczególnych elementów przedstawionych na obrazie. Wiadomo jedynie, że malowany był jako autoportret, a sam Magritte tak go skomentował:
At least it hides the face partly. Well, so you have the apparent face, the apple, hiding the visible but hidden, the face of the person. It's something that happens constantly. Everything we see hides another thing, we always want to see what is hidden by what we see. There is an interest in that which is hidden and which the visible does not show us. This interest can take the form of a quite intense feeling, a sort of conflict, one might say, between the visible that is hidden and the visible that is present.

Obraz ten od wielu lat porusza wyobraźnię twórców - czy to pisarzy, czy scenarzystów, już nawet nie wspominając o setkach wariacji malarskich czy graficznych na jego temat. W 1999r. powstał (rewelacyjny moim zdaniem!) film "Thomas Crown Affair" z Piercem Brosnanem w tytułowej roli, w którym wykorzystano motyw Syna człowieczego.



W Polsce twórczość Magritte'a doczekała się nawet gry komputerowej. Maricn M. Drews w ramach części praktycznej swojej pracy dyplomowej stworzył calkowicie darmową grę przygodową, której akcja rozgrywa się we Wrocławiu (dla mnie osobiście wybór Wrocławia dodaje grze specyficznego uroku) - lekko zmienionym przez surrealistyczne obiekty z obrazów malarza. Gra, która została stworzona jako pomoc edukacyjna, ma być dowodem na to, że można uczyć - bawiąc. W tym przypadku poznawanie dzieł słynnego malarza następuje poprzez wcielenie się w bohatera gry, który krok po kroku przemierza miasto rozwiązując kolejne zagadki. Przewodnikiem w grze jest właśnie postać Syna człowieczego.

niedziela, 18 stycznia 2009

Yerkaland


Jacek Yerka (wł. Jacek Kowalski) urodził się w 1952r. w Toruniu. Podobnie jak jego rodzice skończył Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.
Sam o sobie:
Przyszedłem na świat obciążony dziedzicznie i to podwójnie. Moje najwcześniejsze wspomnienia łączą się z zapachami farb, tuszy, papieru, gumek do mazania i pędzli.

W artystycznej współpracy rodziców, to ojciec był nosicielem dobrych pomysłów, a mama bardzo perfekcyjnym wykonawcą. Na szczęście, odziedziczyłem po rodzicach ich jasne strony, przynajmniej na polu sztuki.

Najważniejszą dla mnie osobą w dzieciństwie była mama ojca - Wanda.
Całe życie nazywałem ją babunią. Spędziłem w jej mieszkaniu i na wspólnych spacerach po lesie najpiękniejsze chwile dzieciństwa. Babunia miała złote serce i anielską cierpliwość i nigdy na mnie nie podniosła głosu.
W przeciwieństwie do niej, dziadek Jachu, jak go nazywaliśmy, był apodyktycznym cholerykiem i nie znosił sprzeciwu.

Kiedyś wypełniał chyba księgi rachunkowe, a ja, dwulatek, koniecznie chciałem mu pokazać, że już potrafię narysować auto, oczywiście na tych księgach. Krzyknął wtedy na mnie niegramatycznie - "nie rysowaj!", za co traktowałem go już z dystansem do końca życia.

Jako nadwrażliwe dziecko, miałem od początku kłopoty w kontaktach z otoczeniem i rówieśnikami. Nienawidziłem wychodzenia na podwórko. Siadałem z ołówkiem i zagłębiałem się w inną rzeczywistość. Niewiele wtedy malowałem, za to uwielbiałem rysować i rzeźbić.
Palce miałem zawsze pocięte ostrym nożykiem, z którym się nie rozstawałem. To była moja ucieczka od szarej, a czasem przerażającej rzeczywistości; rysunki, setki rysunków i małe rzeźby: łódki, głowy, postacie, fantastyczne maski.

Koszmar, jakim była dla mnie szkoła, przeżyłem po części dlatego, że nauczyciele pozwalali mi rzeźbić nawet na lekcjach; sprawdziwszy uprzednio, że mam podzielność uwagi i dokładnie wiem w każdej chwili, o czym mówią.
W liceum natomiast stałem się nietykalny, gdy najgorszym zbirom klasowym zrobiłem udane portrety długopisem.

Nie chciałem być artystą, jak rodzice. Myślałem o astronomii lub medycynie. Dopiero rok przed maturą wziąłem pierwszy raz farby olejne do ręki i zacząłem się przebijać przez tajemniczy świat kolorów.


Jeszcze przed studiami przećwiczyłem w praktyce wszystkie kierunki współczesnego malarstwa od impresjonizmu do abstrakcji. Chwilę zafascynowałem się Cezannem, namalowałem stos akwareli w stylu Paula Klee i już na pierwszym roku studiów stwierdziłem, że jedyną rzeczą, która mnie bez przerwy fascynuje, nakręca i inspiruje, jest XV-wieczne niderlandzkie malarstwo tablicowe. To był taki mój wzorzec z Sevres, do którego przez lata starałem się porównywać moje obrazy.

Oczywiście, na malarstwie gorąco mnie namawiano, żebym malował zupełnie inaczej, w rezultacie z malarstwa miałem trójkę. Wybrałem więc jako specjalizację grafikę warsztatową.
Nieodżałowany prof. Edmund Piotrowicz po pierwszej korekcie powiedział mi, że całkowicie się ze mną nie zgadza , ale o coś mi chodzi więc daje mi zupełnie wolną rękę ; i rzeczywiście, korekt już więcej nie miałem i czułem się trochę jak na bardzo pracowitym , trzyletnim plenerze - realizowałem swoje senne wizje w technice miedziorytu, z dokładnością i w stylu Durera.


Na studiach prowadziłem podwójne życie artystyczne - z jednej strony zajęcia, projekty, zaliczenia, plakaty na różne konkursy, a z drugiej codziennie wieczorem kilka godzin nad następnym obrazem pokazywanym tylko rodzinie i przyjaciołom.

Plakaty to odrębny etap w moim życiu. Przypadkowo, na drugim roku studiów, odkryto u mnie dar robienia trafionych w sedno plakatów, co w połączeniu z perfekcyjną techniką owocowało licznymi sukcesami na krajowych i międzynarodowych konkursach.
Za pierwszy zrobiony w życiu plakat (l nagroda w konkursie z okazji 50-lecia Polskiego Związku Łowieckiego w 1972r.), kupiłem sobie największe jakie można było w 1972 roku, albumy Durera i Boscha.
Za jeden z ostatnich (l nagroda na międzynarodowym konkursie w Mediolanie promującym rozwój publicznego transportu w 1980r.) mieszkanie i dobry samochód.
Z zamawianych plakatów i nagród w różnych konkursach, utrzymywałem się do 1980 roku, jednocześnie w wolnych chwilach malując swoje sny i wspomnienia z dzieciństwa.


Spotkanie Grażyny Hase i jej galerii wciągnęło mnie bez reszty w malarstwo. I tak też trwa do dzisiejszego dnia, niezależnie od życiowych kryzysów, zmian i zawirowań.
Po galerii Grażyny Hase związałem się z galerią sióstr Wahl.
Od 1991 roku moim agentem została Elżbieta Lavastre z Francji, a od 1994 związałem się z Morpheus Gallery w Beverly Hills i Jamesem Cowanem, wydawcą moich albumów.
W latach 1998-2002 wystawiałem w Galerii SD w Panoramie, a obecnie współpracuję z Domem Aukcyjnym Agra-art i Konradem Szukalskim jako jedynym agentem i przedstawicielem.

W 1996 roku za namową Andrzeja Ważnego zacząłem robić również pastele.

Wyłomem w monotonii pracy nad kolejnymi obrazami okazała się propozycja z Hollywood.
Producent Renę Daalder zakupił prawa do 50 piosenek Beatlesów l po odkryciu albumów z moimi obrazami uznał, że trzeba to połączyć w filmie science-fiction "Strawberry Fields". Brałem udział w początkowej fazie produkcji filmu projektując postacie, organiczne maszyny-potwory i nierealne pejzaże . Odpryskiem tej pracy są obrazy i pastele: Poprzez wszechświat, Plaża techno, Stworzenie życia, Przerwany piknik.


Największym moim źródłem inspiracji zawsze były, są i będą przeżycia ze wczesnego dzieciństwa - tamte miejsca, nastroje, nawet zapachy i technika z lat 50-tych: Pomiędzy niebem i piekłem, Atak o poranku, Lato w mieście, Kolej na poziomki, Łazienka oceaniczna, Raj w podwórzu, Halloween - to tylko przykłady.

Osobna grupa obrazów jest inspirowana snami - New Age Manhattan, Metropolis, Przeprowadzka, Sonet, Drzewko poziomkowe , Zawrót głowy, Król borowik, Katedra ,Dom nad wodospadem, Sen nocy letniej, Nauka pływania, Stworzenie wody, Ślepa uliczka.

Pobyt na wsi w różnych częściach Polski zaowocował całą grupą "rustykalnych" obrazów - Pogoda pod bzem, Amok żniwny, Przesyłka expresowa, Pod pejzażem , Zazdrość, Kosmiczna stodoła, Przygoda na wakacjach, Ursus Zwyciezca, Polny kredens, Pełna miska, itp
.


Tekst pochodzi ze strony Yerkaland