Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 stycznia 2012

Książkowa niedziela III: "Królowe. Sześć żon Henryka VIII" D. Starkey

Tytuł: Królowe. Sześć żon Henryka VIII
Autor: David Starkey
Wydawnictwo: Rebis Dom Wydawniczy
Data wydania: 08 grudnia 2004 (pl)

Z zasady nie lubię książek historycznych, ponieważ o przeczytanych faktach zapominam juz dwa dni po odłożeniu książki. Niemniej historię Anglii, z dużym naciskiem na XV i XVI wiek uwielbiam ze względu na fascynującą postać króla Henryka VII, a także jego sześciu żon i dwóch wspaniałych córek. Moja miłość do książek opisujących dzieje Albionu miała początek pewnego deszczowego popołudnia w bibliotece miejskiej, kiedy sięgnęłam po Ryszarda Lwie Serce autorstwa Georga Bidwella. Zakochałam się i w stylu pisania brytyjskiego autora, jak i w polskim tłumaczeniu tych książek przez jego żonę Annę. Przede wszystkim jednak zakochałam się w historii Wielkiej Brytanii. Jako trzynastolatka marzyłam o podróży do Anglii, nie wiedząc wtedy jeszcze, że 15 lat później wybiorę ten kraj na swoją druga ojczyznę. Choć może już wtedy cos przeczuwałam?

Bez względu jednak na osobiste wtręty, w ostatnim tygodniu sięgnęłam po książkę Davida Starkey's , brytyjskiego profesora historii, specjalizującego się w dynastii Tudorów. Starkey napisał ponad dwadzieścia książek dotyczących historii Anglii, większość z nich dotyczy króla Henryka VIII. I nie można się temu dziwić, ponieważ władca ten był i nadal jest uważany za jedną z najbarwniejszych postaci w historii nie tylko Wielkiej Brytanii, ale i całej Europy. Czytając Królowe. Sześć żon Henryka VII można odnieść wrażenie, że wszystkie jego działania związane były z kobietami, które kochał, których pożądał i których nienawidził. I choć to nie do końca prawda, to jedno z największych historycznych wydarzeń w dziejach Anglii - rozłam kościoła anglikańskiego od papieża nastąpił z powodu niezwykłego uczucia, którym Henryk darzył Annę Boleyn. I o ile sam Henryk był wielką osobowością zarówno jako władca, jak i mężczyzna, tak również każda z jego sześciu żon była niezwykłą kobietą, choć wszystkie różniły się od siebie diametralnie. Niestety dla wszystkich bez wyjątku miłość Henryka okazała się zgubna w ten, czy inny sposób. Divorced, beheaded, died, divorced, beheaded, survived. Ta krótka rymowanka, którą zna każde angielskie dziecko, dokładnie opisuje smutny los królowych Henryka VIII.

Trudno opisać książkę historyczną, nie wgłębiając się w szczegóły wydarzeń. Chyba w ogóle nie jest to możliwe, dlatego nawet nie będę próbować. Mogę jednak napisać, że książka Davida Starkey jest rewelacyjna. Dla każdego anglo- i tudorofila, ale też dla wszystkich osób, które mają ochotę na coś innego niż beletrystyka. Książka napisana jest jasnym, zabawnym językiem, a opisywane fakty nie przytłaczają , a jedynie stanowią tło dla interesującej powieści o Anglii u schyłku Średniowiecza. 8/10

niedziela, 28 listopada 2010

Światło w fazie rozkładu

Listopad nie jest najprzyjemniejszym miesiącem w roku. Szczerze mówiąc jest chyba jednym z najbardziej ponurych - według mojej opinii idzie łeb w łeb z lutym, choć na korzyść tego ostatniego działa to, że ma zaledwie 28 [+1] dni, a dodatkowo każdej mijającej doby przybywa nam słonecznych minut.

Wczoraj w ramach walki z listopadową aurą nic-niechcenia ubrałam swoje najbardziej kolorowe tenisówki i wyszłam na spacer, który wyglądał jak marsz z przeszkodami, bo musiałam przebijać się przez zaspy rudych liści. Wróciłam do domu lekko zmarznięta marząc o herbacie z sokiem malinowym w samą porę, bo kilka minut później spadł deszcz. A to niespodzianka! Deszcz w Londynie, zwłaszcza w listopadzie. Ale był to tylko przelotny deszczyk, który zostawił na niebie przepiękną tęczę. Wczorajszy deszczyk zamienił się dzisiaj w ulewę.


Tęcza zawsze była dla mnie czymś niezwykłym. Wierzyłam, że jest mostem łączącym niebo z ziemią i zawsze zwiastuje jakieś dobre wydarzenie. I nie byłam w tym wierzeniu odosobniona. W mitologii nordyckiej można znaleźć opowieść o Bifröst – płonącym tęczowym moście, który łączył ziemię, inaczej Midgard, będący światem śmiertelnych ludzi ze światem bogów Åsgard. Most pilnowany dzień i noc przez Heimdalla służył bogom do przemieszczania się pomiędzy ludzką a boską krainą. Wierzono, że na końcu świata tęczowy most runie pod ciężarem gigantów próbujących dostać się do Åsgard.


Również starożytni Grecy przypisywali tęczy nadziemską moc. Utożsamiana była z boginią o imieniu Iris, która będąc pokojówką bogini Hery, czuwała nad swoją panią i nigdy nie zasypiała gotowa na każde wezwanie. Często też powoziła złotym rydwanem Hery zaprzężonym w stado pawi. Iris posiadała parę rozłożystych tęczobarwnych skrzydeł, dzięki czemu poruszała się szybciej nawet od boskiego posłańca Hermesa, dlatego niekiedy proszona była o zejście na ziemię z wiadomością od bogów i przekazanie ludziom woli bogów i to właśnie wtedy na niebie ukazywała się tęcza, będąca pomostem pomiędzy światem ludzi i bogów. Grecy wierzyli, że podobnie jak słońce jednoczy niebo i ziemię, tak Iris łączy wyniosłych bogów z prostymi ludźmi.

W religiach dalekiego wschodu również występują bóstwa, których atrybutem jest tęcza. W starożytnych mitach chińskich można znaleźć opisy bogini Nüwa 女媧 - z głową kobiety i ciałem węża była uważana za stwórczynię rodzaju ludzkiego. Z gliny tworzyła figurki ludzi, które później wypalała w piecu, aby nie były kruche – te palone w zbyt wysokiej temperaturze stawały się czarnoskóre, a te w zbyt niskiej – rasą białą. Figurki wypalane w idealnej temperaturze nabierały żółtej barwy skóry. Wierzono również, że Nüwa naprawiła nieboskłon, który został zniszczony podczas wojny bogów. Używając kamieni w pięciu kolorach załatała szczelinę, która powstała w czasie walki – tym sposobem na niebie pojawiła się tęcza.

Hinduizm również posiada swojego boga tęczy – jest nim Indra – bóg deszczu, grzmotów i błyskawicy (w jakimś sensie można go porównać do nordyckiego Thora bądź greckiego Zeusa). W sanskrycie tęcza nazywana jest indradhanus इन्द्रधनुस्, co znaczy łuk Indry.

Co ciekawe również w chrześcijaństwie i judaizmie znajdziemy odniesienia do tęczy jako boskiego znaku. To przecież właśnie tęcza pojawiła się na niebie, kiedy wielka powódź po 40 dniach dobiegła końca, jako znak nowego przymierza pomiędzy Bogiem a ludźmi. Bóg obiecał wtedy Noemu, że nigdy więcej nie ześle na ziemię potopu, by ukarać ludzi za grzechy.

Z kolei w wierzeniach australijskich Aborygenów pojawia się tęczowy wąż Yingarna, który mieszkał głęboko pod ziemią w pobliżu studni artezyjskich. Wychodząc spod ziemi wypchał nad powierzchnię ogromne jej masy, tworząc przy tym łańcuchy wysokich gór. Tęczowy wąż uważany za wroga Słońca, dzięki swoim licznym wędrówkom napełniał również źródła i tworzył strumienie. Tym samym wierzono, że stanowi dobrodzieja i obrońcę ludzi, który jednocześnie może ukarać ich, za nieprzestrzeganie prawa zsyłając suszę.

Oczywiście chyba najlepszym z poznanych do tej pory przeze mnie wierzeń związanych z tęczą, jest ten, o garncu złota ukrytym na jej końcu przez irlandzkiego leprikona. Ktokolwiek dotrze na koniec tęczy może liczyć na sowitą nagrodę.

Z kolei starobułgarskie podania mówią, że ktokolwiek przejdzie pod tęczą zostanie odmieniony w swojej płci – mężczyzna zacznie myśleć jak kobieta, a kobieta jak mężczyzna. Może właśnie z lej legendy wywodzi się tęczowa flaga - symbol ruchu LGBT?

A na koniec jedna z moich ulubionych piosenek „Somwhere over the rainbow” w Czarnoksiężnika z Krainy Oz w wykonaniu duetu (niemożliwego) Evy Cassidy i Katie Melua. Film troszkę przydługawy, bo na początku można obejrzeć materiał o życiu i twórczości Evy, ale gorąco polecam w całości.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Schodami w niemożliwe

W zeszłym tygodniu miałam okazję obejrzeć film Christophera Nolana Incepcja z Leonardo DiCaprio w roli doskonałego złodzieja, który działa w najwrażliwszym z możliwych światów, czyli w podświadomości ludzkiej. Wkradając się do umysłu ofiary podczas snu, ma możliwość wydobycia wszelkich, nawet najbardziej tajnych informacji. Fabuła filmu w zasadzie mało zaskakująca, ale efekty specjalne pierwsza klasa.

W przedstawionym w filmie świecie snów czas staje się lepki i rozciągliwy, a prawa fizyki działają tylko w takim zakresie, w jakim chcemy. Architekci mogą projektować budowle, które w rzeczywistości nie miałyby możliwości powstać, ponieważ przeczą zasadom logiki. Jednym z używanych przez nich trików jest paradoks Penrose’a. W latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia brytyjski naukowiec Lionel Penrose wraz ze swoim synem Rogerem stworzył serię figur niemożliwych, zaprzeczających logice przestrzennej, wśród których chyba najbardziej rozpoznawalny jest trójkąt Penrose’a.

Próba przeniesienia figur niemożliwych do świata trójwymiarowego powoduje powstania złudzenia optycznego, którego świetnym przykładem są schody Penrose’a. Motyw ten został wykorzystany w litografii holenderskiego artysty Mauritsa Cornelisa Eschera z 1960r.
Dzieło Wchodzący i schodzący przedstawiający budowlę z niekończącymi się schodami, po których w koło wchodzą i schodzą mnichowie. Nie ma tu przypadku, ponieważ holenderskie powiedzenie „praca mnicha” oznacza bezcelowe marnowanie czasu. Czyli również chodzenie schodami bez końca.

Wykorzystanie figur niemożliwych w świecie snów nie dziwi mnie zbytnio. Tym bardziej, że dopóki śnimy, wszystko co widzimy i przeżywamy jest jak najbardziej logiczne, aż do momentu obudzenia.

niedziela, 9 maja 2010

Kobieta, która sięgnęła DNA

Genetyka to w ostatnim czasie jeden z najważniejszych i chyba najszybciej rozwijających się kierunków z dziedziny biologii i medycyny. Kto nie słyszał o komórkach macierzystych, żywności transgenicznej czy coraz popularniejszym badaniom genetycznym na ustalenie ojcostwa? Chyba każdy powyżej lat 12 wie, czym jest DNA i jaką funkcję spełnia we wszystkich żywych organizmach. Ale mogę się założyć, że mało kto zna historię Rosalind Franklin – kobiety, której badania nad strukturą DNA stanowią podstawę wszystkiego, co dzisiaj wiemy o tym niezwykłym związku chemicznym.

Rosalind Franklin urodziła się w 1920 w Londynie i od najmłodszych lat wykazywała zainteresowanie naukami ścisłymi. W wieku 21 lat ukończyła Newnham College. Otrzymanie stopnia naukowego w czasie II Wojny Światowej przyczyniło się do rozpoczęcia kariery w Brytyjskim Towarzystwie Badań nad Wykorzystaniem Węgla, a badania które tam prowadziła były zalążkiem jej pracy doktorskiej, którą ukończyła pięć lat później uzyskując tytuł doktora z dziedziny chemii fizycznej na Uniwersytecie Cambridge. W styczniu 1951 roku rozpoczęła pracę w King's College London, gdzie jej bezpośrednim szefem został Maurice Wilkins, który w tym czasie zajmował się rentgenograficznymi badaniami nad strukturą DNA. Rosalind Franklin kontynuowała pionierskie eksperymenty Wilkinsa jednocześnie udoskonalając metodę bardzo nowoczesnej ówcześnie krystalografii rentgenowskiej. To właśnie wytrwałość Franklin w udoskonalaniu metodyki badań miała kluczowe znaczenie dla odkrycia struktury DNA. Wcześniej uważano, że kwas dezoksyrybonukleinowy (DNA) jest swego rodzaju spoiwem łączącym cząsteczki białek, choć nie było wiadomo w jaki sposób. Kiedy odkryto, że cztery zasady azotowe – adenina, tymina, guanina i cytozyna – są odpowiedzialne za przenoszenie informacji genetycznej zaczęto się zastanawiać, w jaki sposób wszystkie te elementy są ze sobą połączone.

Do rozwiązania tej zagadki w ogromnym stopniu przyczyniły się wyniki badań Rosalind Franklin. Rentgenogramy sodowej soli kwasu DNA wykonane przez Franklin stanowiły dowód na to, że cząsteczka ma budowę helikalną. Słynna Fotografia 51 z 1952r., którą Wilkins pokazał Jamesowi D. Watsonowi bez wiedzy, a tym bardziej zgody Rosalind Franklin stała się podstawą przebłysku geniuszu Watsona (nie bez pomocy Wilkinsa, który wytłumaczył mu podstawowe prawa dyfrakcji, na której opiera się metoda krystalografii rentgenowskiej).

Duże X, które widniało na rentgenogramie, zgodnie z prawami fizyki pochodziło od promieni odbitych od każdego atomu cząsteczki chemicznej o budowie helisy. Watson jeszcze wtedy nie zauważył, że jest to podwójna helisa. Jaśniejsze struktury w kształcie karo powyżej, poniżej oraz po bokach kształtu X według Watsona były odbiciem przedłużenia helisy, choć dzisiaj specjaliści wiedzą, że pochodzą one od regularnie powtarzających się struktur cukrowo-fosforanowych znajdujących się na zewnętrznych krańcach DNA. Różne odcienie szarości na zdjęciu odpowiadają warstwom, przez które musiało przechodzić promieniowanie. Dzięki temu naukowcy byli w stanie obliczyć odległości pomiędzy cząsteczkami. Ważnym szczegółem jest brak czwartej warstwy (layer 4), spowodowany tym, że właśnie w tamtym miejscu przecinały się dwie helisy.

Watson, który od dłuższego czasu wraz z Francisem Crickiem pracował nad określeniem budowy DNA, podzielił się fotografią i swoimi spostrzeżeniami z kolegą i razem udało im się zbudować prawidłowy model DNA. Niemałą wiedzę na ten temat dostarczył im również raport dla Medical Research Council napisany przez Franklin w 1952r., w którym znalazła się informacja o fosforanowych cząstkach znajdujących się na zewnątrz drabiny DNA. Wcześniej Watson i Crick przez długi czas odrzucali tę teorię, która dla wyśmienitego chemika jakim była Franklin
jest wręcz oczywista – hydrofilowe zasady należy umieścić wewnątrz hydrofobowego płaszcza cukrowo-fosforanowego, w celu ich ochrony, tym bardziej, że przecież to one są czynnikami kodującymi genom. Kiedy jednak nie udało się stworzyć modelu z zasadami azotowymi na zewnątrz, skorzystali z opinii Rosalind Franklin. Wynik znamy wszyscy.

25 kwietnia 1953 roku w Nature został opublikowany artykuł opisujący model DNA zbudowany przez Watsona i Cricka. Autorzy nie uwzględnili w nim osoby Rosalind Franklin, jako kluczowej dla tego odkrycia, choć wspomnieli, że korzystali z jej badań przy tworzeniu modelu. W tym samym numerze Nature znalazł się również artykuł Franklin o strukturze DNA zawierający wykonane przez nią rentgenogramy, który redakcja potraktowała, jako wsparcie dla głównego artykułu Watsona i Cricka. Sama Franklin napisała, że panowie Watson i Crick odegrali ważną rolę w tym przełomowym odkryciu. Może właśnie dlatego dzisiaj wszyscy znają ich nazwiska, natomiast zupełnie nie wiedzą kim była Rosalind Franklin.

Smutną rzeczą jest to, że kiedy Watson, Crick i Wilkins odbierali w 1962 roku Nagrodę Nobla z dziedziny medycyny za badania nad kwasami nukleinowymi, Rosalind Franklin nie żyła już od czterech lat. Zmarła w wieku 37 lat na raka jajnika, który najprawdopodobniej został wywołany ciągłą ekspozycją na działanie promieni rentgenowskich.

środa, 28 kwietnia 2010

Wieczyste ruchadło

Nie, nie będę pisać o żadnych facetach (lub babeczkach, żeby nie zostać posądzoną o seksizm), którzy ruchają wszystko co się rusza i nie ucieka na drzewo, a nawet jeśli ucieka, to ściągają z drzewa przy pomocy grabek. Nazwę wieczyste ruchadło dla określenia perpetuum mobile zapożyczyłam od Andrzeja Sapkowskiego, który wybitnie rozśmieszył mnie tą starodawną polszczyzną, tym bardziej, że jakby na to nie patrzeć łacińskie perpetuum mobile w dokładnym tłumaczeniu znaczy wiecznie ruchome.
Ludzie niemal od zawsze dążyli do stworzenia cudownej maszyny, która będzie poruszała się lub wytwarzała energię bez żadnej pomocy z zewnątrz. Niestety na obecnym etapie rozwoju nauki i techniki skonstruowanie perpetuum mobile to zadanie z pogranicza fantazji, z tej prostej przyczyny, że urządzenie, które wytwarzałoby energię z niczego zaprzecza podstawowym prawom fizyki. Co nie zmienia faktu, że wielu konstruktorów-amatórw próbowało i na pewno wielu jeszcze będzie próbować.

Wyjątkowe zainteresowanie zbudowaniem perpetuum mobile przypadło na XVI i XVII wiek. Sam Leonardo da Vinci, jeden z najwybitniejszych umysłów epoki renesansu, również był jednym z tych, którzy rozmyślali nad stworzeniem maszyny, która raz wprawiona w ruch, działałaby w nieskończoność. Biedny Leonardo nie wpadł na genialny w swej prostocie pomysł – przywiązania kromki chleba posmarowanej masłem do grzbietu kota (masłem do góry rzecz jasna), który to wynalazek działający w myśl przecież wszystkim doskonale znanych zasad, że kot zawsze spada na cztery łapy, a chleb masłem do ziemi jest wręcz idealnym perpetuum mobile.


niedziela, 30 sierpnia 2009

Kołyska Newtona


Nie, nie chodzi tutaj o bujane łóżeczko, w którym jako niemowlę sypiał sir Isaac Newton, ale o zabawkę, której nazwa – Newton’s cradle – została wymyślona w 1967r. przez angielskiego aktora Simona Prebble.


Zabawka składa się z kilku - na ogół pięciu - takich samych, zawieszonych obok siebie kulek. Każda kulka przymocowana jest do stojaka za pomocą dwóch jednakowych linek. Kiedy jedna z kulek zostanie odchylona i puszczona, uderza w szereg pozostałych kulek, powodując odchylenie tylko ostatniej z nich. Odchylenie i upuszczenie dwóch lub więcej kulek w analogiczny sposób powoduje odchylenie takiej samej ich liczby po przeciwnej stronie szeregu. Aby zabawka działała prawidłowo, wszystkie linki muszą być równej długości i nie mogą się stykać.



Wahania z zasadami

Kołyska Newtona jest zabawką urzekającą w swojej prostocie, choć jednocześnie stanowi układ, który w wyśmienity sposób przedstawia podstawowe prawa fizyki, jakimi są zasada zachowania pędu i zasada zachowania energii – w tym przypadku energii kinetycznej zderzających się sprężyście kulek. W momencie, kiedy odchylona kulka uderza w inną (zawieszoną nieruchomo), przekazuje jej swoją energię, a ta następnej i następnej kulce w rzędzie, aż do ostatniej, która nie mając już jak oddać pobranej energii – odchyla się, a następnie uderza w poprzednią kulkę.

Zasada zachowania pędu powoduje, że odchylające się kulki poruszają się zawsze z taką samą prędkością. Ze względu to, że moment przekazywania pędu jest niedostrzegalny dla ludzkiego oka, postronny obserwator widzi tylko efekt działającego prawa fizycznego - ruchoma kulka uderzając w nieruchomą zatrzymuje się, po to aby zaczęła się poruszać kulka znajdująca się na końcu szeregu. Animacja powyżej pokazuje układ idealny, czyli taki, na który nie działają inne siły. W rzeczywistości opór powietrza sprawia, że po pewnym czasie kulki przestają się poruszać i trzeba ponownie którąś odchylić. W tym cała zabawa.

Największa aktualnie kołyska Newtona (wpisana do księgi rekordów Guinnessa) jest własnością The Geek Group z siedzibą w Kalamazoo w stanie Michigan, USA. Została zaprojektowana przez Chrisa Boden’a i składa się z 16 kul do kręgli, z których każda waży prawie 7 kg, a zawieszona jest na dwóch stalowych linach o długości ponad 6 metrów.

Kołyska Newtona jest dzisiaj popularnym elementem dekoracyjnym biurek: to nieodłączny element grubych ryb, szych, wisienek na czubku i majonezów w kanapkach, słowem, jest to zabawka biurowa szefów sporych korporacji, takich jak w amerykańskich filmach. Stanowi ciekawostkę wystaw naukowych lub przyciągającą oko ekspozycję uliczną, jak również bywa motywem spotów i plakatów reklamowych.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Chimera

Mitologia grecka obfituje w przeróżne postacie – bogów i boginie, satyrów i nimfy, herosów i zwykłych ludzi. Obok nich występują przedziwne istoty – pół ludzie pół zwierzęta, jak minotaur o ciele człowieka i głowie byka, centaury z ludzką głową i tułowiem konia, jak również hybrydy zwierząt – gryf, czyli lew z głową orła, skrzydlaty koń pegaz, czy chimera – kreatura o głowie lwa, ciele kozła i wężowym ogonie.

Chimera była potomkiem Echidny, którą opisywano jako młodą czarnooką i żądną krwi kobietę z cętkowanym ogonem węża zamiast nóg oraz Tyfona – wielkiego, skrzydlatego człowieka, z którego dłoni zamiast palców wyrastało sto smoczych głów, a nogi oplatało kłębowisko żmij. Ta urocza para spłodziła również inne potwory, m.in. dwugłowego psa Orthrosa, Hydrę Lernejską, Cerbera, stugłowego smoka Ladona, czy Gorgonę.

Chimera jako zionąca ogniem i pustosząca ziemię kreatura, budziła gorzę, dlatego na rozkaz Jobatesa, króla Licji, została w końcu zabita przez Bellerofonta. Ta scena dość często była tematem starożytnego malarstwa i rzeźby.

Mitologiczny wstęp o chimerze to nie tylko wyraz sympatii dla twórczości Jana Parandowskiego. Jako domorosły biolog (no może nie taki całkiem domorosły) chimerą zainteresowałam się, kiedy usłyszałam o jej ludzkiej odmianie - a dokładnie o ludziach, którzy posiadają więcej niż jeden rodzaj DNA. Niemożliwe? A jednak...

Jak wiadomo naukowcy od dawna eksperymentują z DNA, nie tylko ludzkim ale i zwierzęcym. Już 25 lat temu w Nature pojawił się artykuł o kozio-owczej hybrydzie geep (nazwa pochodzi od połączenia angielskiego goat - koza i sheep – owca). Znane są również udane próby komibinacji genów człowieka i zwierzęcia – jak choćby przypadek świni z ludzką krwią lub myszy z ludzkimi neuronami. Takie chimery są jednak wynikiem eksperymentów naukowych i najprawdopodobniej nidgy nie powstałyby samoistnie. Zaskakujące jest natomiast to, że w przyrodzie naturalnie występują organizmy, które posiadają dwa różne zestawy genów. Także wśród ludzi.

W jaki sposób powstają ludzkie chimery? Są trzy możliwości. Pierwszą z nich jest połączenie się w łonie matki dwóch embrionów powstałych wyniku zapłodnienia dwóch jajeczek przez dwa różne plemniki. W wielkim uproszczeniu można powiedzieć, że jest to proces „odwrtony” do tworzenia się bliźniąt dwujajowych. Oczywiście może on zajść tylko w bardzo wczesnym stadium rozwoju zarodkowego, kiedy embriony stanowią jeszcze zlepek niewyspecjalizowanych komórek. W ten sposób rodzi się człowiek, którego poszczególne części ciała wytworzone są z komórek posiadających różne DNA (podobnie jak różne DNA mają bliźnięta dwujajowe).

Druga możliwość powstania człowieka-chimery zachodzi w momencie, kiedy w czasie dwujajowej ciąży bliźniaczej zarodki dzielą wspólne łóżysko. W takim przypadku może dojść do wymiesznia się ich krwi i wtedy każde z nich w krwioobiegu obok własnych komórek posiada również komórki bliźniaka. Wszystkie inne komórki ich ciała mają jedno, właściwe dla danego organizmu DNA.

Trzecią drogą do powstania ludzkiej chimery jest błąd w replikacji DNA w czasie rozwoju zarodkowego. Pojedyncza komórka, aby stać się gotowym do wyjścia na świat nowordkiem, przechodzi mnóstwo podziałów. Zdarza się, że gdzieś na początku tego procesu następuje błąd w kopiowaniu DNA, co jednak nie wypływa na prawidłowy rozwój zarodka. W efekcie na świat przychodzi człowiek, którego część komórek posiada inne DNA niż pozostałe. Taki organizm nazywa się mozaikowym.

Do tej pory na całym świecie zanotowano zaledwie kilkadziesiąt przypadków ludzi - chimer. Jednym z nich jest Lydia Fairchild, która dowiedziała się, że jest hybrydą, kiedy przed sądem musiała udowodnić, że dzieci, które urodziła są jej własne, choć testy genetyczne to wykluczały. Biorąc pod uwagę, że człowiek-chimera w wyglądzie zewnętrzym nie różni się niczym od „normalnych” ludzi, a wykrycie, że jest chimerą wymaga szczegółowych badań genetycznych – można przypuszczać, że takich osób jest dużo więcej.

niedziela, 9 sierpnia 2009

Exquisite corpse

Wyborny trup (ang. exquisite corpse, fr. cadavre exquis) to urocza nazwa zabaway wymyślonej w 1925r. przez francuskiego poetę Jacques’a Prévert. Zasady tej zabawy są bardzo proste i polegają na tworzeniu przez jej uczestników wspólnych zdań lub rysunków, przy czym kolejni gracze po napisaniu słowa lub narysowaniu fragmentu obrazka, zakrywają go zaginając kartkę. W ten sposób nasępna osoba nie wie co wymyślili jej poprzednicy. W efekcie powstają surrealistyczne rysunki lub pozbawione sensu zdania, których przykładem jest choćby Wyborny trup będzie pił nowe wino (Le cadavre - exquis - boira - le vin – nouveau) – pierwsze zdanie, które utworzono w tej zabawie i od którego wywodzi się jej nazwa.

Exquisite bodies to z kolei nazwa wystawy, którą za darmo można oglądać w Londynie do 18. października. Wystawa ma trochę przewrotny tytuł i pomimo podobieństwa nie ma nic wspólnego z niewinną zabawą, ponieważ poświęcona jest XIX-wiecznym figurom woskowym, które używane były jako modele w nauce anatomii, bądź praktyce medycznej.

Extraction of the placenta
Plaster relief from a series illustrating the stages of childbirth
Undated (c.1900)

Head exhibiting syphilis, c.1900

Wystawa może wydawać się odrażająca i pewnie dla niektórych taka jest. Ja jednak jestem zdecydowana się na nią wybrać i mam wrażenie, że będzie bardziej interesująca niż ekspozycja znajdująca się muzeum figur woskowych Madame Tussauds.