Pokazywanie postów oznaczonych etykietą portrety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą portrety. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 stycznia 2013

2/52 "Spowiedź heretyka. Sacrum profanum" A. N. Darski, P. Weltrowski, K. Azarewicz

Tytuł: Spowiedź heretyka. Sacrum profanum.
Autor: Adam Nergal Darski, Piotr Weltrowski, Krzysztof Azarewicz
Wydawnictwo: G+J Gruner&Jahr
Data wydania: 21 listopada 2012

Kolejny wywiad-rzeka, tym razem z kontrowersyjnym muzykiem Adamem Nergalem Darskim, który szerszej publiczności kojarzy się głównie z romansu z Dodą. Za książkę wzięłam się głównie dzięki pozytywnym recenzjom znajomych i muszę przyznać, że była to naprawdę ciekawa lektura.

Nie jestem fanką muzyki uprawianej przez Nergala i jego zespół Behemot, co przekładało się również na moją nieznajomość owej osoby. Migał mi oczywiście na portalach plotkarskich w kontekście ognistego romansu z Dodą, później choroby nowotworowej, a na koniec udziału w programie Voice of Poland jako juror, ale nic poza tym. Aż do książki.

Napisana naprawdę przystępnie, nie kreuje Nergala ani na dziecko szatana, ani na rozwydrzonego celebrytę, a już najmniej na męczennika, który wyszedł z ciężkiej choroby li i jedynie dzięki swej bohaterskiej postawie. Adam Darski to normalny facet z krwi i kości (i to określenie jest jak najbardziej trafne i właściwe, chociaż i krew i kości w jego przypadku zostały poddane remontowi, czego wynikiem była choćby zmiana grupy krwi). Przeżywa wzloty i upadki, jak każdy inny: zakochuje się, wkurwia, odprawia balety i ciężko pracuje. Wszystko zbilansowane jeśli wierzyć książce, a w zasadzie nie wierzyć jej nie mam powodu, gdyż napisana została nie tylko przez samego Darskiego, ale również przy współudziale jego dwóch dobrych kumpli - Piotra Weltrowskiego (dziennikarza i muzyka, który również gra z Behemotem) oraz Krzysztofa Azarewicza (dziennikarz, poeta, filozof, którego współpraca z Behemotem polega przede wszystkim na współtworzeniu tekstów). No tak, żadna to gwarancja szczerego wywiadu, ale wydaje mi się, że Nergal zwyczajnie nie ma potrzeby kreowania się na kogoś kim nie jest. Osiągnął naprawdę wiele - jego zespół jest rozpoznawalny na świecie i koncertuje na każdej półkuli. A trzeba zaznaczyć, że chłopaki zaczynali od zera w dużym pokoju gdańskiego mieszkania rodziców Adama. Dodatkowo wygrał z chorobą i  nadal żyje tak jak lubi, choć jak sam mówi, z każdym upływającym rokiem jest coraz bardziej wybredny.

Nergal jest postrzegany w Polsce jako osoba mocno kontrowersyjna, ponieważ jawnie przyznaje się do tego, że nie wierzy w Boga (ani Ojca, ani żadnego innego). Jak sam tłumaczy akt darcia Biblii na koncertach nie był przejawem nienawiści do katolicyzmu jako takiego, ale zwykłym elementem performance towarzyszącym graniu określonego rodzaju muzyki. Adam Darski uważa religie (nie tylko katolicyzm, ale odnosi się przede wszystkim do niego) za próby prania mózgu ludziom, którzy poddawani indoktrynacji niemal od zarodka stają się bezwolnymi owieczkami prowadzonymi na rzeź. A dla niego osobiście, który tak bardzo umiłował wolność, jest to nie do przyjęcia. I chyba to umiłowanie wolności najbardziej mi się w nim podoba. Ma bezsprzecznie hedonistyczny stosunek do życia, ale nie łapie wszystkiego, jak leci, a wybiera to, co uważa za najlepsze dla siebie. Koledzy mogą się śmiać z ćwiczonek i jogurcików, ale według mnie, świadomość siły fizycznej jest tak samo ważna jak psychicznej. A to, że Nergal to całkiem łebski facet, nie ulega wątpliwości. I choć niekoniecznie zgadzam się ze wszystkimi jego poglądami, to forma, w jakiej je przekazał swoim czytelnikom, wzbudza we mnie szacunek do niego jako człowieka. Warto przeczytać  choćby tylko po to, żeby wyrobić sobie własne zdanie. 8/10

#1

#2

#3

#4

#5

#6

wtorek, 1 stycznia 2013

1/52 "Każdy szczyt ma swój Czubaszek" A. Andrus, M.Czubaszek

Tytuł: Każdy szczyt ma swój Czubaczek
Autor: Artur Andrus, Maria Czubaszek
Wydawnictwo: Prószyński Media
Data wydania: 04 listopada 2012

Każdy szczyt ma swój Czubaszek otrzymało zaszczytny tytuł mojego pierwszego czytadła 2013 roku. Książka napisana w stylu wywiadu-rzeki, który z Marią Czubaszek prowadzi Artur Andrus. Duet tworzą przezabawny. Andrusa znam głównie z kabaretonów, których jest świetnym konferansjerem, a w towarzystwie Czubaszek występuje w Spadkobierach - tasiemcowej telenoweli live, w której aktorzy do samego końca nie mają zielonego pojęcia o scenariuszu. Wydaje mi się, że wybór osoby prowadzącej rozmowy z Marią Czubaszek, które ostatecznie nabrały kształtu książki, w tym przypadku był raczej oczywisty.

Chociaż nie jest to powieść sensacyjna, ani porywający romans - przyznam, że książkę niemal połknęłam. Naprawdę dobrze mi się ją czytało i nie wiem, jak bardzo wpływ na to miała leniwa atmosfera urlopu świątecznego, a jak lekkość stylu, w jakim została  napisana. Jedno, co z książki wypływa już po kilku stronach, to pewność, że autorzy bardzo się lubią i szanują. Drugie, że oboje są bardzo inteligentni i przekłada się to na wyjątkowe poczucie humoru. A trzecie, że pani Czubaszek, jako główna bohaterka książki to wielkie indywiduum. I nie tylko dlatego, że nie przejmuje się konwenansami, że pali na potęgę i jawnie przyznaje się do tego, że nigdy nie chciała mieć dzieci, bo od dzieci woli psy. Myślę, iż głównie dlatego, że zdaje sobie sprawę ze swoich słabości i wcale nie uważa ich za coś, czego należy się wstydzić, a na dodatek również doskonale zna swoje mocne strony, co jednak nie jest powodem do snobowania. A przecież mogłaby - bo jako młoda dziennikarka  współtworzyła bardzo popularne audycje radiowe, bo ciągle coś pisała, bo obracała się w światku artystycznym Warszawy, bo wyszła za mąż za światowej sławy muzyka i od kilkudziesięciu już lat tworzy z nim udany związek, bo ciągle, pomimo upływu czasu jej twórczość jest nie tylko rozpoznawana, ale przede wszystkim lubiana przez szerokie grono odbiorców. 7/10



środa, 18 kwietnia 2012

Acta est fabula 1975 - 2012


"To brutalna prawda: umierając, zostawiamy niedojedzone herbatniki, niezaparzoną kawę, napoczęte rolki papieru toaletowego i do połowy opróżnione kartony mleka, psujące się w lodówce. Przedmioty codziennego użytku przeżyją nas, dowodząc, że nie byliśmy gotowi do odejścia. Że nie byliśmy wystarczająco mądrzy, dość bystrzy, dostatecznie bohaterscy. Że byliśmy tylko zwierzętami, których zwierzęce ciała przestały pracować bez żadnego planu i bez naszej zgody."
S.Hall

Pięknych snów Piotruś! Niech Ci tam będzie lepiej, niż było tutaj.

sobota, 6 listopada 2010

Facebook me

Obejrzałam wczoraj film w reżyserii Davida Finchera pt. The Social Network, który jest historią serwisu społecznościowego Facebook opowiedzianą w hollywoodzkim stylu. Dlaczego w hollywoodzkim? Bo wszystko zaczyna się od zdradzonej miłości a na kiczowatym sentymentalizmie kończy, z walką o duże pieniądze w tzw. międzyczasie. Akcja filmu obejmuje jedynie kilka dni, podczas których odbywają się procesy sądowe jakie wytoczyli głównemu twórcy portalu – Markowi Zuckerbergowi jego współpracownicy. Cała fabuła jednak to retrospekcje bohaterów do czasów, kiedy Facebook powstawał i z głupawego żartu zamieniał się powoli w najbardziej rozpoznawalny portal społecznościowy na świecie.

Recenzja z mojej strony może być tyko jedna: Like it!. Z dwóch względów.

Kiedy zamieszkałam w Londynie Facebook w Polsce prawie nie istniał. Tryumfy święciła Nasza-Klasa i w zasadzie nic nie wskazywało na to, że szybko się to zmieni. Ja sama stałam się użytkownikiem Facebooka niemal natychmiast po przyjeździe do UK za sprawą mojej australijskiej współlokatorki i od tego czasu mój stosunek do tego portalu graniczy z uzależnieniem. Loguję się kilka razy dziennie, głównie żeby popracować na farmie (FarmVille, kto gra, ten rozumie), ale również po to, żeby skontaktować się ze znajomymi, poprzeglądać ich posty i zdjęcia. Bycie częścią tej ponad 400 milionowej społeczności jest ważną częścią mojego codziennego życia i nawet jeśli ktoś uzna to za żałosne - bardzo mi odpowiada.

Drugim powodem dla kliknięcia Like it! jest świetna gra aktorów (nawet Justin Timberlake nie wygląda na lalusia, za jakiego zwykłam go uważać, ale na prawdziwego - w tym przypadku cynicznego i pozbawionego skrupułów twórcę Napstera), fantastyczne zdjęcia, ciekawa muzyka w tle. Słowem naprawdę dobrze zrobiona produkcja. Wprawdzie sam Mark Zuckerberg odciął się od historii przedstawionej w scenariuszu, czemu w zasadzie nie można się dziwić biorąc pod uwagę to, jak został w filmie przedstawiony, ale przecież nie chodzimy do kina oglądać prawdy, całej prawdy i tylko prawdy. Prawda?

niedziela, 9 maja 2010

Kobieta, która sięgnęła DNA

Genetyka to w ostatnim czasie jeden z najważniejszych i chyba najszybciej rozwijających się kierunków z dziedziny biologii i medycyny. Kto nie słyszał o komórkach macierzystych, żywności transgenicznej czy coraz popularniejszym badaniom genetycznym na ustalenie ojcostwa? Chyba każdy powyżej lat 12 wie, czym jest DNA i jaką funkcję spełnia we wszystkich żywych organizmach. Ale mogę się założyć, że mało kto zna historię Rosalind Franklin – kobiety, której badania nad strukturą DNA stanowią podstawę wszystkiego, co dzisiaj wiemy o tym niezwykłym związku chemicznym.

Rosalind Franklin urodziła się w 1920 w Londynie i od najmłodszych lat wykazywała zainteresowanie naukami ścisłymi. W wieku 21 lat ukończyła Newnham College. Otrzymanie stopnia naukowego w czasie II Wojny Światowej przyczyniło się do rozpoczęcia kariery w Brytyjskim Towarzystwie Badań nad Wykorzystaniem Węgla, a badania które tam prowadziła były zalążkiem jej pracy doktorskiej, którą ukończyła pięć lat później uzyskując tytuł doktora z dziedziny chemii fizycznej na Uniwersytecie Cambridge. W styczniu 1951 roku rozpoczęła pracę w King's College London, gdzie jej bezpośrednim szefem został Maurice Wilkins, który w tym czasie zajmował się rentgenograficznymi badaniami nad strukturą DNA. Rosalind Franklin kontynuowała pionierskie eksperymenty Wilkinsa jednocześnie udoskonalając metodę bardzo nowoczesnej ówcześnie krystalografii rentgenowskiej. To właśnie wytrwałość Franklin w udoskonalaniu metodyki badań miała kluczowe znaczenie dla odkrycia struktury DNA. Wcześniej uważano, że kwas dezoksyrybonukleinowy (DNA) jest swego rodzaju spoiwem łączącym cząsteczki białek, choć nie było wiadomo w jaki sposób. Kiedy odkryto, że cztery zasady azotowe – adenina, tymina, guanina i cytozyna – są odpowiedzialne za przenoszenie informacji genetycznej zaczęto się zastanawiać, w jaki sposób wszystkie te elementy są ze sobą połączone.

Do rozwiązania tej zagadki w ogromnym stopniu przyczyniły się wyniki badań Rosalind Franklin. Rentgenogramy sodowej soli kwasu DNA wykonane przez Franklin stanowiły dowód na to, że cząsteczka ma budowę helikalną. Słynna Fotografia 51 z 1952r., którą Wilkins pokazał Jamesowi D. Watsonowi bez wiedzy, a tym bardziej zgody Rosalind Franklin stała się podstawą przebłysku geniuszu Watsona (nie bez pomocy Wilkinsa, który wytłumaczył mu podstawowe prawa dyfrakcji, na której opiera się metoda krystalografii rentgenowskiej).

Duże X, które widniało na rentgenogramie, zgodnie z prawami fizyki pochodziło od promieni odbitych od każdego atomu cząsteczki chemicznej o budowie helisy. Watson jeszcze wtedy nie zauważył, że jest to podwójna helisa. Jaśniejsze struktury w kształcie karo powyżej, poniżej oraz po bokach kształtu X według Watsona były odbiciem przedłużenia helisy, choć dzisiaj specjaliści wiedzą, że pochodzą one od regularnie powtarzających się struktur cukrowo-fosforanowych znajdujących się na zewnętrznych krańcach DNA. Różne odcienie szarości na zdjęciu odpowiadają warstwom, przez które musiało przechodzić promieniowanie. Dzięki temu naukowcy byli w stanie obliczyć odległości pomiędzy cząsteczkami. Ważnym szczegółem jest brak czwartej warstwy (layer 4), spowodowany tym, że właśnie w tamtym miejscu przecinały się dwie helisy.

Watson, który od dłuższego czasu wraz z Francisem Crickiem pracował nad określeniem budowy DNA, podzielił się fotografią i swoimi spostrzeżeniami z kolegą i razem udało im się zbudować prawidłowy model DNA. Niemałą wiedzę na ten temat dostarczył im również raport dla Medical Research Council napisany przez Franklin w 1952r., w którym znalazła się informacja o fosforanowych cząstkach znajdujących się na zewnątrz drabiny DNA. Wcześniej Watson i Crick przez długi czas odrzucali tę teorię, która dla wyśmienitego chemika jakim była Franklin
jest wręcz oczywista – hydrofilowe zasady należy umieścić wewnątrz hydrofobowego płaszcza cukrowo-fosforanowego, w celu ich ochrony, tym bardziej, że przecież to one są czynnikami kodującymi genom. Kiedy jednak nie udało się stworzyć modelu z zasadami azotowymi na zewnątrz, skorzystali z opinii Rosalind Franklin. Wynik znamy wszyscy.

25 kwietnia 1953 roku w Nature został opublikowany artykuł opisujący model DNA zbudowany przez Watsona i Cricka. Autorzy nie uwzględnili w nim osoby Rosalind Franklin, jako kluczowej dla tego odkrycia, choć wspomnieli, że korzystali z jej badań przy tworzeniu modelu. W tym samym numerze Nature znalazł się również artykuł Franklin o strukturze DNA zawierający wykonane przez nią rentgenogramy, który redakcja potraktowała, jako wsparcie dla głównego artykułu Watsona i Cricka. Sama Franklin napisała, że panowie Watson i Crick odegrali ważną rolę w tym przełomowym odkryciu. Może właśnie dlatego dzisiaj wszyscy znają ich nazwiska, natomiast zupełnie nie wiedzą kim była Rosalind Franklin.

Smutną rzeczą jest to, że kiedy Watson, Crick i Wilkins odbierali w 1962 roku Nagrodę Nobla z dziedziny medycyny za badania nad kwasami nukleinowymi, Rosalind Franklin nie żyła już od czterech lat. Zmarła w wieku 37 lat na raka jajnika, który najprawdopodobniej został wywołany ciągłą ekspozycją na działanie promieni rentgenowskich.

sobota, 20 lutego 2010

Dwadzieścia poematów o miłości i jedna pieśń rozpaczy


10

Myśmy nawet ten zmierzch stracili.
Nikt nas nie widział z rękami złączonymi tego wieczora,
kiedy noc błękitna zapadała nad światem.

Widziałem z mojego okna
uroczystość zachodu na dalekich wzgórzach.

Jak moneta czasem
w moich rękach zapalał się kawałeczek słońca.

Wspominałem cię z sercem ściśniętym
od tego smutku, z którego mnie znasz

A więc, gdzie byłaś?
Wśród jakich ludzi?
Jakie mówiłaś słowa?
Dlaczego cała miłość przychodzi nagle wtedy,
kiedy czuję się smutny i czuję, że daleko jesteś?

Upadła książka, którą zawsze się bierze o zmierzchu,
i jak raniony pies u moich stóp wlókł się płaszcz.

Zawsze, zawsze się oddalasz, kiedy zapada wieczór,
w tę stronę, gdzie biegnie mrok zacierając pomniki.


-------------------------

Pablo Neruda
Poeta urodzony w 1904r. w Chile.
W 1971 r. został laureatem literackiej Nagrody Nobla. Kolumbijski pisarz (również noblista w dziedzinie literatury) Gabriel Garcia Marquez nazwał Nerudę najlepszym poetą XX wieku piszącego w jakimkolwiek języku, porównując go do króla Midasa, który wszystko co dotknie zamienia w poezję.